19.2.11

Kain i Babel, czyli coming out

Nie będę gadał o żadnym Kainie, żeby nie było. Możemy jednak uznać, że powód tego niegadania o Kainie (a gadał o nim nie będę, bo Kain nic mnie nie interesuje) jest tym coming out'em. Coming out wziął się zresztą stąd, żeby trochę prywaty pouprawiać. Zachęcił mnie do niego, nie wiem, czy świadomie, Maciek Dudek, który pod ostatnim wpisem wyraził chęć podyskutowania na poważnie ze mną i z Jasiem. No a w takiej dyskusji to nie ma przebacz, pokaż lekarzu, co masz w garażu. Problem w tym, że ja do swojego garażu w ogóle rzadko zaglądam, więc ciężko mi powiedzieć, co tam trzymam. Raczej jestem domowym majsterkowiczem, który idąc na spacer znajduje jakiś złom i myśli, że może mu się przydać. Biorę więc w łapę (ten złom) i zanoszę do garażu. No i to tak sobie leży. Kiedyś może wyjdzie z tego fajny wehikuł, no a może nie. Wracając na ziemię, obecnie na blogu raczej sobie "aleatorycznie krytykuję", nie (po tłumaczenie odsyłam do Krzyśka)? Albo głośno myślę.


Wracając do coming out'u, czyli prywaty. Dawno mnie tu nie było, nie? Cóż, prawdę mówiąc, chciałem poczuć się jak gwiazda i być gdzieś indziej. Wybrałem Toma Hanksa, zapuściłem wykurwiście długą brodę i byłem cast away poza światem. Z tydzień temu na przykład dowiedziałem się, że w Egipcie są jakieś zamieszki, a w Sudanie - referendum. Dobrze mi z tym było. Tak więc wracam do tego. Tzn. niedługo pewnie się ogolę, może będę częściej tu zaglądał, ale i tak zamierzam być poza światem*.
No dobra, kończmy tę prywatę w miejscu publicznym. Teraz Babel, czyli wieża Babel, czyli język. Zacznijmy dowcipem (jedna uwaga: dowcip w formie drukowanej, czytelnej jest mniej śmieszny, niż opowiadany "z werwą").
Pewien Anglik postanowił wynająć w Polsce pokój w hotelu. Wieczorem dzwoni do recepcji i mówi:
- Two tea to room two.
Chwila ciszy (szłyszycie to mlaskanie i ciamkanie przy żuciu gumy?), po czym słychać odpowiedź:
- Tra tata tata.
Czyli co, 2+2=5? - pewnie bym zaraz usłyszał. Wierzcie, lub nie, ale w dyskusjach nad znaczeniem, prawdziwością, czy językiem jest to chyba najczęstszy - i jeden z głupszych - argumentów. No bo, jeżeli prawda jest względna (bo przecież zależna od kontekstu, przyjętej aparatury pojęciowej, background'u, "przedzałożeń", czy choćby kultury, znaczy tyle, co "względna"), to co za problem kłócić się, że 2+2=5? Przy odpowiednio zakutołbistej logice można jeszcze dojść do wniosków (i różni ludzie naprawdę do nich dochodzili!), że Żydzi zabijali się sami, PRL był złotym okresem w dziejach ludzkości, a Generał Franco przyniósł Hiszpanom wolność (tak samo zresztą postąpił Pinochet, czy ktoś w ogóle śmie w to wątpić?). 2+2=5. Pfff, trzeba być chyba debilem, żeby tak uważać, nie? Przecież wiadomo, że istotą "2", jest to, że jej dwukrotność daje "4", a istotą "4" jest to, że składa się z dwóch "2". Żaden język, rzeczywistość, jak w mordę strzelił. Kopiemy w kamień, nie? [a teraz niech mi ktoś, kto bez cienia ironii uznaje powyższy wywód za prawdziwy, pokaże w rzeczywistości "2" i "4"].

Jeżeli jednak chcielibyśmy, a nie ukrywam, że czasami bym chciał, pogadać sobie o tym wszystkim poważnie, to wartowałoby zacząć od początku. Ja proponuję tak: Ajdukiewicz twierdził, że zdanie "Kwadrat to prostokąt równoboczny" jest zdaniem analitycznym, a jego prawdziwość zależy od prawdziwości składających się na nie słów. Jeżeli więc uznajemy, że to zdanie jest prawdziwe, to przyznajemy poszczególnym słowom sens, który te słowa w języku polskim zawierają. Jeżeli więc ktoś uzna zdanie "kwadrat to prostokąt równoboczny" za nieprawdziwe, znaczy to tyle, co stwierdzenie, że poszczególne słowa (bądź pojedyńcze słowo) rozumie inaczej, niż to jest w języku polskim przyjęte (na przykład może uważać, że kwadrat, to figura, powstała z 3 prostych, przecinających się po dwie).

