10.4.11
Notatki na marginesach
Zaczniemy z grubej rury.
- Do you know why Beyonce sings "To the left/To the left"?
- Because Niggers don't have rights.
***
Porozmawiajmy o tekstach. W tym o literaturze. Zasadniczo rzecz biorąc, uważam, że literatura pełni, a przynajmniej może pełnić, ważną funkcję. Skupiam się na literaturze, ale równie dobrze mógłbym mówić o filmie, muzyce, czy sztuce. Mówię o literaturze, bo o reszcie nie mam zbyt dużego pojęcia. A, póki pamiętam, jeśli już mowa o filmie, to oblukajcie sobie The other guys, słabo przetłumaczoną na Policję zastępczą.
Niestety główną rolą literatury jest rozrywka. Nie uważam bynajmniej, że literatura w ogóle nie powinna służyć rozrywce. Powinna. Literatura trochę nam mówi o życiu. Czasami mówi nam o życiu, które chcielibyśmy mieć, a czasami - o takim, którego pożyczylibyśmy swoim wrogom. Oczywiście możemy też ruszyć w stronę fantastyki (fantasy i s-f), która o życiu mówi nam mniej. Wszyscy widzimy różnicę między Ludlumem, Sapkowskim a Grocholą. Pozwolę sobie jednak kompletnie olać taki podział i zaproponować inny. W moim podziale Grochola, Ludlum, Sapkowski, czy Coelho stoją w jednym rzędzie. Trzymają się za rączki i bronią swojej wersji historii. Powiem wprost, że jest to ten rodzaj literatury, którym niezbyt poważam. Owszem, Ludluma, czy Sapkowskiego fajnie się czyta, natomiast w żadnym razie nie uważam, by była to literatura warta zachodu. A może właśnie jest to literatura warta Zachodu? By wyrazić rzecz jaśniej: uważam, że powyżsi autorzy piszą książki typowo rozrywkowe. Książki, których nie warto kupować, bo poza jednorazowym przeczytaniem nie będzie po co do nich wracać. Emocje i rozrywkę na podobnym poziomie może zaoferować kino. A jest przy tym formą wizualną i prostszą, a więc z większym potencjałem. Potwierdzają to przeróżne badania, dotyczące poziomu czytelnictwa (jakkolwiek nie uważałbym ich w żadnej mierze za miarodajne, ani też aspirujące do miarodajności). Oczywiście, jeśli jedna kobieta codziennie sypia z innym facetem, a jej siostra w ogóle nie sypia (w domyśle: z facetami), to statystycznie obie puszczają się co drugi dzień. Niemniej uważam, że ciekawie wyglądałyby statystyki sprzedaży bestsellerów i oglądalności (w kinie) różnych filmów[1]. Najlepiej na przełomie kilku lat.
Dobrze, mamy pierwszą drużynę. Po drugiej stronie stoją m.in. Eco (choć ja osobiście za głupi jestem, żeby wyciągnąć z Eco tyle, ile bym chciał), Conrad, Mann, czy Nabokow. Pozwolę sobie nie wspomnieć przy tym o Orwellu i całej masie innych pisarzy, którzy "zmienili moje życie". W ich książkach rozrywka ustępuje miejsca, powiedzmy, refleksji. Refleksji, uściślijmy, niekoniecznie stricte filozoficznej. Ba!, wręcz z rzadka filozoficznej.
Uważam raczej, że funkcja literatury jest, a przynajmniej być powinna, społeczna. Literatura (ale również film, czy sztuka[2]) może - powinna! - przede wszystkim uwrażliwiać. Tak, jak to czyni Carlos Fuentes, albo Alice Walker, albo Yann Martel, albo... No, na podorędziu mam jeszcze kilka nazwisk. Co znaczy, że literatura powinna uwrażliwiać? Otóż wedle mojej projekcji, rolą literatury jest ukazanie, czy uświadomienie nam cierpienia. Ponieważ, jak napisałem w poprzedniej notce, uważam, że ludziom należy się szacunek, za istotną uważam minimalizację cierpienia. Sama świadomość, że cierpienie istnieje, że - być może - to my jesteśmy jego przyczyną, może przynieść zmianę takiego stanu rzeczy. Literatura może nam pomóc w dostrzeżeniu siebie w innych postaciach, czy to fikcyjnych, czy rzeczywistych - tak, jak to zrobiła na przykład Chata wuja Toma[3]. Szukajmy książek, które, powtarzając za Rorty'm, zmieniają nasze życie.
