15.3.11

Miscellanea, w tym coming out part II

Uważam, że ludziom należy się szacunek. Taki ze mnie dziwak. Szacunek. Ale nie w stylu przepuszczenia babci w autobusie, albo odburknięcie "dzień dobry" w sklepie. Nie. Wielu ludziom zdaje się, że istnieją tylko dwa sposoby mówienia o ludziach w ogólności - językiem praw, albo językiem przywilejów. Ponieważ uważam, że ludziom należy się szacunek, odmawiam władzy językowi przywilejów. Z kolei co do języka praw... Obawiam się, że z niego wyrosłem. Był taki czas, że bardzo chętnie się nim posługiwałem, a kto mnie zna, ten może potwierdzić.

Jeżeli komuś zależy na tłumaczeniu, to już tłumaczę. Uważam, że każdy człowiek, bez względu na pochodzenie, wyznanie, wygląd, rasę, płeć, rozmiar mózgu (kobiety), lub penisa (mężczyźni), że każdy taki człowiek powinien być przez nas traktowany zasadniczo tak samo. Bynajmniej nie znaczy to, że osoby z jednym mózgiem mamy wysyłać do kopalni, a z dwoma - na konkursy miss mokrego podkoszulka*. Nie oznacza to, byśmy wydłubali sobie oczy i nie widzieli między ludźmi różnic. Nie oznacza to też, byśmy szanowali wszystkich równo, niezależnie od wszystkiego. No, stało się, powiedziałem to słowo, które dla niektórych brzmi gorzej, niż dla Żydów "Holocaust". Równość. Tak (tu wchodzą bębny), jestem egalitarystą. Nie chodzi jednak o to, by równe były, że się wyrażę, "wyniki", albo równy był "start". Rzecz w tym, że ani jedno, ani drugie nie jest możliwe do zrealizowania**. Mój egalitaryzm - i powtarzam to już któryś raz w przeciągu miesiąca - opiera się na inkluzywnym podejściu do ludzi. Opiera się na tym, by jak najwięcej różnic było jak najmniej istotnych dla naszego postrzegania drugiego człowieka. Myślę, że część moich czytelników nie wahałaby się nazwać tego liberalizmem, albo humanitaryzmem. A nazywajcie to jak chcecie. Ja uznaję to za wyznacznik mojego egalitaryzmu.


I chyba tylko dzięki temu mogę bez popadania w błędne koło twierdzić, że ludzie to kretyni, idioci, durnie i debile. Oczywiście, nie wszyscy ludzie. Ale gdy mówię, że ludzie mają dwie ręce i dwie nogi, to chyba się samo przez się rozumie, że nie wszyscy. Nie wszyscy ludzie są idiotami. Ba, wśród osób, które znam, idioci to wyraźna mniejszość. Problem w tym, że stykam się z różnymi ludźmi. I niestety, ale fikcyjny test niezidiocenia zalicza... no, powiedzmy, że mało kto. Można więc powiedzieć, że dokonałem empirycznej weryfikacji tezy o zidioceniu. Każdy z was zresztą może zrobić to samo. Stawiam jeny przeciwko orzechom, że się teza wybroni. I piszę to publicznie, ponieważ wierzę, że moi czytelnicy debilami nie są.

Do rzeczy. Nie żyjemy w "erze post-". Jeżeli ktoś wam będzie wmawiał takie rzeczy, nie wierzcie. Tak samo, jak nie wierzycie w świętego Mikołaja, albo w ciążę za pomocą seksu oralnego, albo w to, że Korwin jest politykiem, albo w to, że Tusk jest mężem, a PO partią stanu. Nie wierzcie w takie rzeczy. Jeżeli więc nie żyjemy w erze post-, to niby w jakiej? Przecież w jakiejś erze żyjemy, nie? Otóż żyjemy w erze pop. Żyjemy w erze handlu. Żebyśmy coś przyjęli, ktoś nam to musi sprzedać. Reklama proszku do prania? Goła dupa. Reklama książki? Goła dupa. Reklama nowej płyty Feel? Goła dupa. Lizak? Goła dupa. Płyn do mycia naczyń? Goła dupa. Konto w banku? Goła dupa. Odwrócony kretyd hipoteczny? Goła dupa. Prawdę mówiąc, uważam, że przykre jest, że tak jest. Oczywiście rozumiem intencje twórców reklam, współczesnych handlarzy - sprzedać jak nawięcej, jak najdrożej. Smutne, że to działa. Żyjemy więc w smutnej erze pop, w czasach MTV.

