30.5.11

Dlaczego? - kilka uwag odnośnie libertarianizmu

Na pytanie "dlaczego?" możemy odpowiadać w dwójnasób. Z jednej strony możemy pytać o przyczynę, z drugiej - o cel. Przyczyną jazdy z niezapiętymi pasami może być dawanie odporu temu totalitarnemu systemowi, narzucającemu nam nazistowskie przepisy, choć celem wcale nie musi być chęć pozbycia się 100 złotych, a w niektórych przypadkach osiągnięciem kalectwa, bądź przeprowadzki. Albo mniej radykalnie: przyczyną alkoholizmu może być nadmierny pociąg do picia, a celem wcale nie musi być zrujnowanie sobie życia w duchu romantyzmu.  Zasadniczo przyczyna i cel mogą być tym samym. Mogą, ale nie muszą. Wydaje mi się też, że nieadekwatne byłoby tworzenie dychotomii przyczyna-cel, na wzór przyczyny i skutku. Skutek i cel bynajmniej nie są tym samym, a różnią się tym, że cel jest intencją. Oczywiście, skutek również może być celem. O co mi chodzi? Otóż możemy świat sobie przedstawiać, jako zachodzenie różnych zjawisk ze związkami przyczynowo-skutkowymi. Świat człowieka, jak uczy nas ekonomia austriacka, jest światem celowym. Człowiek działa, by osiągnąć jakiś cel. Oczywiście chęć osiągnięcia jakiegoś celu to jedno, to, co wyjdzie z danego działania, to drugie. I bynajmniej skutki naszych działań mogą być niezamierzone, tj. cele, jakie sobie stawialiśmy, były inne, niż zaobserwowane poniewczasie skutki. Takie jest życie. 

Dobrze, mamy więc człowieka, jako homo intentionale, zwierzę celowe (przepraszam za słabą łacinę, ale skończyłem się jej uczyć już dużo lat temu i mogę coś pochrzanić). Osobiście sądzę jednak, że oglądanie człowieka, jako homo intentionale nie wytrzymuje próby czasu. Najdoskonalszym przykładem tego nieporozumienia jest chyba polityka. Nie znam żadnego wyborcy PO, który głosował na nią po to, by podniosła podatek VAT, na przykład. Ktoś powie zaraz z oburzeniem, że to właśnie nie jest cel, tylko skutek. I oczywiście będzie miał rację. Bo mi właśnie chodzi o to, że rozpatrywanie człowieka, jako intencjonalnego jest bez sensu. Nie jest istotne, jakie przyczyny kierowały człowiekiem, lecz to, jakie wywarł skutki. Jego cel, chęci i intencje służyć mogą jedynie do wybrukowania piekła - i tak to się zazwyczaj dzieje na przykład w polityce. Historia nie uczy nas celów różnych działań, czy to społecznych, czy politycznych, czy militarnych. Uczy nas skutków. O celach wspomina raczej w kontekście rozbieżności między jednymi, a drugimi. Historia jest przestrogą przed przyglądaniem się celom, nie skutkom.

Człowiek jednak na błędach się nie uczy, a już libertarianin w ogóle. Dla libertarianina świat człowieka jest światem celowym. Oczywiście, nie jest tak, że człowiek nie działa z chęci osiągnięcia jakiegoś celu. Działa. Rzecz w tym, że próba tworzenia z takiego twierdzenia aksjomatu i wyprowadzenie z niego całej etyki libertariańskiej jest, delikatnie mówiąc, krucha. Warto zauważyć na wstępie, że jest to twierdzenie tautologiczne w tym sensie, że każde działanie, niezależnie od tego, za jakie je byśmy uważali, musimy uznać za racjonalne i przyjąć za zasadne. W końcu skoro ktoś postanowił zadziałać w sposób A, to znaczy, że miał na względzie cel N, który zamierzał osiągnąć. Cel N miał być dla niego zmniejszeniem niedogodności, poprawieniem swojej pozycji, względem stanu wyjściowego. Jeżeli skutek był odwrotny, od zamierzonego celu, możemy powiedzieć, że zostały obrane złe środki do osiągnięcia danego celu. Jednak samo działanie możemy jako takie ocenić dopiero post factum - uprzednio jedyne, co mogliśmy powiedzieć to to, że osobnik racjonalizując swoje położenie, swoje chęci i dostępne środki, postanowił uczynić A, by osiągnąć cel N. Konsekwencją takiego twierdzenia może jest pewien impas, polegający na przymusie uznania wszystkich działań, za działania racjonalne.