Wszystko to, co powyżej napisałem o roli literatury przechodzi teraz w naszą rolę, rolę czytelników tejże literatury. Czytanie, albo wyczytywanie, literatury nie jest rzeczą prostą. Nie jest to zresztą wyłącznie problem literatury. Wszelkie aspekty, nazwijmy to, sztuki[4] pobudzają nasze zmysły estetyczne. Dopiero przeżycie estetyczne może być wprowadzeniem do ujęcia etycznego, a więc społecznego[5]. Fundamentem, na którym budowane jest znaczenie tekstu jest doznanie estetyczne, a więc subiektywne. Autor jest tylko przyczynkiem do budowania znaczenia - to on przyniósł nam litery, słowa, zdania. To, co my zrozumiemy z tych stron jest zaś w dużej mierze niezależne od autora[6]. Wyczytywanie literatury w pewien konkretny, określony sposób uzależnione jest po części treścią, że tak powiem, empiryczną dzieła, kontekstem jego napisania, naszą wiedzą i erudycją i wreszcie - last, but not least - kontekstem, w którym się znajdujemy. Oczywiście na ten nasz kontekst składa się m.in. to, co już przeczytaliśmy, to w jaki sposób myślimy, to co myślimy, czy nawet, gdzie. To nie jest więc tak, że interpretacja dzieła jest dowolna. Interpretacja jest uzależniona kontekstowo. To kontekst ma przywilej dowolności.
Interpretacja dzieła zależy od odbiorcy. Tyle interpretacji, ilu odbiorców. Nie chcę wnikać w dywagacje, czy i ewentualnie jakie interpretacje są lepsze, niż inne, i dlaczego. W tym temacie powiem tylko, że nie uważam wszystkich interpretacji za równie dobrych i "poprawnych", co, mam nadzieję, wystarczy.
Abstrahując już od literatury, chciałbym zwrócić uwagę na rolę interpretacji w codziennym życiu. Ostrzegam od razu, że mogę dokonać niemałej herezji tym, co zaraz napiszę. Otóż opierając się na klasycznej definicji prawdy[7], adaequatio rei i tak dalej, uważamy, że zdanie "Ziemia jest okrągła" (w przybliżeniu) jest prawdziwe, ponieważ Ziemia jest okrągła (w przybliżeniu). Innymi słowy, a konkretnie słowy Ajdukiewicza,
Podobieństwo jest tutaj sprawą kluczową. Pozwólcie, że teraz troszkę zagmatwam. Patrząc na stół, mogę powiedzieć o nim "to jest stół", ponieważ mam we łbie (i większość władających językiem polskim ma) pewną ideę wyglądu i funkcji stołu, a przedmiot, o którym mówię, odpowiada tej idei. Nie znaczy to, że przedmiot musi wyglądać tak, jak wygląda moja idea stołu. Ten, na który patrzę, może mieć okrągły blat i jedną nogę, albo może być wręcz dębową ławą, albo łamanym "półstołem", przytwierdzanym do ściany, jak kiedyś się widywało. Spoko, ze stołem sprawa jest jeszcze względnie prosta. Pomyślcie sobie o zamku...
Chodzi mi o dwie rzeczy. Zwróćcie uwagę, że z jednej strony pewna idea (w przywoływanym wypadku, idea stołu) jest konkretnie naszą ideą, tj. pewien stół an sich u każdego człowieka będzie wyglądał inaczej (choć oczywiście nie na tyle, by być kompletnie "niewspółmiernym" z idealnymi stołami innych ludzi); z drugiej jednak strony wszelkie "nasze" ding an sich'y nie są do końca nasze - wykształciły się w konkretnym kontekście, tj. klimacie kulturowym, wychowaniu, edukacji, etc. To wszystko ma wpływ na to co i jak myślimy. Wróćmy teraz do podobieństwa. Mówiliśmy już, że klasyfikując rzeczy do myśli, szukamy między nimi podobieństw, które pomagają nam zwiększyć zakres zgodności. Widząc dwukropek i zamykająca nawias klamra ":)" przywołują w nas ideę uśmiechniętej gęby. Obrazek fajki skłania nas do mylnego stwierdzenia, że to fajka. I tak dalej.
Pareidolia. Pareidolia jest tym zjawiskiem, które ułatwia nam, czasem aż do przesady, przez co nawet utrudnia, dopatrywanie się znanych kształtów w przypadkowych, niespotykanych wcześniej szczegółach. Widzimy serduszka w chmurach, twarz diabła w dymie po zamachach w Nowym Jorku, twarze na skałach, penisy z konarów drzew i tak dalej.
Chciałbym już zmierzać do końca, gdyż i tak mi się tekst rozciągnął. Mam nadzieję, że dosyć wyraźnie widać związki i zależności między dwoma częściami tego wpisu. Na koniec mam tylko jeden test dla czytelników. Czy dostrzegacie znajomy kształt na tym zdjęciu?
Uważam raczej, że funkcja literatury jest, a przynajmniej być powinna, społeczna. Literatura (ale również film, czy sztuka[2]) może - powinna! - przede wszystkim uwrażliwiać. Tak, jak to czyni Carlos Fuentes, albo Alice Walker, albo Yann Martel, albo... No, na podorędziu mam jeszcze kilka nazwisk. Co znaczy, że literatura powinna uwrażliwiać? Otóż wedle mojej projekcji, rolą literatury jest ukazanie, czy uświadomienie nam cierpienia. Ponieważ, jak napisałem w poprzedniej notce, uważam, że ludziom należy się szacunek, za istotną uważam minimalizację cierpienia. Sama świadomość, że cierpienie istnieje, że - być może - to my jesteśmy jego przyczyną, może przynieść zmianę takiego stanu rzeczy. Literatura może nam pomóc w dostrzeżeniu siebie w innych postaciach, czy to fikcyjnych, czy rzeczywistych - tak, jak to zrobiła na przykład Chata wuja Toma[3]. Szukajmy książek, które, powtarzając za Rorty'm, zmieniają nasze życie.
