23.6.10
Stół dookołowyborczy
Jeśli ktoś to czyta (zabrzmiało tak, jak miało zabrzmieć?:), musi mi wybaczyć malejącą aktywność ostatnimi czasy. Tak się jednak złożyło, nie do końca z mojej inicjatywy, że mam ostatnio nawał roboty i nie mam po prostu czasu na grzebanie sobie w necie zbyt długo. Na dowód tego powiem wam, że nie mam nawet czasu oglądać Mistrzostw Świata, co jest nie lada wyrzeczeniem. W niedzielę były wybory. Tak tylko mówię, bo może ktoś nie wie. Nie obchodzi mnie nic a nic to, czy głosowaliście, a jeśli - to na kogo. Ja osobiście nie głosowałem. Poszedłem do lokalu, podpisałem się na liście, a swoją kartkę wyborczą wziąłem sobie na pamiątkę (zdjęcie mojej karty macie z boczku:). Tym samym stałem się jedną z 5256 osób, które wzięły karty, ale nie oddały głosu (nie "ważnego" głosu, ale głosu w ogóle; ważnych głosów oddano mniej o kolejne 117662*).W niedzielę do godziny 20.30 oglądałem sobie wieczory wyborcze. A w zasadzie, to przełączałem się pomiędzy nimi, by ostatecznie skończyć w państwowej dwójce na randce w RPA. W każdym razie przez te pół godziny szlajania się od stacji do stacji, pierwsze co się w oczy rzucało, to - rzecz jasna - szacunkowe wyniki wyborów. Czytacie gazety, szperacie po necie, więc wiecie. Exit poll i te sprawy, sondaż telefoniczny i te sprawy. Nie pastwiąc się już nad SMG/KRC, czy Homo Homini, bo ostatnio pastwi się nad nimi każdy, powiem tak: pracowałem niegdyś w pewnym ośrodku do badań, przeprowadzałem sondaże. I telefoniczne, i parę innych. Wiem, jak to się robi. Wczoraj w Polsce the Times, a konkretnie w wydaniu internetowym, przeczytałem artykuł**, w gruncie rzeczy całkiem zgrabny, w którym autor stawia tezę, że problemem jest to, że sondaże robią studenci, bez przygotowania socjologicznego, no i że w ogóle amatorszczyzna. Problemem jednak nie są studenci. Do przeczytania z ekranu komputera jednego pytania do słuchawki, w której numer wybierany jest automatycznie nie wymaga wyższego wykształcenia socjologicznego. Nieprawdziwa jest też teza (choć autor nie stawia jej wprost), że jakaś część osób telefonów nie odbiera, ale do badania zostaje wpisana, żeby zgadzała się próba. Tak się - owszem - zdarza, natomiast głównie wtedy, kiedy jest silny nacisk zleceniodawcy na firmę badawczą. Na przykład, gdy telewizja w wieczornych wiadomościach chce zabłysnąć wynikami i dzień wcześniej, bądź z rana tego samego dnia mówi: "do osiemnastej sondaż". Wtedy nie będzie problemu, żeby coś takiego zrobić, bo na ekranie i tak nie zobaczymy, na jakiej próbie badanie było robione i ile osób faktycznie odpowiedziało na pytanie (instytuty badacze też się tym raczej szeroko nie dzielą). Wspominałem jakiś czas temu o sondażu dla Wyborczej, gdzie na zadane pytanie odpowiedziało... 590 osób. A pamiętacie jeszcze piątkowy sondaż dla Wyborczej? Ten, w którym Komorowski wygrywa w pierwszej turze (51%, Kaczyński - 33%). Sondaż przeprowadzał PBS DGA. Chuj wie, na jakiej próbie. W każdym bądź razie PBS DGA notorycznie robiło dla Gazety sondaże, z których Komorowski ani razu nie zszedł poniżej 48% (w przeciągu 7. ankiet przez siedem kolejnych tygodni 4 razy wygrałby w pierwszej turze), a Kaczyński tylko raz przekroczył 34. Niezła jazda z tymi sondażami. HH, SMG/KRC, PBS/DGA - ciekawe, czy te firmy będą jeszcze proszone o jakieś sondaże, bo chyba nie powinny.