Jeżeli więc, wracając do tandetnego przykładu z dodawaniem, ktoś zgadza się, że "dwa plus dwa równa się cztery", znaczy to, że przyjmuje i akceptuje "polski sens" słów, z których to równanie się składa. Anglik nie przyjmie takiego znaczenia i zapewne w ogóle nie zrozumie, ocb. Zapewne zrozumiałby - i pewnie nawet by się z tym zgodził - jakieś "two plus two equals four", czy jak by to w tym imperialnym języku brzmiało. Ktoś może powiedzieć, że z pewnością by zrozumiał, gdyby mu napisał, że "2+2=4", co już ani chybi jest dowodem na pewną rzeczywistą oczywistość tego twierdzenia. Ale taka pisownia znaczy tyle, że tak, a nie inaczej wyglądające znaczki uznajemy za niosące odpowiedni sens. Nie zastanawiałem się, przyznam szczerze, na ile to, o czym mówię, może być skojarzone z teorią nazw własnych Russella, czy Kripkego. Myślę przy tym, na marginesie, że to, o czym mówię, mogłoby w dosyć kreatywny sposób być połączone z dywagacjami na temat tego, czym jest ta "istota", czy ta "wewnętrzna prawda", dzięki której uznajemy, że znaczek "2" zawiera w sobie takie, a nie inne znaczenie. A co za tym idzie, dlaczego przy całej zmienności świata posługujemy się pewnymi stałymi, typu "natura" (np. ludzka), "istota", "rzecz sama w sobie" (ding an sich, jak wymyślił wielki bonza z Królewca; copyright by Nietzsche).

Wracając, przynajmniej trochę, do języka, prawdy, czy czego tam jeszcze. Kiedyś w rozmowie z Krzyśkiem, a było to w czasach, kiedy jeszcze ekonomia znajdowała się w obrębie moich zainteresować (tak dawno!) mówiliśmy sobie o cenach, wartościach i innych pierdołach. Powiedziałem mu wtedy, o ile dobrze pamiętam, że cenę traktuję jako pewną zobiektywizowaną wartość. Krzysiek stanowczo zaoponował, a ja nie bardzo potrafiłem uzasadnić swojej tezy. Nie wiem, jak by ta rozmowa wyglądała dzisiaj, ale powiem wam, o co mi chodziło. Powiem wam czyli, w jaki sposób traktuję "obiektywizację". Otóż obiektywizacja nie polega na odkrywaniu jakichkolwiek stałych i niezmiennych prawd, istot samych w sobie, czy natur. Obiektywizacja jest raczej intersubiektywizacją. Jest konwencją, efektem współżycia społecznego, wypadkową.

Jeżeli więc obiektywizacja, a więc i prawda, jest konwencją, to warto zastanowić się, o co z tą konwencją tak naprawdę chodzi. Wróćmy na chwilę do Ajdukiwicza, który, formułując w latach 30. teorię "skrajnego konwencjonalizmu", napisał:
Chemy tu mianowicie sformułować i uzasadnić twierdzenie, że nie tylko niektóre, ale wszystkie sądy, które przyjmujemy i które tworzą cały nasz obraz świata, nie są jeszcze jednoznacznie wyrażone przez dane doświadczenia, lecz zależą od wyboru aparatury pojęciowej, przy pomocy której odwzorowujemy dane doświadczenia. Możemy jednak wybrać taką lub inną aparaturę pojęciową, przez co zmieni się cały nasz obraz świata. To znaczy: póki ktoś posługuje się pewną określoną aparaturą pojęciową, póty dane doświadczenia zmuszają go do uznania pewnych sądów. Same te dane doświadczenia nie zmuszają go jednak bezwzględnie do uznania tych sądów. Może on bowiem obrać inną aparaturę pojęciową, na gruncie której te same dane doświadczenia nie zmuszą go do uznania owych sądów, gdyż w nowej aparaturze pojęciowej te sądy w ogóle już nie występują.
Zdaje mi się, że jest to na tyle widoczne we wszelkich dyskusjach ideologicznych (których niżej niepodpisany doświadczył całkiem sporo), że nie muszę tego uzasadniać. No dobrze, zostawmy na razie Ajdukiewicza i skupmy się na językach. Mógłby ktoś zapytać, że no dobra, konwencja to konwencja, ale jednak na jakiejś podstawie przyjmuje się taką, a nie inną aparaturę pojęciową. Czy nie słusznie byłoby przyjmować ją na podstawie jej prawdziwości?

