17.6.10

Plebiscyt

Dwa tematy są ostatnio modne i zdominowały internetowe dyskusje (przynajmniej te, którym się przyglądam i - rzadziej - dyskutuję). Mundial i wybory. Ponieważ o Mundialu pisałem ostatnio, poniżej macie kilka impresji wyborczych. Impresji, bo - jak na razie - ani nie wiem, do czego zmierzam, ani nie mam jakiejś rozpiski, o czym powiedzieć, żeby nie zapomnieć.

Zacznijmy może od tego, że dziś program ma Pospieszalski. Nie wiem jeszcze o czym będzie, ale pomyślałem sobie, że bardzo łatwo można go rozegrać przeciwko Komorowskiemu. Problemem Pospieszalskiego może być późna pora, no ale od czego ma się prężnie działający internet? A przecież zaraz potem cisza wyborcza i może być śmiesznie. No dobra, a w jakiż to cudowny sposób można wykorzystać program? Powiedzmy sobie wprost. Czas Pospieszalskiego w państwowej telewizji dobiega końca. Jeśli ktośkolwiek twierdzi, że telewizja jest nie państwowa, tylko publiczna, to niech sobie pomyśli, dlaczego Lis program zachowa, a Pospieszalski - nie? No właśnie dlatego, że jest państwowa. Pospieszalski ma więc dwie opcje: albo pójdzie w zwarcie, albo mu zmięknie rura. Niezależnie od tego, czy znamy Pospieszalskiego, czy nie, w jego obecnej sytuacji miękka rura mu nie pomoże. A zwarcie może.



Wracając do tematu, oglądałem parę dni temu jakieś "Polskie sprawy", czy coś takiego w TVP. Oglądałem zupełnie przypadkiem, akurat mecz się skończył, studio się skończyło, a pilot był trochę zbyt daleko, bym się po niego fatygował (gdyby na przykład zachęcił mnie do tego jakiś film ze Stevenem Segalem, czy innym Stalone'm, to jeszcze, no ale publicystykę lubię oglądać). Rozmawiał tam nie wiem kto z nie wiem kim i jeszcze jakimś nie wiem kim. No ale rozmawiał też Karnowski, ten od Anatomii władzy. Rozmawiali o tym, że powódź była, popłynęła (bo przecież woda ma to do siebie, że spływa), Tusk był, odjechał (bo też ma to do siebie, że odjeżdża), obiecał co miał obiecać... A tu dupa! Bo kasy nie ma, urzędasy domagają się dokumentów, papierów i plików, których przecież powodzianie też nie mają, no i ogólnie kaszana. No bo jak to - miało być 6 patoli, więc gdzie one są? No. I właśnie o tym Pospieszalski mógłby pociągnąć temat. I jeśli by to zrobił naprawdę mocno - zaprosił Krasnodębskiego, zaprosił może Staniszkis, albo jakiegoś innego oszołomka. Gdyby to - mówiąc wprost - zrobił fest, to miałby Komorowski przejebane. Za parę godzin dowiem się, jak to zrobił Pospieszalski.

Żeby już się o nim nie rozwlekać, powiem tylko, że to może uratować Pospieszalskiemu dupę w państowej. No dobra, starczy już o tym. Oglądałem dzisiaj Fakty na TVN i tam mówili o jakichś akcjach tzw. "społecznych", choć de facto wcale one społeczne nie są, typu "zmień kraj - idź na wybory". Ponoć gdzieś tam nawoływał Karolak, jakaś Magdalena Boczcośtam i ten, Wesołkiewicz. Nie! Wesołowski. No i ten ostatni do kamery TVN powiedział kilka słów na temat, dlaczego lud na wybory powinien pójść. I powiedział m.in. tak: "no bo, kurczę, nie chcę, by ktoś decydował za mnie". Oczywiście parafrazuję, ale sens zachowałem. Powiem wam szczerze, normalnie ciotka Matylda. Bo w sumie skoro nie chce, żeby ktoś głosował za niego, to chyba powinien nawoływać za tym, by nikt nie szedł do wyborów, tylko on sam jeden.. No ale nie wiem, w sumie słaby z logiki jestem. Nawet tej logiki popularnej.