Wszystko to, co powyżej napisałem o roli literatury przechodzi teraz w naszą rolę, rolę czytelników tejże literatury. Czytanie, albo wyczytywanie, literatury nie jest rzeczą prostą. Nie jest to zresztą wyłącznie problem literatury. Wszelkie aspekty, nazwijmy to, sztuki[4] pobudzają nasze zmysły estetyczne. Dopiero przeżycie estetyczne może być wprowadzeniem do ujęcia etycznego, a więc społecznego[5]. Fundamentem, na którym budowane jest znaczenie tekstu jest doznanie estetyczne, a więc subiektywne. Autor jest tylko przyczynkiem do budowania znaczenia - to on przyniósł nam litery, słowa, zdania. To, co my zrozumiemy z tych stron jest zaś w dużej mierze niezależne od autora[6]. Wyczytywanie literatury w pewien konkretny, określony sposób uzależnione jest po części treścią, że tak powiem, empiryczną dzieła, kontekstem jego napisania, naszą wiedzą i erudycją i wreszcie - last, but not least - kontekstem, w którym się znajdujemy. Oczywiście na ten nasz kontekst składa się m.in. to, co już przeczytaliśmy, to w jaki sposób myślimy, to co myślimy, czy nawet, gdzie. To nie jest więc tak, że interpretacja dzieła jest dowolna. Interpretacja jest uzależniona kontekstowo. To kontekst ma przywilej dowolności.
Interpretacja dzieła zależy od odbiorcy. Tyle interpretacji, ilu odbiorców. Nie chcę wnikać w dywagacje, czy i ewentualnie jakie interpretacje są lepsze, niż inne, i dlaczego. W tym temacie powiem tylko, że nie uważam wszystkich interpretacji za równie dobrych i "poprawnych", co, mam nadzieję, wystarczy.
Abstrahując już od literatury, chciałbym zwrócić uwagę na rolę interpretacji w codziennym życiu. Ostrzegam od razu, że mogę dokonać niemałej herezji tym, co zaraz napiszę. Otóż opierając się na klasycznej definicji prawdy[7], adaequatio rei i tak dalej, uważamy, że zdanie "Ziemia jest okrągła" (w przybliżeniu) jest prawdziwe, ponieważ Ziemia jest okrągła (w przybliżeniu). Innymi słowy, a konkretnie słowy Ajdukiewicza,
Myśl m jest prawdziwa - to znaczy: myśl m stwierdza, że jest tak a tak, i rzeczywiście jest tak a tak.Nie chodzi o to, że myśl jest z rzeczywistością identyczna - ciężko o myśli powiedzieć, że jest identyczna z czymkolwiek, poza nią samą. Raczej chodzi o pewną zgodność (adaequatio). Chciałbym to powiązać z pewnym dualizmem, zapożyczając tytuł od Foucault, słów i rzeczy. Twierdząc, że słowa (myśl m) są zgodne z rzeczywistością, twierdzimy tym samym, że te słowa (ta konkretna myśl m) są językowym odpowiednikiem przestrzennej (materialnej?) rzeczywistości. Słowa są reprezentacją rzeczywistości. Różne są procedury dochodzenia do tej relacji słów do rzeczy. To wszystko zależy, od czego wychodzimy - jeśli rozpoczynamy od myśli, będziemy szukać tej rzeczywistości, którą dana myśl będzie urzeczywistniać. Jeśli wychodzimy od rzeczywistości, musimy odpowiednio "doprecyzowywać" myśl tak, by ta zgodność była jak najpełniejsza[8]. Z której strony byśmy nie wychodzili, naszym zadaniem jest szukanie jak najściślejszego podobieństwa.
Podobieństwo jest tutaj sprawą kluczową. Pozwólcie, że teraz troszkę zagmatwam. Patrząc na stół, mogę powiedzieć o nim "to jest stół", ponieważ mam we łbie (i większość władających językiem polskim ma) pewną ideę wyglądu i funkcji stołu, a przedmiot, o którym mówię, odpowiada tej idei. Nie znaczy to, że przedmiot musi wyglądać tak, jak wygląda moja idea stołu. Ten, na który patrzę, może mieć okrągły blat i jedną nogę, albo może być wręcz dębową ławą, albo łamanym "półstołem", przytwierdzanym do ściany, jak kiedyś się widywało. Spoko, ze stołem sprawa jest jeszcze względnie prosta. Pomyślcie sobie o zamku...