Otóż stawiam tezę, że bynajmniej. Jeżeli naprawdę interesują was powody, które skłaniają mnie do takiego odrzucenia, to oto najgłówniejszy: prawdziwość jest konwencją. To, czym się kierujemy w wyborze aparatury pojęciowej, jest jej praktyczność. Przyczyną jest to, co możemy za jej pomocą zrobić. Zaryzykuję tutaj też tezę, że jest to nawet zbieżne z tezami neopozytywizmu. Ostatnio przywoływałem Neuratha, dziś pora na Bertranda Russell'a**:
Nauka zachęca więc do zaniechania poszukiwań prawdy absolutnej na rzecz czegoś, co można by nazwać prawdą "techniczną", a co przysługuje każdej teorii, którą można skutecznie wykorzystać w wynalazczości, lub przewidywaniu przyszłości. Prawdziwość "techniczna" jest stopniowalna: teoria, która umożliwia więcej wynalazków i więcej trafnych przewidywań, jest prawdziwsza niż ta, która umożliwia ich mniej. "Wiedza" przestaje być mentalnym zwierciadłem wszechświata, stając się jedynie praktycznym środkiem manipulowania materią.
Do powyższego wywodu mam tylko jedno zastrzeżenie. Wydaje mi się, że stopniowalność tej "prawdy technicznej" jest zupełnie niepotrzebna. Oczywiście, można ją stosować, natomiast jest pytanie, czy gdyby pominąć tę stopniowalność, istotnie zmieniłby się sens powyższego wywodu? Zdaje mi się, że nie, dlatego też chętnie posługuję się alternatywnym prawem grawitacji, czyli wielkim trollem z uniwersalnym magnesem. Gdyby ktoś nowy tu zajrzał i nie wiedział, ocb, akcja jest taka. Jako "ludzie zachodu", "ludzie racjonalni", czy "cywilizowani" uznajemy pewne prawidła, które rządzą przyrodą. Na przykład prawo grawitacji, czy ściślej - prawo powszechnego ciążenia. W odniesieniu do Ziemi obserwujemy, że kamień, który rzucimy do góry [przy założeniu, że nie jesteśmy Herkulesem, Supermanem, albo innym Übermensch'em], spadnie na Ziemię. Mamy więc prawo grawitacji, że przedmioty się przyciągają - w tym przypadku Ziemia kamień (ew. jeśli ktoś woli kamień Ziemię). Załóżmy jednak, że gdzieś tam w dalekiej Amazonii żyje nieodkryte plemię (które przy dzisiejszym tempie wycinki odkryjemy coming soon), które nie zna czegoś takiego, jak prawo grawitacji. Nie chodzi o to, że nie zaobserwowali oni, że kamień spada na Ziemię. Zaobserwowali. Szwendając się jednak po różnych miejscowych skałkach i jaskiniach znaleźli kiedyś skałę, która w jakimś stopniu przyciągała do siebie ich kamienne paciorki. Wywnioskowali stąd, że gdzieś tam pod ich stopami istnieje wielka ilość, ew. wielkie stężenie, takiej skały który przyciąga rzucone kamienie. Ponieważ lud taki ma również swoje wierzenia, przesądy itp., wierzą oni, że Królem Ziemi jest wielki troll. Łącząc te dwa "fakty" doszli do wniosku, że Król Ziemi trzyma w dłoni wielki magiczny kamień i przyciąga wszystko, co się zbytnio od niego oddali. Dlatego drzewa nie rosną w nieskończoność, a ptaki nie wylatują hen w te małe białe w nocy świecące.

Gra? Gra i trąbi. Oczywiście my, jako "ludzie cywilizowani", mający w pamięci średniowiecznego golibrodę Ockhama pamiętamy, że nie ma po co mnożyć bytów (a nie pamiętamy, że sam zainteresowany napisał: Nie wolno przyjąć niczego bez uzasadnienia, że ono jest, musi ono być oczywiste albo znane na mocy doświadczenia, albo zapewnione przez autorytet Pisma Świętego), możemy jedynie pobłażliwie się uśmiechnąć. Mimo tego politowania, widocznego na naszych twarzach, cały czas pozostaje pytanie, czy nasz system z prawem grawitacji jest lepszy, niż ten ich, z trollem i uniwersalnym magnesem? Stoję na stanowisku, że nie. Tzn., nie, że jest gorszy. Uważam, że mamy ograniczone możliwości oceny tego. Dzieje się tak, ponieważ - i mam wrażenie, że stoję tu na stanowisku Fisha - nasze myślenie jest wbudowane w pewien racjonalizujący system. To, co uznajemy, z czym się zgadzamy i dlaczego, podlega takiej a nie innej ocenie, ponieważ jesteśmy w takim, a nie innym kontekście. Myślimy za pomocą takich, a nie innych dyrektyw. Mając jeszcze w pamięci radykalny konwencjonalizm, musimy przyznać, że prawo grawitacji lepiej nam służy (stąd uznajemy, że jest prawdziwe), niż teoria trolla z magnesem (stąd jest fałszywa). Musimy jednak pamiętać, że one nam lepiej służą. Nie mamy możliwości, by bezstronnie ocenić, które twierdzenie lepiej by służyło ludom amazońskim.

Zanim przejdę do następnej części, chciałbym pokrótce podsumować przyjęte przeze mnie stanowisko. Przede wszystkim, stawiam tezę (choć raczej przychylam się do tezy), że to, w jaki sposób postrzegamy świat, zależy od tego, z pomocą jakich dyrektyw to robimy. Oznacza to, że mniej ważne jest to, jak myślimy, ważniejsze natomiast - za pomocą czego myślimy. Konsekwencją takiego poglądu jest dla mnie odrzucenie prawd absolutnych, ducha dziejów, natury, esencji, czy istoty i skupienie się raczej na konwencjach. Można więc najogólniej powiedzieć, że prezentuję stanowisko antyfundacjonistyczne. Ponadto uważam, że nie jesteśmy żadnymi tabulami rasami, a nasze widzenie świata jest już zakorzenione w obrębie "wspólnot interpretacyjnych" (zdaje się, że w ten sposób poszerzam znaczenie, które nadał temu zwrotowi Fish; może i faktycznie - zdaje się). Wszystko to prowadzi do wniosku, że pewne twierdzenie uznajemy za prawdziwe z innych powodów. Uważam, że tym powodem jest pragmatyzm. I, jak zapewne już zauważyliście, duże znaczenie przypisuję językowi. Który traktuję zresztą również konwencjonalnie, w przeciwieństwie do np. Chomsky'ego.