Zaskakuje mnie w tej kampanii Napieralski. Kalisz naprawdę musi być bardzo niepocieszony, że tzw. leader lewicy ma wynik dwucyfrowy (od początku kampanii podwoił już swój wynik, a wręcz niemal potroił). Co prawda myślę, że w wyborach 13% mieć nie będzie, no ale już samo 10% może umocnić go na tzw. czele lewicy.

PS. Sędzia bardzo taki sobie.

A propos wyników wyborczych, to tu również może być różnie. Oczywiście, wielu ludzi, którzy uważają się za ważnych sra po gaciach, że oto preziem może być Zło, stąd pomysł na akcje promujące "skorzystanie z prawa obywatelskiego", czyli możliwości wyboru sobie Pana. Nie od dziś wiadomo (bo wiadomo to co najmniej od 2007 roku), że wysoka frekwencja promuje Komorowskiego i PO, z kolei niska frekwencja - Kaczyńskiego i PiS. Wiąże się to z tym, że PiS ma dużo bardziej "żelazny" elektorat. Elektorat, który jest w dużej mierze zmobilizowany. Retoryka układu i klarownego podziału "my vs oni" służyła właśnie temu. No ale to było dawno. Teraz układu nie ma, Jarek kreuje politykę miłości. Nie mnie oceniać, czy przemiana Jarka jest prawidzwa, czy nie, pokuszę się mimo to o twierdzenie, że jest to jedynie zmiana retoryczna. Program Kaczyńskiego i jego obozu nie uległ zmianie - zmianie uległa retoryka, którą ten obóz stosuje. Okazało się bowiem, że podsycanie podziału może zmobilizować jakieś 20-25% wyborców. No ale to zbyt mało, przy zmobilizowanej Platformie. "Co więc trzeba zrobić?" - pomyślał Jarek ze sztabowcami?

PPS. Gdzie jest obraz??

No więc Jarek pomyślał - i wymyślił. Wymyślił rzecz bardzo skuteczną - skończmy z podziałem, zaprezentujmy się jako ktoś, kto dla dobra kraju może współpracować z Tuskiem. Nasi i tak będą swoje wiedzieć, będziemy do nich delikatnie puszczać oczko, no ale przy okazji możemy coś ugrać. Ugrać trzy rzeczy.

PPPS. Wrócił obraz. I znowu sobie poszedł. I wrócił.

Trze rzeczy. Elektorat PiSu i tak do wyborów pójdzie - to raz. Dwa, że może uda się ugrać coś z mniej zdecydowanego elektoratu PO. Trzy, że uspokojenie atmosfery może zdemobilizować elektorat PO, który poczuje się zbyt pewnie, dzięki czemu ich wynik będzie relatywnie niższy, a PiSu wyższy. Wszystko byłoby pięknie, ale Tusk ze sztabowcami też ogarnia co się święci. Szybko więc zostały wysłane ostrzegawcze race, flary, czy co tam Tusk z oczu wypuszcza. Okazało się, że zwycięstwo Kaczyńskiego "to byłoby piekło", że z Kaczyńskim się nie da współpracować, no i w ogóle, że lud musi iść i wybrać. Wysoka frekwencja będzie promowała PO, bo w końcu "gospodarzom pomagają ściany" (choć RPA jest tutaj wyjątkiem).

Tymczasem nawoływanie do pójścia na wybory może mieć różne skutki. Oczywiście w sondażach wychodzi nam, że do wyborów pójdzie od 60 do 80% wyborców, no ale proszę was... czy jak czytaliście Lema, to myśleliście, że to się dzieje naprawdę?? Bez jaj. Ja kiedyś przeprowadzałem sondaże. Wiem, jak się to robi. I naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem media traktują je poważnie. Co innego sondaże komitetów wyborczych. Tutaj sprawa ma się inaczej, bo to już zupełnie inne sondaże są, inaczej robione, dużo bardziej rzetelne i przede wszystkim - pogłebione. No ale TNS OBOP, albo Milłoki Brałn dla Wyborczej, Faktów, albo Wiadomości... Bez jaj.

