31.10.10
Śmierć
Tak się złożyło, że byłem dzisiaj na cmentarzu. W ogóle tak się składa, że raz w roku się tam zjawiam. Przyznam szczerze, że nie bardzo pamiętam, jak to było rok temu, ale dzisiaj zaobserwowałem przecudny festiwal. I bynajmniej nie żaden pokaz mody, czego się w gruncie rzeczy obawiałem najbardziej. Pomyślcie. Idziecie na cmentarz. Czego się spodziewacie przed wejściem? Tzn. czym handlować mogą ludzie przed cmentarzem? No, z całą pewnością jakieś znicze (ale gdzie w tym okresie zniczami nie handlują?), jakieś wieńce, zapałki, czy inne pierdoły. A poza tym? Mi by jeszcze przyszło do głowy, że może jakieś odpustowe żarcie, obwarzanki etc. Nie spodziewałbym się już innych towarów. Po tym jednak, co zaobserwowałem, postawię śmiałą tezę, że, może nie za rok, ale za dwa, cmentarze będą zdominowane galeriankami (cmentarianki?). Jak się okazało, przed cmentarzem można się całkiem nieźle i drogo ubrać (bo to przecież pokaz mody, a i zmarły może zza grobu podejrzeć, czy aby się wstydzić przed kumplami nie trzeba), kupić ciacho i chlebek, jakąś zabawkę dzieciakowi, balonika (i to dmuchanego helem!), a gdyby kto się na dłużej zapędził, to watę cukrową, albo american hot-doga sobie może strzelić. Festyn, normalnie festyn.
Przy śmierci będąc. Za sprawą ostatnio wydanej książki Zadie Smith wróciłem do Barthes’a. Po kolei: Znak ze jakieś półtora miesiąca temu wydał Jak zmieniałam zdanie. Eseje okolicznościowe, Zadie właśnie Smith. De facto są to różne eseje literacko-filozoficzne, w tym jeden dotyczący Barthes’a.
Wyrus zacytował ostatnio Archera (taki kolo od książek sensacyjnych), który ponoć mówił coś o pisaniu, jako opowiadaniu historii. Wyrus ponoć też gada, że dobre pisanie, to ciekawe historie no i w ogóle tak z Archerem na jedno kopyto grają. Nie wiem, na ile to, co zaraz powiem, będzie sprzeczne z tym, co mówi Archer&wyrus, bo mam wrażenie, że będziemy gadać trochę obok, ale mnie się wydaje, że to chodzi o coś innego. Przyznam szczerze, że ciężko mi się czytało naprawdę wiele książek. I nie mówię tutaj o Foucault, którego zrozumieć można chyba tylko po uprzednim przeczytaniu i sprawdzeniu Narkotyków Witkacego, ani o Kuhn’ie, który sam zresztą przyznawał, że nigdy nie miał lekkości pisania, ani też o sobie samym (mi lekkość pisania uciekła już wiele lat temu). Chodzi mi o zwykłą prozę. Ciężko mi się czytało na przykład Orwella, albo Irvine’a Welsh’a. Co nie znaczy, że uważam te książki za słabe, czy niewarte uwagi. Wręcz przeciwnie. Moja teza jest raczej taka, że najlepsze książki to takie, które autor pozwala pisać czytelnikowi.
Krytyka Polityczna ma swoje wydawnictwo. Całkiem, naprawdę, zgrabne. No i tym swoim wydawnictwem puścili ostatnio książkę, bodaj, Michała Zygmunta Lata walk ulicznych, czy coś takiego. Książki nie czytałem, a obrazki, jakie odkryłem po pobieżnym przeglądnięciu bynajmniej mnie do tego nie zachęciły. Nie to, że widzę coś złego w szkicu, na którym jeden facet robi drugiemu facetowi laskę (przecież można zinterpretować faceta robiącego, jako krótko ściętą, pozbawioną cycków niezbyt urodziwą kobietę), ale po prostu mój zwulgaryzowany zmysł estetyczny jeszcze do tego nie dorósł. Tym niemniej książkę w końcu przeczytam, a to za fragment, który Krytyka puściła na okładce. Bo w ogóle okładka jest z widełkami. Brasilian cover, czy jak to się nazywa. Mamy tam dialog Młodego i Starego (mogę coś pokręcić, bo będą już ze dwa tygodnie, jak go przeczytałem). Zaczyna się od rozmowy kwalifikacyjnej. Jeden pyta drugiego, co to takiego jest. No i drugi odpowiada w dosadnych słowach, że to lizanie dupy gościowi, któremu byś laski do ryja nie dał, czy jakoś tak, ale musisz mu tę dupę lizać, bo inaczej zdechniesz z głodu. A tak, to nie zdechniesz z głodu, tylko będziesz oddawał połowę swojego dnia za gównianą kasę, która choćbyś nie wiem, jak się starał, i tak nie starczy do pierwszego. Czy jakoś tak. No i następuje konstatacja: - Ekonomia. – Często używasz tego słowa? – Ja nie, ale to słowo często używa mnie.