Powyższe tezy połączone w jeden względnie spójny pogląd mogą prowadzić do różnych wniosków. Możemy na przykład zwrócić uwagę, że Hitler sobie pragmatycznie uznał, że Niemcy i Aryjczycy to rasa panów, czyli Übermensch'e, a Żydzi - Untermensch'e. Dając już spokój staremu, martwemu dekadentowi (dekadent chciał być nadczłowiekiem, czyż to nie ironia?!), współcześnie co i rusz jesteśmy świadkami przyjmowania różnych aparatur pojęciowych. A jedni mówią, że PRL była cool, a drudzy mówią, że nie, śpiewał Kazik i coś w tym niewątpliwie jest. Jedni mówią, że kapitalizm jest super, a drudzy mówią, że kapitalizm sam sobie kręci (produkuje) sznur. Jedni mówią, że człowiek jest od seksu, a inni, że od porodówki. I tak dalej w ten deseń.

Sęk w tym - i właśnie na tym teraz chciałbym się skupić -, że przyjęcie takiej, a nie innej aparatury pojęciowej ma wpływ na kształtowanie naszej polityki, czyli naszego, mówiąc za Arendt, współ-bycia, être-ensemble. Język nie jest bynajmniej neutralny, bo i ciężko nam by było ocenić, co miało by to oznaczać. Język zawsze jest nacechowany i naładowany znaczeniami, bo jest konwencją. A jeżeli jest konwencją, to znaczy, że jest zmienny. Te dwie cechy języka kierują nas w pewnym kierunku. Otóż, jeżeli język nie jest neutralny, to znaczy to, że przyjęty i powszechnie używany język może być przez różnych ludzi różnie oceniany. Oznacza to, że język może być źródłem krzywdy jednego człowieka względem drugiego. Warto też tutaj zaznaczyć, że nie tylko co się mówi, może ranić, ale też kto. Inaczej brzmi, gdy w Harlemie jeden ziom do zioma mówi "nigger", a inaczej, gdy mówi tak w Harlemie jakiś biały policjant. Inaczej brzmi, gdy jakiś facet śmiertelnie poważnie mówi o kurach domowych, a inaczej, gdy rozmawiają sobie dwie psiapsióły na wychowawczym. Truizmem jest, że punkt widzenia zależy od punktu siedzienia.

Jeżeli więc uznajemy, że słowa mogą ranić (a mówiąc szerzej, słowa mogą służyć jednemu człowiekowi przeciw drugiemu), to możemy na tej podstawie dokonać trzech wyborów. Możemy powiedzieć, że owszem, (1) mogą ranić, ale tak być właśnie powinno, bo takie jest życie, że się go nie da przetrwać w prezerwatywie, (2) ranią, ale tak to już jest z językiem, nic na to nie poradzimy (co jest sprzeczne z wymienioną przez nas drugą cechą języka, tj. zmiennością), albo (3) możemy uznać, że faktycznie, ranią, ale można i powinno się to zmienić. Trzecia możliwość wyboru prowadzi do postulatu takiej zmiany języka, czy paradygmatu, by był on jak najbardziej delikatny, tj. by nie dotykał, nie ranił osób trzecich, poniekąd zmuszonych do korzystania z niego. Jest to więc postulat nieagresywnego języka. Jeżeli teraz uważamy, że przeciwdziałanie, czy minimalizowanie okrucieństwa jest czymś, do czego warto dążyć, możemy trzecią możliwość określić, jako nasz cel. Możemy uznać, jak Rorty, że jest to typowy liberalizm (za Judith Shklar, która uznaje, że liberałowie to ludzie, dla których okrucieństwo jest najgorszą rzeczą jakiej się dopuszczamy). Jaś Skoczowski z kolei uważa, że jest to już nie liberalizm, tylko libertarianizm. Jakkolwiek chcielibyśmy określić ten pogląd, musimy pamiętać, że nasz język wspólnotowy jest słownikiem sprawiedliwości i solidarności. A to z kolei oznacza, że powinien być coraz bardziej inkluzywny. A więc mniej okrutny.


*W momencie, gdy kończę pisać te słowa, po mojej brodzie zostały jedynie obraźliwe fotografie.
**Przy okazji chciałbym stanąć w obronie Russella przeciwko Gwiazdowskiemu i innym "pożal się boże" logikom. Otóż Gwiazdowski przywołał komentarz Russella z czasów przedwojennych. Miał tedy Russell powiedzieć, że "Wielka Brytania powinna się rozbroić, bo nawet jak Niemcy dokonają inwazji, to Anglicy nie będą im sprzedawali żywności i się będą musieli wycofać". Już widziałem te szydery pt. "ale ten Russell głupi był, jak but". Więc ja, już post factum, chciałbym powiedzieć, że Niemcy nie dokonali inwazji na Wielką Brytanię (z kilku powodów, główny był ten, ze Hilter był debilem). Co prawda naloty było, ale tam był Dywizjon 303, itd. A! I nie zapominajmy, że w pierwszych tygodniach wojny Brytyjczycy zbombardowali Berlin... ulotkami antywojennymi.