Chodzi mi o dwie rzeczy. Zwróćcie uwagę, że z jednej strony pewna idea (w przywoływanym wypadku, idea stołu) jest konkretnie naszą ideą, tj. pewien stół an sich u każdego człowieka będzie wyglądał inaczej (choć oczywiście nie na tyle, by być kompletnie "niewspółmiernym" z idealnymi stołami innych ludzi); z drugiej jednak strony wszelkie "nasze" ding an sich'y nie są do końca nasze - wykształciły się w konkretnym kontekście, tj. klimacie kulturowym, wychowaniu, edukacji, etc. To wszystko ma wpływ na to co i jak myślimy. Wróćmy teraz do podobieństwa. Mówiliśmy już, że klasyfikując rzeczy do myśli, szukamy między nimi podobieństw, które pomagają nam zwiększyć zakres zgodności. Widząc dwukropek i zamykająca nawias klamra ":)" przywołują w nas ideę uśmiechniętej gęby. Obrazek fajki skłania nas do mylnego stwierdzenia, że to fajka. I tak dalej.
Pareidolia. Pareidolia jest tym zjawiskiem, które ułatwia nam, czasem aż do przesady, przez co nawet utrudnia, dopatrywanie się znanych kształtów w przypadkowych, niespotykanych wcześniej szczegółach. Widzimy serduszka w chmurach, twarz diabła w dymie po zamachach w Nowym Jorku, twarze na skałach, penisy z konarów drzew i tak dalej.
Chciałbym już zmierzać do końca, gdyż i tak mi się tekst rozciągnął. Mam nadzieję, że dosyć wyraźnie widać związki i zależności między dwoma częściami tego wpisu. Na koniec mam tylko jeden test dla czytelników. Czy dostrzegacie znajomy kształt na tym zdjęciu?
[1] Miałem nadzieję, że obejdzie się bez adnotacji przypisopodobnej, ale nic to. Zdaję sobie sprawę z niemiarodajności badania sprzedaży książek i oglądalności kinowej. Niestety wielu badaczy, którzy zajmują się projektowaniem takich badań, nie dostrzega tego błędu.
[2] Oglądnijcie sobie np. Mississippi burning, albo A time to kill.
[3] Mówię tu o literaturze, ale prywatnie podrzuciłbym wam temat reportażu, który w genialny sposób może realizować rolę, którą przypisuję literaturze. Jeśli chodzi akurat o moje zdanie nt. reportaży, to na piedestale stawiam Jeana Hatzfelda (w ogóle tematyka rwandyjska, czy szerzej: afrykańska, trafia w samo moje sedno), czy Froberga. Ale poczytajcie też reportaże o Bałkanach, albo o Turcji Szabłowskiego.
[4] Mówię "nazwijmy to", gdyż tutejsze rozumienie sztuki jest bardzo płynne i mieści się w niej zarówno literatura, malarstwo, rzeźba, muzyka, film, architektura, fotografia, jak również wszystko, co w odbiorcy może wywołać odpowiednią reakcję. Zamiast budować ściany wokół pojęcia sztuki, proponuję jak najbardziej inkluzywne podejście.
[5] Można powiedzieć, być może na wyrost, że mamy tutaj do czynienia z dychotomią estetyka-etyka, gdzie estetyka jest wyłącznie subiektywną i autokreatywną interpretacją, a etyka przenosi nas na poziom intersubiektywny i społeczny. Wynika to z mojego przekonania, że problemy etyczne rozpatrywane muszą być tylko w społecznym kontekście, a wszelkie dywagacje nt. etyki Robinsona Crusoe są niepotrzebnym i nieistotnym słowotokiem.
[6] Celowo dodałem zwrot "w dużej mierze", by nie padł zarzut, że kompletnie zlewam postać, a zarazem funkcje, autora.
[7] Zaznaczam tylko, że prywatnie odszedłbym od klasycznej definicji prawdy, ale nie chce mi się chyba o tym dyskutować w tym momencie, dlatego w tekście ograniczam się tylko do niej.
[8] Przyszło mi w tym momencie do głowy, że połączenie tych procedur w jedną (na zasadzie: myśl-rzeczywistość-myśl), może odpowiadać procedurom stosowanym w naukach empirycznych; teza/hipoteza-eksperyment-wnioski.
[2] Oglądnijcie sobie np. Mississippi burning, albo A time to kill.
[3] Mówię tu o literaturze, ale prywatnie podrzuciłbym wam temat reportażu, który w genialny sposób może realizować rolę, którą przypisuję literaturze. Jeśli chodzi akurat o moje zdanie nt. reportaży, to na piedestale stawiam Jeana Hatzfelda (w ogóle tematyka rwandyjska, czy szerzej: afrykańska, trafia w samo moje sedno), czy Froberga. Ale poczytajcie też reportaże o Bałkanach, albo o Turcji Szabłowskiego.
[4] Mówię "nazwijmy to", gdyż tutejsze rozumienie sztuki jest bardzo płynne i mieści się w niej zarówno literatura, malarstwo, rzeźba, muzyka, film, architektura, fotografia, jak również wszystko, co w odbiorcy może wywołać odpowiednią reakcję. Zamiast budować ściany wokół pojęcia sztuki, proponuję jak najbardziej inkluzywne podejście.