Za to jedno, kurewsko, ale to jak bardzo kurewsko genialne zdanie przeczytam tę książkę. Tako rzeczę ja, postmodernistyczny prostak i cham (tak zostałem określony przez jednego ziomka po moim tekście Biorąc lewa poważnie).
Wracając do śmierci, Barthes’a i mojej tezy. Pierwszy raz Śmierć autora czytałem na tyle dawno, by nic z niej nie tylko nie pamiętać, ale i nie rozumieć. Za sprawą Zadie Smith i jej eseju na temat Barthes’a i Nabokowa, wróciłem do tego pierwszego. Przy okazji sięgnąłem też po Kim jest autor? Foucault.
Zapewne chcielibyście poznać jakąś dobrą pointę do tej historii. Jakieś wnioski, spostrzeżenia, albo przynajmniej kilka słów rozwinięcia. Hm… nie bardzo wiem, co wam dać. Pamiętacie historię, gdy Wielce Szanowna Noblistka Szymborska postanowiła typowo maturalnie zinterpretować własny wiersz? Co autor miał na myśli i te sprawy. I, zdała, dostała ze 30%. Interpretacja. Nie co autor miał na myśli, bo nie autora pytamy, ale co czytelnik ma na myśli, bo jego dotyczy pytanie. Wylukajcie sobie w guglu teksty piosenek zespołu pn. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. I powiedzcie mi później, co autor miał na myśli.
Więc robimy tak: zabieramy tekstowi autora. Zabieramy tekstowi sens, nadawany mu przez autora. I dopiero produkujemy tekst. Zadie Smith zwraca uwagę, że zdaniem Barthes’a, ideologicznie związanego z postmarkstowską analizą tekstu, zły czytelnik był konsumentem, a idealny – producentem. Wykluczenie, czy odsunięcie (ew. zdystansowanie – te dwa ostatnie zwroty używa Barthes) autora ma dwa powody. Choć na pierwszy rzut oka tego nie widać, oba mają filozoficzny charakter. Autor jest tylko tym, kto pisze, tak jak j a jest tylko tym, kto mówi j a. Zlikwidujmy więc ten, cokolwiek wątpliwy, abstrakcyjny podmiot. Zastąpmy go konkretem: zastąpmy go każdorazowym czytelnikiem, słuchaczem, interpretatorem. Drugi powód odsunięcia autora od tekstu niejako wynika z pierwszego. Autor stanowi dla tekstu, słowami Barthes’a, hamulec bezpieczeństwa – jest ostatecznym znaczonym tekstu. Ujmuje jego sens. Pojawia się pytanie, co autor miał na myśli. Usunięcie autora ze sceny burzy ten punkt widzenia. Literatura odżegnując się od przypisania tekstowi […] jakiejś „tajemnicy”, czyli ostatecznego sensu, wyzwala aktywność, którą można by nazwać aktywnością kontrteologiczną, a właściwie rewolucyjną, gdyż odmowa położenia kresu sensowi to w ostatecznej instancji odrzucenie samego Boga i jego hipostaz: rozumu, nauki, wiary. Foucault pogłębia analizę Barthes’a. Zwraca uwagę, że nie możemy po prostu autora ze sceny ściągnąć. Musimy go zgrabnie ukryć, nadać mu drugo-, czy nawet trzeciorzędną rolę, ale mieć na oku. Autor jest funkcją. Wyobraźmy sobie próbę w teatrze, gdy aktor, grający główną rolę zapomina fragmentu tekstu. Zjawia się głos, podpowiedź, słowo, zdanie, gest. I gramy dalej. Autor jest naszą podpowiedzią. Możemy się do niego odwołać i choćby dlatego warto mieć go pod ręką. Nie jest jednak naszym punktem docelowym.
Wniosek może być tylko jeden: narodziny czytelnika trzeba przypłacić śmiercią Autora.