9 komentarze:

marta.luter pisze...

oj smootny,smoootny,
Ciągle się szukasz?:)
Kiedyś , gdy byłam młodą studentką:), przeprowadziłam eksperyment.
Odizolowałam się od ludzi ,choć nie zapuściłam brody z przyczyn oczywistych:)
I wiesz co?
Nikt tego nie zauważył.
(Nie miałam jeszcze męża. Napewno zauważyłby brak czystych gaci i obiadu):))
Fajnie ,że "wróciłeś" z brodą , czy bez.
Jakby co , to mnie Ciebie brakowało.
pozdr
Ps: Trafiłam przez Wyrusa - a jakże!

jaś skoczowski pisze...

"To, co uznajemy, z czym się zgadzamy i dlaczego, podlega takiej a nie innej ocenie, ponieważ jesteśmy w takim, a nie innym kontekście."

Skąd wiesz, że nie istnieją uniwersalne konteksty? Czy wszystkie konteksty są sobie równe?

I uważam, że konteksty, w których powstają teorie naukowe traktujesz jako bardzo słabo osadzone w ludziach. Tak, jakby to były te same konteksty, w zgodzie z którymi znasz zasady posługiwania się sztućcami - konteksty dotyczące tylko czysto ludzkiego zachowania, nie wyjaśniające niczego więcej, niż może tego, co należy robić w danej sytuacji. A one są inne. Teorie na temat tego, jaki jest świat, w tym teorie naukowe, nie mówią Ci tylko to, co powinieneś zrobić, one Ci zakreślają zakres twoich możliwości i decydują o znaczeniu na fundamentalnym poziomie. Tak, nie ma np. bezkontekstowego rozumienia prawdy, rzecz w tym, że to oznacza, że próba badania świata zupełnie spoza kontekstu jest daremna, prawda? No to jak toś mówi, że coś jest prawdą, choćby absolutną, to twoja niewiara w absolutna prawdę jest co najwyżej równie uzasadniona, co wiara tego faceta w prawdę absolutną. Nie możesz mu wykazać żadnego błędu. Bo akurat pojęcie prawdy, mając taką, a nie inną treść, jest zawsze blisko centrum schematu pojęciowego, bez którego nic nie da się zrozumieć. Jeśli ktoś coś uznaje za prawdę i nie popełnił błędu dociekaniach, błędu w kontekście tego, jaką "kulturę duchową" reprezentuje, to jak niby miałbyś mu wykazać jakikolwiek błąd? Co z tego, że Ajdukiewicz cośtamcośtam? Nie mógł się mylić? No, a jeśli nie potrafisz komuś wykazać błędu, gdy twierdzi, że coś jest absolutną prawdą, no to to może być absolutna prawda.

"Myślimy za pomocą takich, a nie innych dyrektyw."

Poproszę o dowód, że myślę za pomocą dyrektyw.

jaś skoczowski pisze...

"To, co uznajemy, z czym się zgadzamy i dlaczego, podlega takiej a nie innej ocenie, ponieważ jesteśmy w takim, a nie innym kontekście. Myślimy za pomocą takich, a nie innych dyrektyw. Mając jeszcze w pamięci radykalny konwencjonalizm, musimy przyznać, że prawo grawitacji lepiej nam służy (stąd uznajemy, że jest prawdziwe), niż teoria trolla z magnesem (stąd jest fałszywa). "

Służy do czego? Piszesz o użyteczności, nie określając tego, do czego jest coś użyteczne, to bezsensu lub to jest wyjątkowo wątpliwe. Bez sensu, jeśli uważasz, że coś może być po prostu użyteczne, że nie musi mieć zastosowania i może. Wątpliwe, jeśli nie wskażesz tego zastosowania.

Teoria powszechnego ciążenia ma oczywiście wiele cech, które sprawiają, że można jej do tego, lub tamtego zastosować, ale twoja analiza pomija prosty fakt, że zastosowania nie są jednorodne. To, że coś nadaje się do czegoś, a coś innego do innego nie oznacza, że to są takie same przedmioty, podpadające pod tą samą klasę. W przypadku nauki można wysnuć wniosek, że nauka jako taka zajmuje się zajmuje się poznawaniem świata. Jest tak dlatego, że teorie przyjmowane ze względu na ich wartość epistemiczną. No. teoria ewolucji była pod wieloma względami bezużyteczna lub szkodliwa. Odbierała ludziom autorytet w różnych dziedzinach i byłą skierowana np. przeciwko strukturze władzy we wspólnocie naukowej, bo ludzie nie zgadzający się z nią zajmowali we wspólnocie naukowej wysokie miejsce w hierarchii władzy. I prezentowali silną tradycję - stąd to nie była kwestia tylko ich interesów, ale tez bezwładności struktury. Jeśliby przynajmniej ta teoria nie miała wartości czysto poznawczej (była przydatna do poznawania tego, jakim świat jest), to nie nadawałaby się do niczego innego. Ale jeśli tak, to oczywiście się mylisz i przynajmniej czasem można wskazać, że coś jest lepsze, bo jest prawdziwsze. Bo prawda ma to do siebie, że w pewnych praktykach jest wartością pragmatyczną. Nie w sensie tym, że naukowcy np. dążą do prawdy i niczego innego. Chodzi o to, że nawet jeśli nie, to struktura samej wspólnoty ma taki, a nie inny kształt, że jak nie umiesz dobrze wyjaśniać zjawisk (nie wyjaśniał, żeby coś innego było dzięki temu osiągnięte. Wyjaśniał dla wyjaśniania), to jesteś w części jej dupnej i może Cię nawet wydalić.

smootnyclown pisze...