Znowu odszedłem od tematu. Jeżeli wywnioskowaliście z powyższego, że jestem przeciwnikiem reklam, to źle wywnioskowaliście, a ja nie mam zamiaru się z tego tłumaczyć, bo to kompletnie obok sedna. Sedno jest z kolei takie, że wszelkie treści, nazwijmy je "ambitne", żeby zostały przyjęte, muszą być podane możliwie najsłabiej, jak się da - w przeciwnym razie zostaną kompletnie olane. Powstaje więc problem: albo godzimy się z pewną formą elitaryzmu ideowego (bo głównie w temacie idei chciałbym się pokręcić), albo godzimy się na to, że to, co mamy do przekazania będzie rozmyte, a przez to - coraz słabiej widoczne. Albo nikt nas nie zauważy, albo zauważy cała masa, tylko nie będzie o tym wiedzieć.

[pozwolę sobie dopiero tutaj zamieścić motto dzisiejszego odcinka]

Jak frustrujące musi być odkrycie, że na imprezę autentyczności spóźniłeś się równo sto lat!
Zadie Smith, Jak zmieniałam zdanie. Eseje okolicznościowe.

Mam urlop. Zaległy. Tutaj tego nie widać, bo urlop bynajmniej nie oznacza, że ma się więcej czasu na pisanie na blogu. Świat tak nie funkcjonuje. Korzystając jednak z tych niepracujących dni, ponadrabiałem część zaległości filmowych. Obejrzałem dwa postapokaliptyczne filmy: Księgę ocalenia z Denzelem (Washington'em) i Drogę z Viggo Mortensenem (na podstawie powieści Cormaca McCarthy'ego o takim samym tytule). Chciałbym pokrótce pomówić o pierwszym z tych filmów. Denzel Washington gra tam typka o imieniu Eli (tytuł oryginalny to The book of Eli), który, początkowo, nie wiadomo po co łazi po pustkowiach "na Zachód". W międzyczasie, tj. między jedną sceną wędrowną, a inną sceną wędrowną możemy doświadczyć wszystkich uciech postapokaliptycznego świata. Napadów, przemocy, gwałtów, wojen o wodę, itd. Eli dociera do czegoś, co kiedyś, preapokaliptycznie było miastem, a obecnie, postapokaliptycznie jest... miastem ponownie. Odbudował je ze swoją świtą Gary Oldman, grający postać o imieniu Carnegie (sic!). Carnegie jest czytelnikiem. Zbiera wszystkie książki, jakie ocalały. A w zasadzie - jego świta zbiera. Zależy mu jednak na jednej książce, która ponoć ocalała. Szuka jej. I można powiedzieć, że jest po hollywood'zku coraz bardziej zdesperowany. W międzyczasie okazuje się, że ta książka, ten jeden, jedyny ocalały egzemplarz, jest  w posiadaniu Eli'ego. Ta książka to nie tylko książka. Jeśli ktoś potrafi jej używać, a Carnegie, jak się zdaje, potrafi, to książka staje się bronią. Potężniejszą, niż niejeden rewolwer i karabin. Eli też potrafi używać tej książki - kule się go nie imają, a on sam posługuje się bronią białą z uroczą wręcz gracją. Biblia. Ta książka to Biblia.

Nie jest to, i chwała twórcy Biblii, tandetny, metafizyczno-mistyczny obraz o Słowie Bożym. Zresztą po filmie przewija się motywm, że to właśnie przez tę księgę świat wygląda tak, jak wygląda. To, co ja wyniosłem z tego filmu to przesłanie, że idee, myśli, mogą być potężnym orężem. Orężem w walce z... No właśnie w walce z czym bronią może być idea? Ze światem? Nieistotne.