Przy śmierci będąc. Za sprawą ostatnio wydanej książki Zadie Smith wróciłem do Barthes’a. Po kolei: Znak ze jakieś półtora miesiąca temu wydał Jak zmieniałam zdanie. Eseje okolicznościowe, Zadie właśnie Smith. De facto są to różne eseje literacko-filozoficzne, w tym jeden dotyczący Barthes’a.
Wyrus zacytował ostatnio Archera (taki kolo od książek sensacyjnych), który ponoć mówił coś o pisaniu, jako opowiadaniu historii. Wyrus ponoć też gada, że dobre pisanie, to ciekawe historie no i w ogóle tak z Archerem na jedno kopyto grają. Nie wiem, na ile to, co zaraz powiem, będzie sprzeczne z tym, co mówi Archer&wyrus, bo mam wrażenie, że będziemy gadać trochę obok, ale mnie się wydaje, że to chodzi o coś innego. Przyznam szczerze, że ciężko mi się czytało naprawdę wiele książek. I nie mówię tutaj o Foucault, którego zrozumieć można chyba tylko po uprzednim przeczytaniu i sprawdzeniu Narkotyków Witkacego, ani o Kuhn’ie, który sam zresztą przyznawał, że nigdy nie miał lekkości pisania, ani też o sobie samym (mi lekkość pisania uciekła już wiele lat temu). Chodzi mi o zwykłą prozę. Ciężko mi się czytało na przykład Orwella, albo Irvine’a Welsh’a. Co nie znaczy, że uważam te książki za słabe, czy niewarte uwagi. Wręcz przeciwnie. Moja teza jest raczej taka, że najlepsze książki to takie, które autor pozwala pisać czytelnikowi.
Krytyka Polityczna ma swoje wydawnictwo. Całkiem, naprawdę, zgrabne. No i tym swoim wydawnictwem puścili ostatnio książkę, bodaj, Michała Zygmunta Lata walk ulicznych, czy coś takiego. Książki nie czytałem, a obrazki, jakie odkryłem po pobieżnym przeglądnięciu bynajmniej mnie do tego nie zachęciły. Nie to, że widzę coś złego w szkicu, na którym jeden facet robi drugiemu facetowi laskę (przecież można zinterpretować faceta robiącego, jako krótko ściętą, pozbawioną cycków niezbyt urodziwą kobietę), ale po prostu mój zwulgaryzowany zmysł estetyczny jeszcze do tego nie dorósł. Tym niemniej książkę w końcu przeczytam, a to za fragment, który Krytyka puściła na okładce. Bo w ogóle okładka jest z widełkami. Brasilian cover, czy jak to się nazywa. Mamy tam dialog Młodego i Starego (mogę coś pokręcić, bo będą już ze dwa tygodnie, jak go przeczytałem). Zaczyna się od rozmowy kwalifikacyjnej. Jeden pyta drugiego, co to takiego jest. No i drugi odpowiada w dosadnych słowach, że to lizanie dupy gościowi, któremu byś laski do ryja nie dał, czy jakoś tak, ale musisz mu tę dupę lizać, bo inaczej zdechniesz z głodu. A tak, to nie zdechniesz z głodu, tylko będziesz oddawał połowę swojego dnia za gównianą kasę, która choćbyś nie wiem, jak się starał, i tak nie starczy do pierwszego. Czy jakoś tak. No i następuje konstatacja: - Ekonomia. – Często używasz tego słowa? – Ja nie, ale to słowo często używa mnie.
Za to jedno, kurewsko, ale to jak bardzo kurewsko genialne zdanie przeczytam tę książkę. Tako rzeczę ja, postmodernistyczny prostak i cham (tak zostałem określony przez jednego ziomka po moim tekście Biorąc lewa poważnie).
Wracając do śmierci, Barthes’a i mojej tezy. Pierwszy raz Śmierć autora czytałem na tyle dawno, by nic z niej nie tylko nie pamiętać, ale i nie rozumieć. Za sprawą Zadie Smith i jej eseju na temat Barthes’a i Nabokowa, wróciłem do tego pierwszego. Przy okazji sięgnąłem też po Kim jest autor? Foucault.
Zapewne chcielibyście poznać jakąś dobrą pointę do tej historii. Jakieś wnioski, spostrzeżenia, albo przynajmniej kilka słów rozwinięcia. Hm… nie bardzo wiem, co wam dać. Pamiętacie historię, gdy Wielce Szanowna Noblistka Szymborska postanowiła typowo maturalnie zinterpretować własny wiersz? Co autor miał na myśli i te sprawy. I, zdała, dostała ze 30%. Interpretacja. Nie co autor miał na myśli, bo nie autora pytamy, ale co czytelnik ma na myśli, bo jego dotyczy pytanie. Wylukajcie sobie w guglu teksty piosenek zespołu pn. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. I powiedzcie mi później, co autor miał na myśli.