Pytanie natomiast, czy jest to problem studentów, czy kogoś innego. Przecież to nie student wybiera sobie, do ilu osób zadzwoni. To nie student później przeprowadza analizę wyników. I to nie student odpowiada za reprezentatywność próby i ogólne wyniki sondażu. W gruncie rzeczy student nie ma nic do gadania. Jego rola ogranicza się do przeczytania pytania i zanotowania odpowiedzi.
Wracając do głównego tematu, tj. do sondażów z wieczoru wyborczego, ich problemem nie była niska próba. Oba sondaże były zrobione na próbach ponad pięciotysięcznych, a więc znacznie wyższych, niż te powszechnie uznane za reprezentatywne. Skąd więc takie rozbieżności? Najprostszą odpowiedzią jest tak, że ludzie po prostu kłamią w odpowiedziach. Kilka razy spotkałem się z argumentem, że ludzie mogli w ogóle nie głosować, ale wstydzili się do tego przyznać. Ten argument kompletnie mnie nie przekonuje, oznacza bowiem też, że ludzie wstydzili się przyznać, że poszli głosować***. Kluczowym argumentem jest raczej nieodpowiedni dobór regionów do próby. Na przykład i HH i SMG/KRC, i piątkowe PBS/DGA mogły podzwonić po więzieniach, żeby im wyszedł wyższy wynik Komorowskiego (ładne to zagranie, nie?:). Dobrze, dajmy już sondażom spokój, bo to nie jest najistotniejsze. A!, bym zapomniał. We wczorajszej Rzepie felieton Lisickiego, w którym żali się on że dawał się nabierać na sondaże. Gdzie on żył?!?
Mediacje
Nie, jeszcze nie o wielkim kuszeniu SLD. Najpierw o kilku medialnych tezach. W powyborczy poniedziałek specjalnie kupiłem sobie Rzepę i Wyborczą, żeby sobie przejżeć i porównać. Szybko kupiłem też sobie Wprostaka, żeby mieć na pamiątkę słynny już felieton RedNacza Tomasza Lisa. Zacznijmy może od Wyborczej. Już na pierwszej stronie histeryczny felieton Jarosława Kurskiego z cyklu "wszystkie ręce na pokład!", no bo jakże to - jeszcze Kaczyński wygra i będzie bieda. Swoją drogą, Warzecha na twitterze zwrócił uwagę, że w niedzielny wieczór Onet.pl (w końcu grupa ITI) cały czas opierał się na sondażach SMG/KRC dla TVN, gdzie Komorowski miał 12% przewagi nad JarKaczem. Tymczasem w niedzielę rano bo tym sondażu nie został ślad, a głównym niusem było, że Komorowski powiększa przewagę nad Kaczyńskim****. W Rzepie z poniedziałku pojawił się artykuł na temat sondaży, w którym dr Anna Materska-Sosnowska ubolewa, że te różny wyniki wzmocnią nieufność do sondaży i badań opinii publicznej. Prywatnie bardzo lubię dr Materską-Sosnowską, natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego brak zaufania do sondaży jest czymś złym. Powinno być wręcz przeciwnie - nieufność do sondaży jako zdrowy odruch. Dlaczego? Ano dlatego, że te sondaże to kpina. Przepytane 1000 osób, gdzie tzw. błąd statystyczny to ok. 3-4% to jakiś żart. Dowiadujemy się tego przy każdej możliwej okazji. Każde jedne wybory ukazują nam, że te błędy są dużo większe. Wróćmy na chwilę do sondażów SMG i HH. Przy tej wielkości próby, błąd nie powinien wynosić więcej, jak 1%. Tymczasem różnica była dużo większa. 1% róznicy to miał OBOP, który przepytał ok. 50 tysięcy ludzi, którzy faktycznie głosowali. Umówmy się: 1000 osób przepytanych w sondażu to żadna reprezentatywna grupa. To po prostu 1000 osób, przepytanych w sondażu. To jest de facto tandetne badanie ilościowe.
