3.7.10

Interpretacjomówność

Mówią mi, że są trzy prawdy. Prawda, półprawda i gówno prawda. Mówią mi, że jest jeszcze najprawdziwsza prawda. Nikt mi jeszcze nie powiedział tylko o nieprawdziwej prawdzie, ale pewnie po prostu zbyt mało mam znajomych. W każdym bądź razie najprawdziwsza prawda jest wtedy, kiedy widząc brązowy płot mówimy, że to brązowy płot. Półprawda jest wtedy, kiedy mówimy, że to płot z brązu, a gówno prawda to wtedy, kiedy zamiast płotu, mówimy o fosie. Mówią mi, że to się mówi „klasyczna teoria prawdy”, czyli mówienie o zgodności z rzeczywistością. Mówią mi, że to się mówi „korespondencyjna teoria prawdy”, bo ona koresponduje ze światem zewnętrznym.


No ale przecież to nie prawda koresponduje, tak mi mówią, tylko to, co mówimy. Tj. prawda jest wtedy, kiedy to co mówimy, mówią mi, koresponduje z tym, co jest.



Teraz poważnie. Użyteczność korespondencyjnej teorii prawdy jest, delikatnie rzecz ujmując, średnia. Jeśli mamy na przykład prawdziwe zdanie, że złodziej to ktoś, kto kradnie, to co nam z tej prawdziwości zostaje? Z jednej strony mamy złodzieja, z drugiej – kogoś, kto kradnie. Jak chu-chu wynika nam, że jedno znaczy drugie. Zróbmy sobie z tego trzy, albo i cztery zdania (wychodzi tutaj ten Tarski, oj, wychodzi...):

1. złodziej to ktoś, kto kradnie.,

2. ktoś, kto kradnie to złodziej.,

3. złodziej to złodziej.,

4. ktoś, kto kradnie to ktoś, kto kradnie.

Wow, ale mamy odkrycie. Wyszło nam, że…, że…, ough, aż mi przez gardło nie może przejść… że złodziej jest złodziejem.

Nie, sorry, bo znowu niepoważnie się zrobiło. Otóż wyszło nam, że prawda jest po prostu tautologią.

Prawda jest człowiekowi obojętna. Dowodzi tego tautologia, jako jedyna dostępna forma prawdy.
Poza problemem tautologii są jednak trudniejsze pagórki do przeskoczenia. Kiedyś już wspominałem, dla zainteresowanych link na wniosek, gdzie leży problem. Bo w końcu całe nasze poznanie zewnętrznego świata jest poznaniem naszym, a więc w pewnym sensie wewnętrznym. Skoro jest poznaniem wewnętrznym, to znaczy niechybnie, że wcale nie musi być poprawnym. Byśmy mogli stwierdzić, że to, co uznajemy za poprawne, faktycznie jest poprawne, musielibyśmy wiedzieć, co faktycznie jest poprawne. Skąd jednak to mamy wiedzieć, skoro do odkrycia tego właśnie zmierzamy? Nie możemy tego wiedzieć. Z tego powodu przyjęcie korespondencyjnej teorii prawdy uważam za bardzo nadęte i bufoniaste. Już Nietzsche uczył, że wszystko opiera się na języku.

Słowa są tylko symbolami relacji rzeczy między sobą i do nas i nigdzie nie dotykają absolutnej prawdy.
Skoro już przy Nietzsche’m jesteśmy, a jakby kto nie zauważył – jesteśmy, to na zakończenie również oddam mu głos, bo i nic mądrzejszego do dodania nie mam.

Przeciw pozytywizmowi, który zatrzymuje się przy zjawisku „istnieją tylko fakty”, powiedziałbym: nie, właśnie fakty nie istnieją, tylko interpretacje. Nie umiemy ustalić żadnego faktu „w sobie”: może to bezsens chcieć czegoś takiego. Mówicie: „wszystko jest subiektywne”, ale to już jest i n t e r p r e t a c j ą, „podmiot” nie jest czymś danym, lecz czymś do-myślanym, do-stawionym. W końcu czy trzeba za interpretacją umieszczać jeszcze interpretatora? Już to jest wymysłem, hipotezą.

Jeśli słowo „poznanie” ma w ogóle sens, to świat jest poznawalny, ale jest różnie w y t ł u m a c z a l n y, nie ma z tyłu za sobą jakiegoś sensu, lecz niezliczone sensy „perspektywizmu”.

To nasze potrzeby t ł u m a c z ą ś w i a t: nasze popędy i ich za i przeciw. Każdy popęd jest swego rodzaju żądzą panowania, każdy ma swą perspektywę, którą chciałby wszystkim pozostałym popędom narzucić jako normę.

8 komentarze:

Trikster pisze...