Obejrzałem też Incepcję. Zacznę może dygresją. Otóż przejrzałem sobie filmografię tego całego Di Caprio i powiem wam, że grał w całkiem niezłych filmach. Przyznam się wam też, że gościa tak z przymrużeniem oka traktowałem do tej pory, a to niezły aktor (obejrzyjcie sobie choćby W sieci kłamstw). Dobrze, wracając do Infiltracji. Jeśli chodzi o treść, to dobry film. Jak na hollywood'zkie standardy, to wręcz świetny. Di Caprio gra tam niejakiego Dom'a Cobba, wytrawnego złodzieja, okradającego ludzi z tajemnic. Wyobraź sobie, śpisz, a tu ci się jakiś gościu do snu włamuje. To właśnie Di Caprio. I nie myśl sobie, droga czytelniczko, że sen będzie sexy. No więc Di Caprio wykrada myśli. Oczywiście myśli nie tylko dla myśli. To ma większy sens. Weźmie z twojej głowy na przykład szyfr do sejfu, a później, jak ty będziesz spać, on wejdzie do domu i zabierze gotówkę. Taki cwaniak. Najświeższe zlecenie jest jednak innego rodzaju - zamiast wykradać dla swojego zleceniodawcy jakąś myśl, on ma ją w "obiekcie", czy "ofierze" zaszczepić. Nie jest to jednak takie proste - umysł pracuje na kilku poziomach i skuteczne zaszczepienie musi się odbyć na każdym z nich (a nie wiadomo nawet, czy takie zaszczepienie idei jest w ogóle możliwe!).

To, co wyczytałem w Incepcji, co kilkakrotnie przez nią się przewijało, to pytanie, gdzie w takim razie leży granica między naszym snem, a rzeczywistością? Gdzie kończy się świat, a zaczyna projekcja? Gdzie w tej osi znajdziemy ideę?

Oba filmy  (Księga ocalenia i Incepcja) niosą sobą przesłanie, dotyczące idei. Mówią, że tak naprawdę to idee kształtują nasz świat. Że idee kształtują nas, a my kształtujemy idee. Mówią, że idee mogą być bronią. Bronią wielce skuteczną i niebezpieczną. Problem w tym, że ciężko w powszechnej percepcji znaleźć takie odczytania. W Księdze ocalenia widzimy tandetną, chrześcijańską bajkę, manipulację i mistycyzm, a w Incepcji - dobre kino science fiction o czytaniu w myślach, z fajnymi efektami specjalnymi i gwiazdami w rolach głównych. Albo coś ma przesłanie, albo się sprzedaje. Tertium non datur.

* W nawiązaniu do starego kawału, według którego to mężczyzna ma dwa mózgi, a myśli tym bardziej ukrwionym.
** Drobna uwaga w tym miejscu: oczywiście do zrealizowania jes, pytanie tylko, czy jesteśmy gotowi zaakceptować wszystkie konsekwencje realizacji tychże postulatów? Stoję na stanowisku, że nie.

7 komentarze:

Trikster pisze...

Hell, gdybyś mi powiedział, że napisałeś coś, to bym walnął na głównej Frizony. :)

Pozwolę się nie zgodzić w jednej kwestii. "Book of Eli", film chujowy, jakich mało (no dobra, może przesada, ale na poziomie "I Am Legend"), nie mówi raczej o tym, że to idea sama w sobie ma moc. To nie idea sprawia, że ślepy Denzel potrafi z całkiem sporą efektywnością korzystać z MMA czy też że jest kuloodporny. To, uwaga misie, wola boska; to Bóg odpowiedzialny jest za te cuda, nie idea (jak chociażby w "V for Vendetta"). To właśnie Bóg sprawia, że książka przetrwała, że trafia do rąk Denzela, że Denzel ma nadludzką moc. Eli jest tutaj powiernikiem książki posiadającej nadludzką moc; tyle że jej moc nie wynika z idei, które są w niej zawarte, tylko stąd, że Bóg tak chce. Dlatego film miałki. Za to "The Road" zajebiste.

smootnyclown pisze...

Od końca może. Droga mnie nie zachwyciła. Nie wiem, dobry film, ale czegoś mi w nim zabrakło (nie pytaj, czego, bo nie wiem). Może gdybym sobie przeczytał książkę, to by mi się kilka rzeczy rozkminiło. Chociaż fajny był ten podtekst (czy on rzeczywiście był, czy tylko jak go widziałem, to inna sprawa) z granicami człowieczeństwa.

Natomiast Gary&Denzel Team mi się podobał. Chciałbym zwrócić tylko uwagę, że motyw Boga przewija się bardzo na obrzeżach. To niby jest łatwo powiązać: trzyma biblię-kule przez niego przelatują - to przez biblię - Bóg. Pamiętasz scenę z samochodu, gdy Denzel po oddaniu księgi mówi, że zbyt dużo czasu poświęcił na to, by nikt jej nie dostał, niż na postępowanie zgodnie z jej przykazaniami? Bóg tutaj jest, tak mi się wydaje, widzem, a nie sprawcą. I dalej: kilkakrotnie słyszymy też, że to właśnie przez tę księgę świat stanął na krawędzi zagłady. Zasadniczo wolałbym inaczej, niż Ty, postawić akcenty: raczej na wykorzystanie idei, niż na tę_konkretnie_ideę. No ale nie będę się kłócił.