Pamiętacie tę medialną histerię, bo oto wewnętrzny sondaż PO ukazał, że Kaczyński traci do Komorowskiego ok. 3%? A pamiętacie, jak co chwila leaderzy PiS mówili, że ich sondaże są diametralnie odmienne od tych publikowanych w mediach? A wiecie dlaczego tak jest? Dlatego, że sondaże, które sobie zamawiają partie, są sondażami pogłębionymi. Bo oni nie zamawiają odpowiedzi na pytanie "Na kogo Pan/Pani odda głos w najbliższych wyborach prezydenckich?", poprzedzonym pytaniem na temat samej aktywności wyborczej. Nie. Partie stać na to, by wiedzieć dlaczego ktoś głosuje na tego-a-tego, gdzie mieszka i dlaczego nie głosuje na tego-a-tego. Dzięki temu mogą sobie zrobić dobrą kampanię, skupiając się na najistotniejszych sprawach, które - potencjalnie - mogą mieć duże znaczenie. A skąd partie mają na to kasę? Kilka kampanii temu pewnemu kandydatowi (nie były to wybory prezydenckie) wyliczono, że wykupił o dużo, dużo więcej miejsc na plakatach, niż pozwalał mu na to budżet kampanijny. Plakatów miał całą masę więcej. Zapytany o to na konferencji prasowej z całą mocą i powagą powiedział: "bo przeklejaliśmy". Serio. Nikt o nic nie pytał, PKW nic nie wykryła. Sprawa nie istnieje. Kampania jest finansowana w sposób, który prawnie być nie może - ale tak naprawdę nikogo to nic nie obchodzi. Bo gdyby trzymać się prawa, to kampania ograniczałaby się do wynajmowania studentów by roznosili ulotki. A i na to mogłoby zabraknąć kasy.
Dosyć już o tych kampaniach, bo zaraz i tak o nich pogadam. Kupiłem sobie Wprostaka, żeby przeczytać i zachować na pamiątkę tę okładkę, rodem z połowy lat 90. i ten felieton, rodem z Piekielnej Kuźni Adama Michnika. Wybaczcie, że nie będę cytował tego wstępniaka, jak ktoś chce, niech mi napisze, to mu zapodam. W każdym razie we Wprostaku jest artykuł Marcina Dzierżanowskiego, tego samego, który za kadencji wcześniejszych RedNaczy był dziennikarzem - jak całe Wprost - okołopisowskim, na temat prof. Jadwigi Staniszkis. Artykuł zaczyna się konstatacją, że Jadwiga Staniszkis nie udaje już, że jest bezstronnym analitykiem i pokazała, że jest pisarą. Dzierżanowski pisze: "I może słusznie. Udawanie zupełnie już jej nie wychodziło". Tak sobie pomyślałem, ze Lisowi też nie wychodzi, ale za chuja Dzierżanowski o tym nie napisze. Ja myślę, swoją drogą, że Lis to chciałby być takim trochę wieszczem, który jako pierwszy z całą pewnością przewidzi wyniki wyborów. Stąd jego felieton, jego okładka i jego teza, że " nie będzie prezydenta Kaczyńskiego". Swoją drogą, Lis felieton kończy tak - jednak będzie cytat -
Zostaje jeszcze jedno pytanie. Jak nowy prezydent poradzi sobie z nową rolą, czy będzie samodzielnym graczem, czy notariuszem Tuska? W tym pałacu niejeden prezydent tracił już polityczną siłę i wolę walki.I ja sobie wyliczam. Jaruzel, którego prezydentem zrobiła opozycja i który pozytywnie oceniany jest nawet przez Antoniego Dudka. Wałęsa, który z doradcą falandyzował (choć poprawniej byłoby falandyszyzował) prawo. Kwaśniewski, który w 2000 roku wygrał w pierwszej turze, a później "szorstko się przyjaźnił", albo "pięknie różnił" z Millerem. No i Kaczyński, który dziarsko walczył przeciwko rządzącej Platformie. Wow, wielu tych prezydentów w tym pałacu straciło wolę walki.
A, wrócę jeszcze do Rzepy, żeby zadać wam jedno pytanie. Nie, wcale nie podchwytliwe. Otóż Piotr Gursztyn we wczorajszej Rzepie zamieścił felieton, w którym zastanawia się nad Grzesiem Napieralskim i jego elektoratem. Kończąc, pisze, że Grzesiu musi znaleźć drogę "między doktrynerstwem a ideowością, między pragmatyzmem a cynizmem". Kurwa, nie ogarniam tych porównań.