Bez jaj, to przecież żadne odkrycie. W gruncie rzeczy każda definicja będzie tautologią, bowiem zakres znaczeniowy definiensa w definicji doskonałej pokrywa się z zakresem znaczeniowym definiendum. Jeśli sama własność "tautologiczności" jest dla Ciebie argumentem przeciwko korespondencyjnej definicji prawdy, to logicznie jest ona również argumentem przeciwko definicjom, a więc przeciwko językowi jako takiemu, a, co za tym idzie, również komunikacji. Nie możesz bowiem porozumiewać się, nie znając znaczenia używanych przez Ciebie słów. Co więcej, jak twierdził Russell, nie możesz porozumieć się nie za pomocą języka (tj. nie ma innego medium komunikacji). W skrócie: jest to kiepski argument. :)
Dodatkowo, nie jest to "tautologia". Używasz tego wyrazu w znaczeniu potocznym, nie zaś językoznawczym czy logicznym. Jako że znaczeniu językoznawcze kompletnie mnie nie interesuje, przyjrzyjmy się logicznemu. Wittgenstein (4.46, Tr. log-phil) pisze: "Wśród możliwych grup warunków prawdziwości są przypadki skrajne. W jednym - zdanie jest prawdziwe dla wszystkich możliwości prawdziwościowych zdań elementarnych. Mówimy wtedy, że warunki prawdziwości są tautologiczne" (warto również zajrzeć do 4.461 i 4.462. Jasne jest zatem, że definicje nie są tautologiami w tym znaczeniu, znaczeniu właściwemu dla logiki.
Dalej: przedstawiony przez Ciebie kolejny problem także jest łatwy do przeskoczenia. Po pierwsze, czym jest owo przywoływane przez Ciebie kryterium "poprawności" i w jakiej relacji pozostaje wobec kryterium "prawdy"? Raz odnosisz je do korespondencyjnej teorii prawdy, a w innym miejscu Po drugie, jeśli utożsamimy "poprawność" z "prawdą", będziemy mogli dojść do wniosku, że prawdą (poprawnością) jest to, co sami uznajemy za prawdziwe (poprawne), przy przesłance, że poznanie jest subiektywne. Co więcej, klasyczna teoria prawdy nie aspiruje do prawdy absolutnej. Skoro to my poznajemy ową rzeczywistość, którą chcemy zinterpretować, to nadajemy jej nazwy z własnego języka, przypisując im określone słowa. Zatem to my sami postrzegamy (poznajemy), my również stanowimy kryterium zgodności z rzeczywistością. W skrócie: korespondencyjna teoria prawdy nie musi zakładać obiektywności poznania ani absolutności prawdy.
Tak mi się wydaje. :)

smootnyclown pisze...

cholera, odpisywałem Ci rano, ale komputer odmówił posłuszeństwa. To teraz tak szybciutko, bo troszkę zarobiony jestem.

Bez jaj, to przecież żadne odkrycie

No tak. ale przecież ja nigdzie nie twierdziłem (no dobra, w jednym miejscu, ale to półserio było), że coś odkrywam, nie?

W gruncie rzeczy każda definicja będzie tautologią, bowiem zakres znaczeniowy definiensa w definicji doskonałej pokrywa się z zakresem znaczeniowym definiendum. Jeśli sama własność "tautologiczności" jest dla Ciebie argumentem przeciwko korespondencyjnej definicji prawdy, to logicznie jest ona również argumentem przeciwko definicjom, a więc przeciwko językowi jako takiemu, a, co za tym idzie, również komunikacji.

chyba nie zgadzam się z Twoim wnioskiem. Na moje oko to wygląda tak, że definicja (nie-prawdy) ma służyć uściśleniu wypowiedzi, czy jej dookreśleniu (jak z tym złodziejem, definiując złodzieja jako kogoś, kto kradnie, mówię, że nie używam słowa "złodziej" w jakimś innym kontekście). Cały czas jest to więc operowanie między językiem a językiem. Język dookreśla język. Tymczasem w przypadku korespondencyjnej teorii prawdy język stoi tylko po jednej stronie równania. Stąd definicja pełni tutaj różne funkcje.
No ale nie wiem, może się mylę, więc - ponieważ znasz się na tym wszystkim lepiej, niż ja, to mnie naprostujesz.

Raz odnosisz je do korespondencyjnej teorii prawdy, a w innym miejscu Po drugie, jeśli utożsamimy

czegoś tu chyba brakuje. Nie znam zarzutu, więc się nie bronię:)

Skoro to my poznajemy ową rzeczywistość, którą chcemy zinterpretować, to nadajemy jej nazwy z własnego języka, przypisując im określone słowa. Zatem to my sami postrzegamy (poznajemy), my również stanowimy kryterium zgodności z rzeczywistością. W skrócie: korespondencyjna teoria prawdy nie musi zakładać obiektywności poznania ani absolutności prawdy.

taką mam nadzieję:)

Trikster pisze...