Z kolei co do Vendetty, to z biegiem czasu mnie film zawodzi. Btw. ciekawie o filmie i komiksie pisze Zadie Smith:)

ell, gdybyś mi powiedział, że napisałeś coś, to bym walnął na głównej Frizony. :)

luz na szelkach, bro:))

smootnyclown pisze...

Pozwolę się nie zgodzić w jednej kwestii

czy to oznacza, że z resztą się zgadzasz?:)

Trikster pisze...

No jak dla mnie nie bardzo na obrzeżach. Cała wędrówka Eliego to misja powierzona mu przez Boga; moc Eliego również wynika z tego, że Bogu Eli był potrzebny. Nie chodzi mi jednak o to, że według filmu świat jest całkowicie zdeterminowany przez wolę boską, że jest w zupełności podporządkowany widzimisię Boga. Chodzi raczej o to, że Bój swoją bardziej aktywną rolę ujawnia w namaszczeniu Eliego, w jego wyborze Eliego na swojego posłańca. Film w mojej interpretacji nie jest o idei, ani tej konkretnej, a w ogóle, lecz o tym, co ma do powiedzenia koleś na górze i o przeszkodach, na jakie natrafia jego wola w spełnieniu swojego przesłania. To prawda, mamy tu odwołanie do idei Boga jako sprawcy, odgrywającego bardziej aktywną rolę. Jednak to nie ta idea jest orężem. Oręż jest tutaj bardziej dosłowny, a jest nim Eli, który jawi się tutaj po prostu jako przedłużenie woli boskiej. I w sumie tyla.
No a z resztą się chyba zgadzam. :)

panika2008 pisze...

Dla mnie Incepcja, wbrew najwyraźniej opinii 99,9% reszty świata, była filmem nader miałkim i banalnym intelektualnie; już Book of Eli miał większą głębię, chociaż też nie był jakimś intelektualnym hipermajstersztykiem, ale przynajmniej wiadomo było "o co cho" i to "cho" było konsekwentnie (co nie znaczy że bez niespodzianek!), spójnie, sensownie pokazane od początku do końca z wszystkimi woltami, rewoltami, zwrotami i nawrotami. Początek rozwinięcie koniec. Incepcja dla mnie to szczerze mówiąc mega przereklamowany, mega przeinwestowany, kolorowy, widowiskowy gniot. Takie moje 2 grosze.

panika2008 pisze...

smootny, zwracam Twoją uwagę - nie wiem, czy się w tych tematach obracasz, pewnie nie bardzo - że Triskter ma poniekąd rację z "mocą Boską" a Ty nie masz racji z tym, że w Eli'u temat Boga jest na marginesie; cały film jest bowiem bardzo luźną, ale wyraźnie rozpoznawalną dla ludzi czytujących Biblię interpretacją Księgi Eliasza.

Przypuszczam jednak, jeśli mogę sobie pozwolić na taki personalny podjazd, że 4real podoba Ci się Eli i The Road w gruncie rzeczy z tych samych powodów, co mi (i z tych samych, dla których uważam za majstersztyk zapomniany przez szerszą widownię Bastion Kinga) - z powodu zajebistego, mrocznego, apokaliptycznego klimatu.

Vendetta - dla mnie strasznie przegadany film (te dialogi/monologi... zieeeew), możnaby go spokojnie skrócić do ostatnich 15 minut, a z tego wszystkiego i tak najfajniejsza jest scena rozjebania parlamentu materiałami wybuchowymi i tyle w temacie :)

smootnyclown pisze...

panika,
cóż, jeśli masz rację odnośnie Book of Eli, to, cóż.. nie wiedziałem o tym. Jeśli tak jest, to raczej moja interpretacja jest o kant dupy. Zrobię więc tak:

lalalalala, nic nie słyszę, lalalala:)

Jeśli chodzi o apokaliptyczny klimat, to The Road wymiata, imo, dużo bardziej, niż Eli.

Search

Ładowanie...

Blog Archive

tag? katalog?

Technologia Blogger.