Jasiu,
Skąd wiesz, że nie istnieją uniwersalne konteksty?
Jedyne, co jest stałe na świecie to jego zmienność. Może być?:)

Czy wszystkie konteksty są sobie równe?

Nie mam takiej linijki, żeby to zmierzyć.
A teraz od końca:
Poproszę o dowód, że myślę za pomocą dyrektyw.
Najpierw pytanie: chodzi Ci o dowód w sensie logicznym, czy argumentację i uzasadnienie? Jeśli to pierwsze, to nie mam takiego dowodu (może jak bym pomyślał, to bym wymyślił, ale jutro muszę o 5 rano wstać, więc naprawdę nie mam teraz ochoty). Jeżeli o drugie, to proszę:
Przeczytałem w Piśmie. Zadowala Cię taka odpowiedź, czy domagasz się czegoś bardziej, hm... empirycznego? Bo kiedyś się nie domagali i wierzyli Pismu (vide: golibroda). A teraz się domagają. To są dyrektywy.

Teorie na temat tego, jaki jest świat, w tym teorie naukowe, nie mówią Ci tylko to, co powinieneś zrobić, one Ci zakreślają zakres twoich możliwości i decydują o znaczeniu na fundamentalnym poziomie.

A gdzieś temu przeczę?

Tak, nie ma np. bezkontekstowego rozumienia prawdy, rzecz w tym, że to oznacza, że próba badania świata zupełnie spoza kontekstu jest daremna, prawda? No to jak toś mówi, że coś jest prawdą, choćby absolutną, to twoja niewiara w absolutna prawdę jest co najwyżej równie uzasadniona, co wiara tego faceta w prawdę absolutną. Nie możesz mu wykazać żadnego błędu.

albo temu?

Co z tego, że Ajdukiewicz cośtamcośtam? Nie mógł się mylić?

A co z tego, że Jasiu cośtamcośtam? Obawiam się, Jasiu, że na takim poziomie nie chcę dyskutować. Pewnie, że mógł się mylić (zresztą kilkanaście lat później zmienił poglądy). Tak samo, jak Pismo może się mylić, Hawking, Matka Teresa albo Donald Tusk. Ale co z tego? Czy ja napisałem, że Ajdukiewicz nie mógł się mylić? Czy jak napiszę: "Kret powiedział, że jutro będzie padać", to muszę dodawać, że oczywiście mógł się pomylić?

No, a jeśli nie potrafisz komuś wykazać błędu, gdy twierdzi, że coś jest absolutną prawdą, no to to może być absolutna prawda.

No. Ale co, ja temu przeczę? Oraz (taki motyw a la Jasiu): czy to nie Ty domagałeś się dowodu od Kamila na Liberalis, bo to on wypowiedział tezę?

Służy do czego?

Do obserwacji, że chleb posmarowany spada masłem w dół.

To, że coś nadaje się do czegoś, a coś innego do innego nie oznacza, że to są takie same przedmioty, podpadające pod tą samą klasę.

Super. Jeżeli my nadziewamy mięcho widelcem, a tubylcy z Samoa, czy skąd tam, używają do tego na przykład patyka, oskrobanego kamieniem (abstrahując od reszty różnych pierdół, które robimy widelcem my, a szpikulcem - oni), to czy mam w takim razie stwierdzić, że tubylcy z Samoa nie znają czegoś takiego, jak widelec, ale mają taki patyk, ale ciężko stwierdzić, czy to ichni widelec? Jasiu, nie jestem aż takim zwolennikiem nieprzekładalności języków/kultur/czego_sobie_życzysz.

No. teoria ewolucji była pod wieloma względami bezużyteczna lub szkodliwa.

No. I pod tylomaż względami przydatna i ułatwiająca życie. Ale co to ma do rzeczy?

Jeśliby przynajmniej ta teoria nie miała wartości czysto poznawczej (była przydatna do poznawania tego, jakim świat jest), to nie nadawałaby się do niczego innego.

Nie rozumiem o czym mówisz, że była to wartość "czysto poznawcza", tj. "jaki świat jest". Co to znaczy, że "jaki świat jest"? Skąd Jasiu wiesz, jaki świat jest? Oraz (znowu a la Jasiu): dowód proszę.

Ale jeśli tak, to oczywiście się mylisz i przynajmniej czasem można wskazać, że coś jest lepsze, bo jest prawdziwsze.

Ale ja się zgadzam we zupełności. Powiem nawet więcej: rzeczywiście uznajemy, że coś jest lepsze, bo jest prawdziwsze.

Bo prawda ma to do siebie, że w pewnych praktykach jest wartością pragmatyczną.