Jeżeli chcielibyśmy odrzucić ten wniosek, musielibyśmy odrzucić przyczynę. Oczywiście, możemy się tłumaczyć, że libertarianizm postrzega celowość w kategoriach subiektywnej racjonalności, co jednak wcale nie poprawia naszej sytuacji, a wręcz ją pogarsza. Osobiście proponuję odrzucić wstępne założenie i zająć się poważniejszymi sprawami. Taka mała rada, bo libertarianizm cały czas siedzi w bagnie myślenia celowościowego. Moja osobista opinia nijak się jednak ma do rzeczy, z punktu widzenia libertarianizmu, podstawowych.

Jest takie pocieszne forum, na którym banda świrów gada o różnych pomysłach rodem z literatury fiction, niekoniecznie science. Jakiś czas temu pojawiła się dyskusja na temat włażenia komuś na chatę, tj. ziemię, bo tam gadamy o sytuacjach właścicieli ziemskich. Naszkicuję wam teraz sytuację, żebyście nie musieli wpadać na forum, na którym i tak was pewnie nie chcą. Otóż jest sobie kolo, który ma ziemię. Ma ziemię, ma chatę, ma płot i ma tabliczkę, że "no trespassing". I jest sobie banda świrów, znając życie - studentów, którzy chcą śpiącemu kumplowi zrobić kawał i wnoszą  go na teren posesji tego typa. Słowem, trespassują. No to nasz właściciel ziemski, który znalazł śpiącego przestępcę (naruszenie własności), postanawia pokazać gnojowi, jaki to "pan Wąski jest debeściak" i strzela mu w ryło. Załóżmy na razie, że pięścią. Student zrywa się na równe nogi i gotowy do bitki. 

Zatrzymajmy się na razie tutaj. Pytanie, jakie zostaje tutaj postawione teorii libertariańskie, jest następujące: czy nasz ziemianin mógł zrobić, co zrobił, tj. obić ryło? Wbrew pozorom, odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Spójrzmy na to najpierw z pozycji właściciela: moja ziemia i nie mój typek. Na nic takiego się nie zgadzałem, a wyraźnie nawet zaznaczyłem, żeby nie włazić. A on wlazł. No to bach, w ryło go. Sprawa wydaje się prosta, ale już z punktu widzenia naszego studenta rzecz jest bardziej skomplikowana: śpię sobie, śpię, aż tu nagle mnie jakiś buc w twarz bije. Więc zrywam się, chuj wie, gdzie ja jestem, i nie dam sobie mordy bić. Libertarianin ma w takiej sytuacji dwa dylematy. Pierwszy jest pytaniem "komu?", a drugi: "co?". Do kogo właściciel posesji powinien mieć uzasadnione roszczenia: do grupki dowcipnisiów, czy do ofiary dowcipu? Z jednej strony, to ofiara dowcipu narusza jego teren i to bez jego zgody. Z drugiej: przekroczenie płotu nie było studenta intencją. Jeżeli po intencjach ich poznacie, studenta należy zwolnić od wszelkiej odpowiedzialności. Podobnie jak pijanego pana Janka, zabójcę ciężarnej matki z córką, które przechodziły przez ulicę o niewłaściwym czasie. W końcu celem pijanego pana Janka nie było zabicie, a jedynie trafienie do domu po niezłych baletach. Czy libertarianin będzie bronił pijanego pana Janka? Oczywiście, znajdą się takie rodzynki, którzy będą bronić Josepha Fritzla, bo to w końcu jego rodzina i jego dom był. A ich jedynym zarzutem do włodarzy Korei Północnej będzie to, że nie zdobyli władzy w sposób zgodny z aksjomatami. Chciałbym jednak pogadać o ludziach inteligentnych. Pozwolę więc sobie założyć, że inteligentny libertarianin weźmie pod uwagę nie tyle cel, ile skutek. A skutek jest taki, że pan Janek zabił dziecko i ciężarną, a student narusza własność bez zgody właściciela.