Więc robimy tak: zabieramy tekstowi autora. Zabieramy tekstowi sens, nadawany mu przez autora. I dopiero produkujemy tekst. Zadie Smith zwraca uwagę, że zdaniem Barthes’a, ideologicznie związanego z postmarkstowską analizą tekstu, zły czytelnik był konsumentem, a idealny – producentem. Wykluczenie, czy odsunięcie (ew. zdystansowanie – te dwa ostatnie zwroty używa Barthes) autora ma dwa powody. Choć na pierwszy rzut oka tego nie widać, oba mają filozoficzny charakter. Autor jest tylko tym, kto pisze, tak jak j a jest tylko tym, kto mówi j a. Zlikwidujmy więc ten, cokolwiek wątpliwy, abstrakcyjny podmiot. Zastąpmy go konkretem: zastąpmy go każdorazowym czytelnikiem, słuchaczem, interpretatorem. Drugi powód odsunięcia autora od tekstu niejako wynika z pierwszego. Autor stanowi dla tekstu, słowami Barthes’a, hamulec bezpieczeństwa – jest ostatecznym znaczonym tekstu. Ujmuje jego sens. Pojawia się pytanie, co autor miał na myśli. Usunięcie autora ze sceny burzy ten punkt widzenia. Literatura odżegnując się od przypisania tekstowi […] jakiejś „tajemnicy”, czyli ostatecznego sensu, wyzwala aktywność, którą można by nazwać aktywnością kontrteologiczną, a właściwie rewolucyjną, gdyż odmowa położenia kresu sensowi to w ostatecznej instancji odrzucenie samego Boga i jego hipostaz: rozumu, nauki, wiary. Foucault pogłębia analizę Barthes’a. Zwraca uwagę, że nie możemy po prostu autora ze sceny ściągnąć. Musimy go zgrabnie ukryć, nadać mu drugo-, czy nawet trzeciorzędną rolę, ale mieć na oku. Autor jest funkcją. Wyobraźmy sobie próbę w teatrze, gdy aktor, grający główną rolę zapomina fragmentu tekstu. Zjawia się głos, podpowiedź, słowo, zdanie, gest. I gramy dalej. Autor jest naszą podpowiedzią. Możemy się do niego odwołać i choćby dlatego warto mieć go pod ręką. Nie jest jednak naszym punktem docelowym.
Wniosek może być tylko jeden: narodziny czytelnika trzeba przypłacić śmiercią Autora.
Etykiety:
filozofia
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Anarchiwm
tag? katalog?
- blog (4)
- ekonomia (3)
- film (3)
- filozofia (30)
- filozofia w żartach (3)
- gościnnie (1)
- historia (2)
- inne (12)
- komunitaryzm (3)
- książki (18)
- kultura (19)
- liberalizm (4)
- libertarianizm (14)
- nauka (5)
- polityka (24)
Technologia Blogger.
Niech żyje logika
Jeżeli:
36 cali = 1 jard ,
To
9 cali = ¼ jarda.
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
3 cale = ½ jarda.
To
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
źródło: J.A. Paulos, Myślę, więc się śmieję, Warszawa 2011, s. 39
Zwiedzam
-
-
Niech nie sczezną teiści2 dni temu
-
wiersz: swawola lub rozpuszczenie4 dni temu
-
Gold w EUropie4 dni temu
-
-
przybysze z Wegetara1 miesiąc temu
-
Norwood Hanson, Obserwacja cz. 22 mies. temu
-
Witam po przerwie.1 rok temu


1 komentarze:
>Autor
"Nie wiem, na ile to, co zaraz powiem, będzie sprzeczne z tym, co mówi Archer&wyrus, bo mam wrażenie, że będziemy gadać trochę obok, ale mnie się wydaje, że to chodzi o coś innego."
A niby o co innego chodzi? Przecież nie będziesz czytać książki i - jako czytelnik - dopisywać coś do tego, co napisał autor tekstu, jeżeli książka Cię nie zainteresuje, a książka zainteresuje Cię tylko wtedy, kiedy autor opowie ciekawą historię. Oczywiście ciekawą dla Ciebie.
Czy może jest jakoś inaczej?
:-))
Prześlij komentarz