A nos ma to do siebie, że w pewnych praktykach należy go wysmarkać.

jaś skoczowski pisze...

"A gdzieś temu przeczę?"

W tej notce u góry, w której piszesz, że prawda jest tylko kwestią użyteczności.

"albo temu?"

Twoje relatywizujące podejście do sprawy to jest negacja tego. Chyba, że dysponujesz neutralnym punktem widzenia, wychodzącym poza wszelkie relatywizacje. Albo jednak nie umiesz dowieść, że prawd absolutnych być nie może. Możesz być co najwyżej o tym przekonany. Dobrze, ale w takim razie bądź np. łaskaw nie wymagać tego przekonania od innych. I nie tratuj cudzych przekonań, niezgodnych w tej kwestii z twoimi, jako mylnych. Tak jak robisz to w tym tekście.

"No. I pod tylomaż względami przydatna i ułatwiająca życie. Ale co to ma do rzeczy?"

Że została przyjęta przez wspólnotę naukową ze względu na domniemana jej prawdziwość przede wszystkim. Odróżnioną od użyteczności, jeśli te terminy nie mają być do siebie redukowalne. A nie powinny. Prawda nie jest instrumentalna np., a użyteczność zawsze.

"Do obserwacji, że chleb posmarowany spada masłem w dół."

"Nie rozumiem o czym mówisz, że była to wartość "czysto poznawcza", tj. "jaki świat jest". Co to znaczy, że "jaki świat jest"? Skąd Jasiu wiesz, jaki świat jest? Oraz (znowu a la Jasiu): dowód proszę."

Nie napisałem, że wiem, jaki jest świat, napisałem, że wiem, dlaczego w nauce wygrywają takie, a nie inne teorie. Wygrywają min. właśnie dlatego, że nie ma powodów sposobu podważenia wysokie stopnia ich prawdziwości. I ta zasada działania naukowego znika, jak sobie stwierdzisz, że to jest kolejny przykład sytuacji, w której teorie są przyjmowane, bo są użyteczne. Nie, nie chodzi o to, że do czegoś się nadają, tylko o to, że jakieś są, niezależnie od np. tego, do czego mogą posłużyć.

I jeśli sprowadzisz prawdziwość do jakiejś użyteczności, nie będziesz mógł sensownie napisać tego, co ja napisałem u góry. Bo będziesz pisał o wyjątkowym wypadku użyteczności która polega na tym, że coś jest użyteczne do powielania siebie. Teorie naukowe nie są przyjmowane tylko dlatego, że spełniają czyjeś potrzeby, tylko dlatego, że niezależnie od tych potrzeb są jakieś. Prawdziwe w jedyny sposób, w jaki coś w ogóle może być prawdziwe - w ramach założeń. Ale dalej prawdziwe, a nie (tylko) użyteczne.

"Do obserwacji, że chleb posmarowany spada masłem w dół."

Spora część dobrych teorii nie ułatwia obserwacji, wręcz przeciwnie, ponieważ zmusza obserwatora do ignorowania faktów. Na tym polega ideacja i jest ona ważną praktyką badawczą.

"Super. Jeżeli my nadziewamy mięcho widelcem, a tubylcy z Samoa, czy skąd tam, używają do tego na przykład patyka, oskrobanego kamieniem (abstrahując od reszty różnych pierdół, które robimy widelcem my, a szpikulcem - oni), to czy mam w takim razie stwierdzić, że tubylcy z Samoa nie znają czegoś takiego, jak widelec, ale mają taki patyk, ale ciężko stwierdzić, czy to ichni widelec? Jasiu, nie jestem aż takim zwolennikiem nieprzekładalności języków/kultur/czego_sobie_życzysz."

Nie, nie masz z tego wyciągać wniosku, że prawdziwość twojego twierdzenia o tym, co ktoś używa jako widelca jest uprawdopodobniona tylko dlatego, że Ci z tym wygodnie. Choćby dlatego, że Tobie może być wygodnie tylko w ramach pewnej kultury bycia, w tym naukowej, a nauka, by stawać się lepsze, epistemicznie, potrzebuje rewolucji. Musi więc przekraczać kryterium użyteczności i wygody badacza. I to robi. Min. temu służy peer review - zmuszaniu badaczy, żeby nie wyciągali zbyt wygodnych dla siebie wniosków, tylko postarali się je uprawdopodobnić, choćby to było trudne.

jaś skoczowski pisze...

"Przeczytałem w Piśmie. Zadowala Cię taka odpowiedź, czy domagasz się czegoś bardziej, hm... empirycznego? Bo kiedyś się nie domagali i wierzyli Pismu (vide: golibroda). A teraz się domagają. To są dyrektywy."

Przecież to nie jest dowód, tylko starasz mi się wytłumaczyć, czym mogą być dyrektyw którymi jakoby myślę.

"A co z tego, że Jasiu cośtamcośtam?"