Nie jestem pewien czy znam się lepiej. Ale i tak napiszę, co mi nie pasuje. :)
Myślę, że również w korespondencyjnej teorii prawdy język stoi po obu stronach równania. Wittgenstein pisze bowiem: "Prawdziwość lub fałszywość obrazu polega na zgodności lub niezgodności jego sensu z rzeczywistością" (2.222) oraz "Aby rozpoznać, czy obraz jest prawdziwy, czy fałszywy, trzeba porównać go z rzeczywistością" (2.223). Jako że z kolei "fakt jest istnieniem stanów rzeczy" (2), a "logicznym obrazem faktów jest myśl" (3), to "granice mego języka oznaczają granice mego świata" (5.6) oraz "logika wypełnia świat; granice świata są też jej granicami" (5.61). Wynika z tego zatem, że rzeczywistość nigdy nie ucieknie przed logiką (tj. logika jest zawsze przed doświadczeniem), czyli że rzeczywistość określana jest przez logikę. Wystarczy wprowadzić jedynie małą poprawkę do rozumowania Wittgensteina (który, rzecz jasna, swoją analizę odnosił wyłącznie do logiki) - rzeczywistość określana jest przez język jako taki. Oczywiste staje się tym samym, że po obu stronach równania występuje język (a również po obu stronach równania występuje "rzeczywistość").

Aha, tego "Raz odnosisz je do korespondencyjnej teorii prawdy, a w innym miejscu" miało nie być. Widocznie niedokładnie skasowałem. Reszta pozostaje bez zmian.

smootnyclown pisze...

no dobra, przyznaję się, nie czytałem Wittgensteina. Mam na kompjutrze TLF, ale jest tak masakrycznie sformatowany, że nie mam na niego siły:)
Inna sprawa, że Ludwiś później trochę zmienił swoje poglądy i już nie był takim "dogmatykiem", jeśli o logikę chodzi - o ile dobrze pamiętam.

Trikster pisze...

To prawda, później zmienił poglądy, ale ja osobiście nie przywiązywałbym aż tak dużego znaczenia do tej przemiany. To znaczy, jasne, różnice są naprawdę porażające, ale dzieła te moim zdaniem bardziej się uzupełniają niż się wykluczają (ale nie czytałem "Dociekań" w całości, więc mogę się mylić).
"Traktat" jak najbardziej polecam, bo warto.

smootnyclown pisze...

Czekaj na 6. tom Gadacza:)) Mimo, że nie lubisz opracowań (ja tam lubię, z kilku powodów), będzie dosyć dokładny rys f.analitycznej (Cabridge-Koło Wiedeńskie-analitycy amerykańscy-szkoła lwowsko-warszawska-2. Wittgenstein:)

No ale na razie ani widu, ani słychu w sprawie tomu trzeciego...

Wracając do Wittgensteina i mojego tekstu, to zabił mi ćwieka tezą 2.222, a konkretnie tym "...jego sensu...". Z drugiej strony mogę się wywinąć i powiedzieć, że wcale nie piszę tego tekstu przeciw Wittgensteinowi, tylko przeciw komuś, kto by postawił tezę podobną, ale z wyłączeniem zwrotu "jego sensu". O!

Trikster pisze...

Na Gadacza nie czekam. :P
I tak nie jestem pewien czy nawet wtedy Twoje ujęcie byłoby poprawne. Znacznie łatwiej, z punktu widzenia krytyka korespondencyjnej teorii prawdy, byłoby stwierdzić, że relacja między sądem o rzeczywistości a rzeczywistością wcale nie jest tak jasna, jak może się wydawać. Co najważniejsze: sąd o rzeczywistości nie jest z tą rzeczywistością tożsamy. Tzn. w gruncie rzeczy korespondencyjna teoria prawdy jest definicją, w której zakres definiensa nie pokrywa się z zakresem definiendum. Jednakże, tę krytykę można zastosować wyłącznie, gdy jest się obiektywistą, tj. wierzy się w istnienie świata niezależnego od ludzkiego poznania. Gdy utrzymuje się subiektywizm, tj. że to jednostka ludzka aktywnie poznaje rzeczywistość i że to ona jest podmiotem poznania, to wtedy jest gorzej, bo nawet dodane przez Wittgensteina słówko "sensu" nie zmienia sensu :) korespondencyjnej teorii prawdy. Jeśli bowiem poznanie jest subiektywne i poznanie dokonuje się przy pomocy języka, to język jest tożsamy z rzeczywistością. Mamy więc do czynienia z definicją idealną: zakres definiensa pokrywa się z zakresem definiendum.
Takie mam wrażenie, ale pewien raczej nie jestem, bo zajmuję się tym od tygodnia. ;)

smootnyclown pisze...

no to nie czekaj na Gadacza. Ale zajrzyj sobie w takim razie do "naukowej koncepcji świata", Carnapa i spółki:)
http://terytoria.com.pl/ksiegarnia,tytuly,593.html

Podziel się

ostatnio napisał

Search

Ładowanie...

Anarchiwm

tag? katalog?

Technologia Blogger.

Bądź na bieżąco!

Niech żyje logika

Jeżeli:
36 cali = 1 jard,
To
9 cali = ¼ jarda.
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
3 cale = ½ jarda.

źródło: J.A. Paulos, Myślę, więc się śmieję, Warszawa 2011, s. 39