[5] Można powiedzieć, być może na wyrost, że mamy tutaj do czynienia z dychotomią estetyka-etyka, gdzie estetyka jest wyłącznie subiektywną i autokreatywną interpretacją, a etyka przenosi nas na poziom intersubiektywny i społeczny. Wynika to z mojego przekonania, że problemy etyczne rozpatrywane muszą być tylko w społecznym kontekście, a wszelkie dywagacje nt. etyki Robinsona Crusoe są niepotrzebnym i nieistotnym słowotokiem.
[6] Celowo dodałem zwrot "w dużej mierze", by nie padł zarzut, że kompletnie zlewam postać, a zarazem funkcje, autora.
[7] Zaznaczam tylko, że prywatnie odszedłbym od klasycznej definicji prawdy, ale nie chce mi się chyba o tym dyskutować w tym momencie, dlatego w tekście ograniczam się tylko do niej.
[8] Przyszło mi w tym momencie do głowy, że połączenie tych procedur w jedną (na zasadzie: myśl-rzeczywistość-myśl), może odpowiadać procedurom stosowanym w naukach empirycznych; teza/hipoteza-eksperyment-wnioski.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Anarchiwm
tag? katalog?
- blog (4)
- ekonomia (3)
- film (3)
- filozofia (30)
- filozofia w żartach (3)
- gościnnie (1)
- historia (2)
- inne (12)
- komunitaryzm (3)
- książki (18)
- kultura (19)
- liberalizm (4)
- libertarianizm (14)
- nauka (5)
- polityka (24)
Technologia Blogger.
Niech żyje logika
Jeżeli:
36 cali = 1 jard ,
To
9 cali = ¼ jarda.
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
3 cale = ½ jarda.
To
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
źródło: J.A. Paulos, Myślę, więc się śmieję, Warszawa 2011, s. 39
Zwiedzam
-
-
Niech nie sczezną teiści2 dni temu
-
wiersz: swawola lub rozpuszczenie4 dni temu
-
Gold w EUropie4 dni temu
-
-
przybysze z Wegetara1 miesiąc temu
-
Norwood Hanson, Obserwacja cz. 22 mies. temu
-
Witam po przerwie.1 rok temu


12 komentarze:
Takie sprawy:
1. Co jest złego w tym, że pewne książki służą rozrywce i dlaczego ktoś ma iść Twoim śladem, szukając książek, które "zmieniły nasze życie"?
Niezbyt też rozumiem, dlaczego zawężasz rolę literatury do ukazywania cierpienia. Ja wiem, że podmiotem jest tutaj czytelnik, a więc Ty, zatem możesz przedstawić swoją koncepcję literatury, jakakolwiek by ona była. Tylko po pierwsze, jeśli "ukazywanie cierpienia" należy do Twojej definicji literatury, to zakres tej nazwy będzie niezmiernie wąski; a po drugie, podejście to jest jednak sprzeczne zarówno ze stanowiskiem literaturoznawców, jak i laików. Chodzi mi o to, że Twoje zbyt ogólne twierdzenie zamazuje podział, który stworzył Rorty, a który wynika z kolei z dychotomii: prywatne-publiczne, oraz de facto tworzy jakiś nowy byt, który nie za bardzo wiadomo, czym jest. No, przynajmniej ja nie wiem, czym jest. :)
2. Nie mogę się zgodzić, że "przeżycie estetyczne może być wprowadzeniem do ujęcia etycznego, a więc społecznego". Po pierwsze, ni chuja się da przeprowadzić rozłącznego podziału między estetyką a etyką. Po drugie, etyka jest zawsze na pewnym poziomie społeczna (tym Fishowskim rzecz jasna, czyli stanowi konsekwencję kultury), a z drugiej społeczna być wcale nie musi - ponownie za Fishem (a raczej parafrazując go): etyka jest częścią partykularnego punktu widzenia.
3. "To kontekst ma przywilej dowolności". Jesteś pewien? :) Kontekst będzie mieć przywilej dowolności tylko wtedy, gdy spojrzymy z jakiegoś bezkontekstowego, beczasowego i ahistorycznego punktu widzenia. Tzn. kontekst będzie dowolny tylko wtedy, gdy przez "kontekst" rozumieć będziemy ogół potencjalnych kontekstów, które ktoś tam może mieć kiedyś tam, a nie konkretny kontekst, w którym de facto się znajdujemy. Innymi słowy, kontekst będzie dowolny, jeśli będziemy próbowali wyjść poza nasz kontekst i ustawić się koło niego. Wtedy faktycznie będzie dowolny. Tylko jest pewien szkopuł: nie da się stanąć obok kontekstu. :) W jakimś kontekście znajdujemy się zawsze; kontekst jest zawsze dany.
O klasycznej koncepcji prawdy może coś później skrobnę. :)
sor, myślałem, że uda mi się dziś wieczorem odpowiedzieć, ale teraz już wiem, że najwcześniej jutro.
Stary, nie pali się. :)
W sobotę jest piwo Frizony. Wpadniesz?