Drugi dylemat tej sytuacji odnosi się do pytania "co?". W moim przykładzie doszło do obicia ryja, w forumowym oryginale była mowa o odstrzeleniu nie tylko jajec. Oczywiście pytanie "co?" jest uproszczoną wersją prawdziwego dylematu, który można wyrazić pytaniem: co może właściciel? Jeżeli własność definiujemy, jako prawo do wyłącznego, trwałego użytkowania, na przykład łopaty, to oznacza to, że ja, będąc właścicielem, jestem jedyną osobą, która bez pytania kogokolwiek o zgodę, może rzeczonej łopaty używać. Mogę nią kopać rowy, albo nawet zniszczyć, ale nie mogę nikogo tą łopatą zdzielić, bo wtedy już dotykamy nie swojej własności. Jeśli ktokolwiek inny by chciał używać mojej łopaty, musi się mnie spytać o zgodę, a ja muszę mu ją wyrazić. Innymi słowy, to ja decyduję o swojej własności. Jeżeli więc ktoś wkracza na mój teren bez mojej zgody, to mam prawo mu to wkraczanie skutecznie wybić z głowy. Na przykład strzałem w potylicę?

Różnie mówią. Rothbard na przykład wspominał coś, ale tylko czasami, o proporcjonalności; o tym, że żaden sąd, czy agencja arbitrażowa nie uniewinni typa, który odstrzelił małemu dziecku głowę, bo jego (dziecka) piłka wpadła na posesję właściciela. Problem władzy i własności jest casusem Fritzla. Abstrahując jednak od współczesnych systemów społeczno-politycznych, problem ten w libertarianizmie jest dosyć istotny. Co może właściciel na swojej działce? Z jednej strony - może wszystko: to w końcu jego działka, a na prywatnym terenie obowiązują prywatne reguły. Europa tysiąca Lichtensteinów i tak dalej. Właściciel jest suwerenem. Odwołując się do teorii Carla Shmitta, którą w gruncie rzeczy libertarianin powinien akceptować, tj. do stwierdzenia, że suwerenem jest ten, który ma prawo wprowadzenia stanu wyjątkowego na danym terenie, możemy zauważyć, że możność wprowadzenia stanu wyjątkowego jest atrybutem władzy. Truizm, wiem. Ale truizm dosyć istotny. Otóż wprowadzenie stanu wyjątkowego jest symbolicznym dookreśleniem, kto na danym terenie ustala reguły. Jeśli więc właściciel, wracając do naszego przykładu, odstrzeli studentowi głowę, a następnie sąd orzeknie, że była to kara niewspółmierna do winy, okaże się, że to nie właściciel określa zasady przebywania na swoim terenie. Właściciel nie jest suwerenem. Właściciel nie jest właścicielem.

A teraz wyobraźmy sobie, że właściciel nie zgadza się na skazujący wyrok i nie ma zamiaru poddać się karze - wypłacić odszkodowanie rodzinie, czy co tam sąd wymyśli. Wraca sobie z powrotem do chacjendy i żyje spokojnie. Co mogą zrobić sędziowie i ich zwolennicy w takim sporze? Mogą zrobić - i jest to tak naprawdę jedyne "skuteczne" działanie - wjazd na chatę i siłowe uregulowanie należności. W takiej sytuacji jednak idzie się jebać właściciel, jego suwerenność i aksjomat nieagresji. Znajdujemy się w jakimś wulgarnym stirneryzmie. Dostrzegam tutaj jeden manewr, który libertarianin może zastosować, by uzasadnić ograniczenie władzy właściciela. Otóż może libertarianin odwoływać się do zasad, tj. do aksjomatów, z których można wyprowadzić całą etykę libertariańską, włącznie z zasadą proporcjonalności kary, itd. Innymi słowy: prawo naturalne. Jeśli jednak mam być szczery, uważam, że to jest słaby argument. Pomijając już cały, wątpliwy zresztą, proces dedukcji, trzeba zadać pytanie, co skłoni właściciela, by uznał za wiążące prawo naturalne z całym jego inwentarzem?