Prawda jest taka, że w tych wyborach naprawdę trudno stwierdzić, jaka będzie frekwencja. Na jej wysokość składa się co najmniej kilka aspektów, spośród których ładna, bądź brzydka pogoda w niedzielę jest najmniej istotna. Nie zapominajmy o tej nieszczęsnej powodzi. Ludzie, którzy nią zostali dotknięci (tysiące, jak nie dziesiątki tysięcy, setki chyba jednak nie:) naprawdę mają teraz masę innych problemów, dużo ważniejszych niż to, kto czy zagłosować na kompanię Tuska, czy obóz Kaczyńskiego. Nie wiadomo też w ilu miejscach zorganizowanie lokalu wyborczego będzie fizycznie niemożliwe. Druga sprawa to to, że nawet jeśli część tych osób pójdzie na wybory, nie wiadomo - naprawdę nie ma ŻADNYCH badań - na kogo mogą oddać głos. Przynajmniej statystycznie. Jak do bólu szczerze powiedział jakiś manager, czy tam prezes centrum badania opinii, osoby z terenów zalewowych celowo nie były "napastowane" za pomocą telefonów z ankietami.

Z tą frekwencją więc różnie może być. W każdym bądź razie jest jeszcze jeden kandydat, którego niska frekwencja bardzo promuje. Janusz Mikke, kradzionego (podobnież) herbu Korwin. Osobiście mam wrażenie, że to będzie naprawdę dobry wynik JKM. W granicach 6, może 7%. Składa się na to kilka spraw. Pierwszą jest to, że od jakiegoś czasu w sondażach, tych amatorskich, zdobywa te 3%, a jego wynik zawsze jest niedowartościowany (jak zresztą wielu kandydatów, nie tylko przy wyborach prezydenckich, no ale to kolejny aspekt przeprowadzania ankiet). Druga sprawa to to, że chyba udało mu się tę kampanię przetrwać bez większych wpadek (choć to pewnie z powodu długości, czy raczej krótkości kampanii). Po trzecie, i chyba najważniejsze, o JKM się mówi. Nie mówi się tyle, ile o Komorowskim, czy Kaczyńskim, ale się mówi. Państwowa telewizja wprowadziła bardzo dobry, imo, zwyczaj, że w Wiadomościach trzeba powiedzieć co robił danego dnia dosłownie każdy kandydat. To naprawdę dobra rzecz, taka przebitka. Szybko podłapał to Polsat, a ostatnio nawet TVN. JKM nie jest więc ograniczony do Internetu. Zresztą w Internecie niczego więcej nie osiągnie. Ale media - i do tego mainstream - to już jest coś. Tutaj można coś ugrać. No i JKMowi się pewnie uda. Pytanie tylko, czy ten potencjalny sukces będzie później potrafił przekuć w trwałe poparcie dla swojej partyjki (tak, tej, która ma w statucie, że ulega samorozwiązaniu po zejściu JKM).

Ja w to nie wierzę. Ale ja w ogóle niewierzący jestem. Szykują się ciekawe wybory. A najciekawsze w nich będzie powyborcze studio w każdej telewizji, bo po fakcje sztaby nam powiedzą, dlaczego wyniki są takie, a nie inne. Tak samo, jak po fakcie dowiedzieliśmy się, dlaczego była powódź.

0 komentarze:

Podziel się

ostatnio napisał

Search

Ładowanie...

Anarchiwm

tag? katalog?

Technologia Blogger.

Bądź na bieżąco!

Niech żyje logika

Jeżeli:
36 cali = 1 jard,
To
9 cali = ¼ jarda.
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
3 cale = ½ jarda.

źródło: J.A. Paulos, Myślę, więc się śmieję, Warszawa 2011, s. 39