Dogrywka
Oczywiście polityczna, nie sportowa. Mamy półtora tygodnia do drugiej tury. Kaczyński traci 5% do Komorowskiego. Napierniczak musi stać się drogowskazem dla ponad 2 mln. wyborców. Stawiam tezę, że Kaczyński naprawdę może te wybory wygrać. Ba, może to zrobić naprawdę małym wysiłkiem. Tylko wczoraj wymyśliłem kilka naprawdę solidnych pomysłów, które mogłby Kaczyńskiemu wygrać wybory. Wbrew pozorom to Komorowski musi się namęczyć. Wszędzie gada się o tym, że zacznie się teraz kupczenie z SLD, że i jedni, i drudzy będą zabiegać o to, żeby Napieralski wyszedł na konferencję i powiedział "Zagłosuję na X. I wy na niego zagłosujcie". Tymczasem Napieralski nikogo nie poprze, co będzie oznaczało zwycięstwo PiS. Dlaczego? Napieralski naprawdę nie miałby problemów z jawnym poparciem Komorowskiego. Nie może sobie pozwolić jednak na poparcie Kaczyńskiego wprost. Ale brak poparcia dla Komorowskiego będzie odbierane właśnie jako zwycięstwo JarKacza. Co więcej - JarKacz nie powinien zabiegać o poparcie Napieralskiego. Może sobie poradzić bez tego. Nie zapominajmy też, że 4 lipca to już są wakacje. POwszczyki, które wyjadą na urlopy niekoniczenie będą chcieli głosować. Szukać konsulatu, czy czegoś, gdzie można by wrzucić kartkę do urny. Tym bardziej, że Komorowski wygrał w pierwszej turze, a "SLD nie może poprzeć PiS". To jest demobilizujące, taka świadomość, że "i tak wygramy". Kaczyński tymczasem dostał wiatr w żagle. Jak wspomniałem, mam kilka koncepcji strategii dla JarKacza. Staram się tę kampanię śledzić. Zobaczymy, czy to, co ja wymyśliłem, przyszło też do głowy strategom PiSu. Na razie nie będę się swoimi pomysłami dzielić. Opowiem wam o nich po drugiej turze:)
* Łapiecie to? Nie dość, że ponad 5 tysięcy osób nie wrzuciło kartki do urny, choć było na wyborach, to z tych, którzy wrzucili, ponad 110 tysięcy to głosy nieważne. Ja przyznam szczerze, nie ogarniam tego, że tyle osób poszło na wybory, by puścić nieważny głos. No bo przecież nikt rozsądny nie wierzy w to, że do głosów ważnych dokreśla się następne nazwisko i tym samym głos się unieważnia..
** Mam dziwne wrażenie, że wczoraj czytałem inny artykuł, ale za Chiny ludowe nie mogę go odnaleźć. O, znalazłem.
*** No bo przecież sondaż SMG/KRC dla TVN zaniżył również frekwencję.
**** Przypomnijmy, że pierwsze podane przez PKW wyniki oznaczały niecały 1% na rzecz Komorowskiego.
Etykiety:
polityka
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Anarchiwm
tag? katalog?
- blog (4)
- ekonomia (3)
- film (3)
- filozofia (30)
- filozofia w żartach (3)
- gościnnie (1)
- historia (2)
- inne (12)
- komunitaryzm (3)
- książki (18)
- kultura (19)
- liberalizm (4)
- libertarianizm (14)
- nauka (5)
- polityka (24)
Technologia Blogger.
Niech żyje logika
Jeżeli:
36 cali = 1 jard ,
To
9 cali = ¼ jarda.
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
3 cale = ½ jarda.
To
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
źródło: J.A. Paulos, Myślę, więc się śmieję, Warszawa 2011, s. 39
Zwiedzam
-
-
Niech nie sczezną teiści2 dni temu
-
wiersz: swawola lub rozpuszczenie4 dni temu
-
Gold w EUropie4 dni temu
-
-
przybysze z Wegetara1 miesiąc temu
-
Norwood Hanson, Obserwacja cz. 22 mies. temu
-
Witam po przerwie.1 rok temu


0 komentarze:
Prześlij komentarz