Cały czas bowiem opieramy się na tym, że właścicel, niby-suweren, nie wyraził zgody na przekroczenie jego płota przez studenta, włodarzy z sądu, czy wujka Zbyszka. Jego prawo, by takiej zgody nie wyrazić, a w związku z tym - nie mają oni prawa wkraczać na jego terytorium. Libertarianin nie może powoływać się w takiej sytuacji na domniemanie zgody - takie zjawisko nie występuje w teorii libertariańskiej. Rothbard wspominał o domniemanej zgodzie tylko w jednym wypadku - by uzasadnić twierdzenie, że państwo opiera się na przymusie (znany przykład z jednym anarchistą w kraju). Domniemana zgoda nie jest zgodą, a jedynie przypuszczeniem zgody - musi ona być wyrażona explicite, jeśli ma być obowiązująca.

Pamiętacie jeszcze przykład Rothbarda z dwoma alternatywami odrzucenia uznania wyłączności własnego ciała? Wtedy, że albo wszyscy mają wszystkich, albo nikt nie ma nikogo? Rothbard twierdzi, że skutkiem przyjęcia każdej z tych dwóch alternatyw jest niechybna śmierć rasy ludzkiej: jeśli nikt nie ma nikogo, nawet siebie, to nikt nie może nic zrobić, a więc nawet zachować życia. Nie będziemy się nad Rothbardem znęcać i nie zapytamy, co to w ogóle znaczy, że ktoś nie może nic zrobić? Co to znaczy "nic" w tym kontekście? Nie będziemy szukać odpowiedzi. Co do drugiej alternatywy, chciałbym zwrócić uwagę na uzasadnienie Rothbarda. Otóż twierdzi on, a powtarza za nim Hoppe, że jeśli wszyscy mają wszystkich, to nikt nie może zrobić - ponownie - nic, bez uprzedniej zgody każdego bez wyjątku na świecie. Wszechświatowy komunizm, rozumiecie. Ponownie, nie będziemy się znęcać i nie będziemy pytać, dlaczego akurat wszechświatowy, itd. Chodzi o to, że domniemana zgoda nie ma racji bytu - albo  ktoś wyraził zgodę explicite, albo nie wyraził zgody.

Libertarianizm nie radzi sobie z wieloma pytaniami. Jeśli mam być szczery, uważam, że jest to problem dogmatyzmu. Ale to jest libertarianizmu problem, nie mój. To libertarianizm musi sobie z tym poradzić. 

16 komentarze:

panika2008 pisze...

Jest jedno proste teoretycznie, aczkolwiek całkowicie karkołomne praktycznie, rozwiązanie systemowe usuwające sprzeczności propertarianizmu. Oparcie wszystkiego na ścisłym legalizmie. Realizacja od strony prawa może wyglądać tak, że wszystkie tytuły własności są ograniczone w sposób definiujący zakres suwerenności na danym terytorium - i ograniczenia są przymusowo przechodnie, tzn. nabywca stając się właścicielem musi po pierwsze przyjąć reguły, po drugie, przyjąć obowiązek sformułowania identycznych ograniczeń przy zbywaniu nieruchomości. Można nawet w kontraktach przechodnio zapisać klauzule o egzekucji zapisów przez wspólnotę jako całość (że np. jak na swojej ziemi odstrzelisz studenciakowi głowę, to wspólnota zgodnie z kontraktem robi Ci wjazd i gangbang bez wazeliny). Powstaje oczywiście problem co z dziećmi, ale to już na inną dyskusję. No i oczywiście problem jajka i kury, innymi słowy stanu zero. Może po prostu idealny system propertariański nie jest możliwy ze względu na ograniczenia logiczne - albo możliwy tylko przy założeniu istnienia gdzieś kiedyś chociaż przez moment oświeconego despoty - właściciela całego świata, lub - co równie lub jeszcze bardziej idiotyczne - oświeconej zbieżności i jednomyślności wspólnoty przy konstrukcji wzajemnie zazębionych i trzymających się w ryzach umów.

Adam Duda pisze...

Czy to forum takie nieprzyjazne to liberarianizm.net?
Przed kilkoma dniami wszedłem tam na chwilkę i juz zdążyłem zarobić -3 do reputacji :D:D:D

http://libertarianizm.net/thread-1414.html

A propos własności to polecam Ci przeczytanie pewnej rozprawy kolegi z bloga
http://chlebus.eco.pl/POWERS/BezWladz.htm

dział "Własność" o posiadaniu australii przez jednego człowieka :)

smootnyclown pisze...