Krótko, bo spać idę. :)
Znaczy tak: mi się to nie podoba. :) No bo tak: po co Ci to w ogóle? :) Można sobie równie dobrze, jeśli nie lepiej, poradzić bez tej koncepcji. Zadaj sobie pytanie: skąd wiesz, że coś jest materialnym odpowiednikiem jakiegoś słowa? Odpowiedź będzie np. taka: bo ktoś mi pokazał, mówiąc "to jest stół". Jak niby w takiej sytuacji chcesz odróżnić język od świata i jaźni? Że tak powiem, ni chuja. No bo skoro "na początku było słowo", to to właśnie słowo determinuje Twoje postrzeganie. Dochodzi więc do zrównania na jednej płaszczyźnie tych trzech rzekomo rozłącznych wymiarów.
Skąd biorą się idee? Jeśli z doświadczenia, to jakim sposobem są indukowane z rzeczywistości, która poznajemy za pomocą języka, do jaźni? Czy naturę jaźni też tak indukujesz? Języka, świata?
I jeszcze to nieszczęsne Ding an sich. Nie mam pojęcia, skąd Ci się to wzięło, bo przecież u Kanta chodzi o to, że Ding an sich nie jest w ogóle czymś poznawalnym; nie może być doświadczona, lecz może być pomyślana. Ding an sich więc nie "wygląda"; jej w ogóle nie da się z czymkolwiek porównać, bo, jakby nie było, jest ona sama w sobie, a nie dla nas. Porównać możemy rzeczy dla nas. A zatem termin "niewspółmierność" nie może odnosić się do Ding an sich; nie można też powiedzieć, że Ding an sich jest zarówno indywidualne, jak i społeczne. Ono nie jest ani takie, ani takie, bo stanowi kategorię czystego rozumu, a jako takie są one aprioryczne. A jeśli Tobie chodzi o aposterioryczne, to mówienie o Ding an sich jest trochę nadużyciem. Może nawet nie trochę. :)
Zajebiście ujął to Eco (tak gwoli podsumowania moich wywodów) :)
"Stwierdzenie, że nie istnieje Ding an Sich, a nasza wiedza jest sytuacyjną, holistyczną konstrukcją, nie oznacza, iż kiedy mówimy, to nie mówimy o czymś. Stwierdzenie, że to coś jest relacyjne, nie oznacza, iż nie mówimy o danej relacji".
Tak samo: stwierdzenie, że to coś jest kontekstowe, nie oznacza, iż nie mówimy o danym kontekście. Zatem kontekst nie może być dowolny; może być zmienny w czasie i przestrzeni, ale zawsze jest określony sytuacyjnie.
ponownie muszę przesunąć termin odpowiedzi. Strasznie zalatany jestem ostatnio. Tak więc jutro, ew. jeszcze dzisiaj, ale jakoś tak w środku nocy.
Co do piwa, to raczej nie dam rady.
ok, sor, że dopiero teraz...
Co jest złego w tym, że pewne książki służą rozrywce i dlaczego ktoś ma iść Twoim śladem, szukając książek, które "zmieniły nasze życie"?
nie wiem, co jest złego i nie wiem, czemu ktoś miałby iść. Tzn. Ja uważam, że książki służące tylko rozrywce są niewarte uwagi i tyle. A jeśli do kogoś trafia to, co napisałem, to może moim śladem iść. I tyle.
iezbyt też rozumiem, dlaczego zawężasz rolę literatury do ukazywania cierpienia. [...] jeśli "ukazywanie cierpienia" należy do Twojej definicji literatury, to zakres tej nazwy będzie niezmiernie wąski
Nie jestem pewien, czy to jest akurat jakieś szczególne zawężenie. Zobacz, ukazywanie cierpienia (wolałbym "uwrażliwianie":)) to jest coś, co ja akurat szukam w literaturze, tak? I jak to znajdę, to kapitalnie, zapamiętam sobie wtedy autora i spróbuję ogarnąć inne jego pozycje. Niemniej jednak nie widzę nic złego w tym, że ktoś w literaturze będzie szukał tylko rozrywki, albo królików. Owszem, będę uważał to na przykład za tandetne, ale takie już moje prawo. Nie wiem do końca ocb, kiedy sugerujesz, że "ukazywanie cierpienia należy do mojej definicji literatury", bo mam wrażenie, że nie należy. Tzn., nie przypominam sobie, żebym coś takiego napisał, więc może nadinterpretujesz, albo używasz mojego tekstu?:) Chodzi mi o to, że (po pierwsze) nie wydaje mi się, żeby fajne było wprowadzanie celów czegoś w jego definicję, albo (po drugie) hm... zapomniałem o drugim.
W każdym bądź razie, postaram się teraz coś naprostować. Otóż uważam, że literatura to zarówno Martel i Eco, jak i Coelho i Szwaja. W mojej definicji literatury mieszczą się oba te, nazwijmy, nurty (dodam z przekory, że moja definicja literatury nie została nigdzie, nigdy, choćby niematerialnie, wykrystalizowana:). Ale mimo tego, że tą czwórkę autorów uważam za twórców literatury, to poważam sobie tylko Martela i Eco i nie ukrywam, że to ich uważam za literaturę dobrą. Bo literatura dobra - uwrażliwia, ale to już chyba wyjaśniliśmy:)
podejście to jest jednak sprzeczne zarówno ze stanowiskiem literaturoznawców, jak i laików.
eee... starajmy się zachować powagę:)
Twoje zbyt ogólne twierdzenie zamazuje podział, który stworzył Rorty, a który wynika z kolei z dychotomii: prywatne-publiczne
Chętnie poczekam na rozwinięcie, coby się już konkretnie odnieść.