Jasiu cośtamcośtam nie wyklucza istnienia prawd absolutnych i nie redukuje prawdy do użyteczności. Dlatego jego tezy nie są tylko zdaniem jasia w zgodzie z tym, co jasiu sam mówi. A w przypadku Ciebie jest tak (nie wiem, czy Ajdukiewicza), że mówisz to, co Tobie wygodnie, ze względu na przynależność o wspólnoty interpretacyjnej. W sytuacji, w której są wspólnoty, które wyraźnie twierdzą, że ich interpretacje nie są tylko efektem konsensusu, ale ten konsensus sięga rzeczywistości. I w tej sytuacji, Ty wychodząc z założeń relatywistycznych, jakie to zaskakujące, dochodzisz do wniosku, że się mylą, bo wyszedłeś ze swoich założeń i zgodnie z nimi się mylą.

"Czy ja napisałem, że Ajdukiewicz nie mógł się mylić? Czy jak napiszę: "Kret powiedział, że jutro będzie padać", to muszę dodawać, że oczywiście mógł się pomylić?"

Jeśli refutujezz tym twierdzenie, że nie padało w jakieś jutro, to tak.

smootnyclown pisze...

Jasiu, zanim przejdziemy dalej, zwrócę uwagi na dwie sprawy:
1. I ja wiem, i Ty pewnie też wiesz, że piszesz dosyć mętnie. Piszesz na tyle mętnie, że mi jest ciężko zrozumieć, o czym piszesz. Zapewne wynika to z tego, że wiele rzeczy w swoich tekstach jest, że się wyrażę, w kontekstach, tj. nie jest do końca wyrażonych wprost. Oczywiście, mogę się mylić, a to oznacza, że w takim razie w ogóle nie rozumiem, o czym Ty na swoim blogu piszesz. Założę więc, że jest, jak mówię. Jeżeli tak, to chciałbym powiedzieć, żebyś nie mierzył wszystkich swoją miarą. Nie doszukuj się tutaj ukrytych podtekstów i jakichś pierdół. Powiem wprost: nie ma w tym tekście ukrytych odniesień do Ciebie, Twoich teorii, czy czego tam jeszcze. Jest kilka odniesień do kilku osób, z którymi miałem kiedyś możliwość dyskutowania i do dziś jest to dla mnie traumą. Po tym wyjaśnieniu mam dla Ciebie jeszcze propozycję: czytaj tylko to, co napisałem, ok? Nie sil się na swoje interpretacje i skup się na tym, co widzisz. Ok? Innymi słowy i już kompletnie w ryj: przestań napierdalać w słomianą kukiełkę, bo tak nie mam zamiaru rozmawiać.

I dwa:
Że została przyjęta przez wspólnotę naukową ze względu na domniemana jej prawdziwość przede wszystkim. [...] Prawda nie jest instrumentalna np., a użyteczność zawsze. [...] Wygrywają min. właśnie dlatego, że nie ma powodów sposobu podważenia wysokie stopnia ich prawdziwości. [...] Jasiu cośtamcośtam nie wyklucza istnienia prawd absolutnych [...]

Wypadałoby w tym miejscu sprecyzować, jak rozumiesz jakąkolwiek "prawdziwość", o jakich wyżej pisałeś. Tak, dla porządku, żebym wiedział z czym gadać. (a nie robić, jak Ty, tj. nie wkładać w usta słów, których nie użyłeś). Zrobimy więc może tak: albo nauczysz się ze mną dyskutować nad konkretnym tekstem, albo przestaniemy dyskutować. Wybacz mnie, ale mam wrażenie, że nie jestem na tyle mocny, żeby dyskutować na temat pt. "Jasiu pomyślał, że smootny myśli, bo smootny napisał...". Nie obchodzi mnie ten temat. Izitklir?

I tak poza tym:
. Prawdziwe w jedyny sposób, w jaki coś w ogóle może być prawdziwe - w ramach założeń
No i co? Uważasz, że to jest sprzeczne z tym, co napisałem? Czy z tym, co uważam? Czy z czym? Po co to mówisz?

jaś skoczowski pisze...

Nie wsadziłem Ci nigdzie żadnych słów i choćby dlatego postaram się już nie rozmawiać z Tobą.

smootnyclown pisze...

nie, Jasiu, wcale mi nic w usta nie wkładasz. Począwszy od pierwszego swojego komentarza dyskutujesz z chuj wie kim, bo z pewnością nie ze mną i nie z tym, co napisałem. A jednak czynisz to na moim blogu, pod moim wpisem i komentarzem Marty (do którego, jak sądzę, się nie odnosisz), a więc mam powody przypuszczać, że jednak ze mną chcesz dyskutować. Skoro więc chcesz dyskutować ze mną, to wypadałoby się wsłuchać, co mam do powiedzenia, a nie sobie to uprzednio przekładać na swoje. Ponieważ jednak dobudowujesz sobie do mojego tekstu jakieś wybujałe fantazmaty, to, Jasiu, do kurwy nędzy, jeżeli to nie jest wkładanie komuś czegoś w usta, to ja już nie wiem, co ten zwrot ma znaczyć.

Bywaj, już tęsknię.

Podziel się

ostatnio napisał

Search

Ładowanie...

Anarchiwm

tag? katalog?

Technologia Blogger.

Bądź na bieżąco!

Niech żyje logika

Jeżeli:
36 cali = 1 jard,
To
9 cali = ¼ jarda.
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
3 cale = ½ jarda.

źródło: J.A. Paulos, Myślę, więc się śmieję, Warszawa 2011, s. 39