Nie mogę się zgodzić, że "przeżycie estetyczne może być wprowadzeniem do ujęcia etycznego, a więc społecznego
Tzn. zgodziłbyś się z twierdzeniem, że musi, czy że nie może?:)
Po pierwsze, ni chuja się da przeprowadzić rozłącznego podziału między estetyką a etyką
Ale zdaje mi się, że ja nie proponuję podziału rozłącznego. Wręcz przeciwnie, uważam, że oba na siebie nachodzą.
o drugie, etyka jest zawsze na pewnym poziomie społeczna (tym Fishowskim rzecz jasna, czyli stanowi konsekwencję kultury), a z drugiej społeczna być wcale nie musi - ponownie za Fishem (a raczej parafrazując go): etyka jest częścią partykularnego punktu widzenia.
Ok, nie uważasz natomiast, że nasz "partykularny punkt widzenia" jest w jakimś sensie wypadkową? Tzn., że wpływ na niego ma na przykład nasze środowisko, model wychowania itd, itp.? Chodzi mi o to, że nie jestem pewien, czy można tu mówić w ogóle o partykularyzmie, czy przypadkiem to nie jest społeczna i już. Owszem, nie musi być, ale mi jest ciężko wyobrazić sobie taki przypadek w jakimkolwiek "cywilizowanym" miejscu.
Kontekst będzie mieć przywilej dowolności tylko wtedy, gdy spojrzymy z jakiegoś bezkontekstowego, beczasowego i ahistorycznego punktu widzenia. [...]
i dalej:
Tak samo: stwierdzenie, że to coś jest kontekstowe, nie oznacza, iż nie mówimy o danym kontekście. Zatem kontekst nie może być dowolny; może być zmienny w czasie i przestrzeni, ale zawsze jest określony sytuacyjnie.
Wyjaśnię więc, choć wydawało mi się, że to jest bezdyskusyjne, że "zmienność w czasie i przestrzeni i określona sytuacja" jest już zawarta w definicji kontekstu. I z takiego szerokiego ujęcia kontekstu wywodzę, że kontekst ma przywilej dowolności, bo może być - jest - zmienny.
ok, resztę postaram się później, ale jeszcze dziś.
"ok, sor, że dopiero teraz..."
Nie szkodzi. :)
"I tyle."
Ok. Mnie to nie przekonuje. Ileż można czytać o cierpieniu? No i to tak jakbyś pisał: "Lubię lody czekoladowe, ale nie powiem dlaczego". Po pierwsze, myślałem, że aspiracje tego tekstu są trochę wyższe. :) Po drugie, mnie właśnie interesuje "dlaczego".
"Nie jestem pewien, czy to jest akurat jakieś szczególne zawężenie."
Ok, w sumie wyklarowałeś swoje stanowisko. Tylko, że ja nie sugerowałem, iż ukazywanie cierpienia należy do Twojej definicji literatury; masz tam przecież piękne słówko "jeśli". :) No i cel jak najbardziej może znajdować się w definicji: "nóż to przedmiot, za pomocą którego kroisz chleb". Na przykład.
"starajmy się zachować powagę:)"
Hmm? Niezbyt rozumiem.
"Chętnie poczekam na rozwinięcie, coby się już konkretnie odnieść"
To było a propos fragmentu: "jeśli należy do Twojej definicji literatury". Skoro to odrzuciłeś, to się nie odnosi.
A Rorty tutaj ma nad Tobą przewagę, że nie wartościuje w sposób tak ewidentny. :)
"Tzn. zgodziłbyś się z twierdzeniem, że musi, czy że nie może?:)"
Wiesz, o co chodzi, więc co się pytasz? :)
"Ale zdaje mi się, że ja nie proponuję podziału rozłącznego. Wręcz przeciwnie, uważam, że oba na siebie nachodzą."
Z tego, co napisałeś, wynika coś innego. Skoro A wprowadza do B, to A nie może być B nawet w małym stopniu, jeśli ma do niego wprowadzać. Gdyby bowiem A=B (choćby w małym stopniu), to Twoje zdanie byłoby w tym przypadkach, do których odnosi się mały stopień, bez sensu (w Wittgensteinowskim rozumieniu).
"nie uważasz natomiast, że nasz "partykularny punkt widzenia" jest w jakimś sensie wypadkową?"
Jasne, że jest wypadkową. Nie wiem, co to miałoby zmieniać. Fakt, że coś jest z gruntu społeczne, nie oznacza, że tej społeczności nie da się zredukować do dyskursu partykularyzmów. To raz. A dwa, to że coś jest społeczne, nie oznacza, że nie da się w ramach tej społeczności wyróżnić stanowisk konkretnego "ja". Tzn. prawda, "ja" to będzie jak najbardziej społeczne w tym znaczeniu, że kształtowane przez socjalizację, tyle że socjalizacja zachodzi w grupach społecznych, a nie rzadko się zdarza, żeby dwie osoby uczestniczyły w tych samych grupach społecznych. A więc ów partykularny punkt widzenia jest wypadkową internalizacji przekonań zachodzącej w danych zbiorowościach oraz ta internalizacja pozwala nam na wyróżnienie jednostkowości z tego względu, że zbiorowości, w których internalizacja ta zachodzi, różnią się między ludźmi. I na tym gruncie partykularności uniknąć się nie da.
"kontekst ma przywilej dowolności"
Ale, jak piszę, nie może być dowolny. Nie zmienia tego zastrzeżenie, że zmienność w czasie i przestrzeni zawierają się w Twojej definicji kontekstu. Zmienność nie jest tym samym, co dowolność.
Kontekst będzie dowolny tylko wtedy, gdy zanurzysz go w jakimś amorficznym bycie albo gdy zrobisz z niego taki amorficzny byt. Dowolność implikuje bowiem, jakby to ujął Wittgenstein, "ogół stanów rzeczy". Stany rzeczy u Ludwiga mogą być rzeczywiste albo urojone; jedne i drugie znajdują się w przestrzeni możliwych stanów rzeczy. Dowolność oznaczałaby, że z ogółu potencjalnych kontekstów wybierasz jeden i dopasowuje go do sytuacji. I ja się z takim podejściem nie zgadzam: stan rzeczy jest zawsze jeden. Kontekst nie jest żadną jebaną ucieleśnioną w konkretnym przypadku potencjalnością. :)
Dlatego nie możesz stwierdzić, że kontekst jest dowolny. Znaczy, możesz, ale przy moim stanowczym sprzeciwie. :D
Błąd tutaj: :)
"a nie rzadko się zdarza, żeby dwie osoby uczestniczyły w tych samych grupach społecznych"
Miało być bez nie. Czyli:
"a rzadko się zdarza, żeby dwie osoby uczestniczyły w tych samych grupach społecznych"
Ok. Mnie to nie przekonuje. Ileż można czytać o cierpieniu?
Widzisz, właśnie dlatego wolę pisać o "uwrażliwieniu", niż o "ukazywaniu cierpienia". Zdaje mi się, że to pierwsze ma szersze znaczenie. Zobacz, mnie jest w stanie uwrażliwiać Stephenson, Ellis, czy Palahniuk, nie wspominając już o Welsh'u, czy Seby'm. Nie są to książki, które w jakiś prosty sposób ukazują cierpienie (w przeciwieństwie do hachette'owskiej serii bodaj "Pisane przez życie", która jednak ma ukazywać cierpienie wprost, a w ogóle do mnie nie przemawia. Nie ma tak łatwo.
Dlaczego lubisz lody czekoladowe? Pytam, bo sam nie wiem, jak Ci odpowiedzieć na takie pytanie. Jakaś podpowiedź? Koło ratunkowe?
Hmm? Niezbyt rozumiem. (podejście to jest jednak sprzeczne zarówno ze stanowiskiem literaturoznawców, jak i laików)
Argumentum ad verecundiam?
A Rorty tutaj ma nad Tobą przewagę, że nie wartościuje w sposób tak ewidentny. :)
To ja mam nad Rorty'm przewagę, że walę prosto z mostu:))
Z tego, co napisałeś, wynika coś innego.
Ok, więc przyznaję się do błędu i zaznaczam, że nie to było moją intencją.
Jasne, że jest wypadkową. Nie wiem, co to miałoby zmieniać. Fakt, że coś jest z gruntu społeczne, nie oznacza, że tej społeczności nie da się zredukować do dyskursu partykularyzmów. [i cały akapit]
Ok, nie dysktuję, bo się z tym zgadzam.
Zmienność nie jest tym samym, co dowolność.
Przyjmuję ten argument i przyznaję, że tak właśnie dowolność ujmowałem w tekście. Kajam się.
"Widzisz, właśnie dlatego wolę pisać o "uwrażliwieniu", niż o "ukazywaniu cierpienia". "
Ok, spoko, ziom. :)
"Dlaczego lubisz lody czekoladowe?"
Hmm. :) Ja tak naprawdę ich nie lubię, niech będą np. pistacjowe. ;) Lubię lody pistacjowe, bo 1) smakują jak orzechy pistacjowe, które lubię; 2) mają w środku kawałki orzechów; 3) mają fajny kolor; 4) smakowo kojarzą mi się trochę z lodami zabajone, które też lubię; 5) mam z nimi dobre wspomnienia, bo kojarzą mi się z Florencją. Widzisz, nie takie trudne. :D
"Argumentum ad verecundiam?"
Po przeczytaniu Fisha i Rorty'ego powinieneś mieć bardziej pozytywne podejście do tego argumentu. :)
Prześlij komentarz