Adam,
Widzisz, mówiłem, że was tam nie chcą:) Po co się pchacie?:)
Temat australijski przeczytam, jak będę miał więcej czasu... Mam nadzieję, że warto:)

Panika,
Można nawet w kontraktach przechodnio zapisać klauzule o egzekucji zapisów przez wspólnotę jako całość
Pozwolę sobie przyczepić się do tego fragmentu. Otóż to nie przejdzie. Zakładając nawet, że libertarianin zgodzi się na wcześniejszy wywód (w co wątpię), to jednak nie ma szansy na zgodę co do jakiejś "wspólnoty, jako całości". Bo to przecież jakiś lewacki i etatystyczny kolektywizm, a przecież tylko jednostki mogą działać. Już prędzej libertarianin będzie mógł przyjąć jednego właściciela ziemi, który wynajmuje po kawałku innym, ale jest, że znów wrócę do Schmitta, suwerenem, tj. ostatnim sprawiedliwym (bo przecież własnościowym, więc musi być sprawiedliwym). Można tu pokazać przykład prywatnej kamienicy i najemców. Tak, czy inaczej, wracamy tutaj do średniowiecza - pana feudalnego i wasali.

Adam Duda pisze...

To jest krótkie z tą Australią, ale porusza ciekawy wątek czym jest w zasadzie własność. W sensie nadal nie wiemy :)

Maciej Dudek pisze...

@smootny

No ja zauważyłem pewną zbieżność tez krytyków libertarianizmu (w tym i Twoją) z pomysłami tzw. "hardkorowych" libertarian.

Otóż i krytycy i hardkorowcy tworzą sobie jakiegoś chochoła, którym jest domniemana "suwerenność" właściciela w granicach swego terytorium, na wzór suwerenności państwowej.

Nie mam pomysłu skąd się taka koncepcja wykluła i dlaczego jest powielana, skoro jej błędność wrzeszczy aż do nieba :)

I nie chodzi tu o jakieś "rozmiękczanie" własności tylko o możliwie ścisłe trzymanie się tej zasady.

smootnyclown pisze...

Że, Maćku, co jest chochołem? Cieszę się, że dostrzegasz błędność libertariańskiej koncepcji własności.

Jeśli chciałbyś porozmawiać troszkę poważniej, to czekam na jakieś rozwijające argumenty.

Maciej Dudek pisze...

Ach, więc rozmawiam niepoważnie posługując się argumentami, które nie są rozwijające. I ucieszyło Cię, że "dostrzegam" "błędy" libertariańskiej koncepcji własności :)

No skoroś taki poważny i monumentalny, to nie przypuszczam abyś opierał się włącznie na "libertariańskiej koncepcji własności prezentowanej przez forumowych hardkorowców.

Z czego zatem wywodzisz, że libertarianizm przewiduje prawo właściciela do stanowienia dowolnego prawa w granicach swojego terenu? Czy zechcesz zwrócić ku temu niepoważnemu pytaniu swoje ucho i oko? Czy pochylenie się w odpowiedzi nie zburzy drapowanych fałdów Twojej togi?

smootnyclown pisze...

Maćku:
Rothbard+Hoppe+dedukcja alias logiczne implikacje. Jak sobie pan życzysz, to w wolnej chwili postaram się podrzucić trochę cytatów z komentarzem. Zastrzegam jednak, że wolna chwila może wypaść tej, bądź następnej nocy.

I jeszcze taka jedna uwaga. Otóż po pierwsze, nie mam pojęcia, co miało znaczyć zdanie
skoroś taki poważny i monumentalny, to nie przypuszczam abyś opierał się włącznie na "libertariańskiej koncepcji własności prezentowanej przez forumowych hardkorowców., gdzie gdzieś tam zacząłeś cudzysłów, ale nie wiem, gdzie chciałeś skończyć, a poza tym jest kompletnie bez związku z całością. I po drugie, zmień troszkę ton.

Maciej Dudek pisze...

Skoro na dzień dobry namawiasz mnie do powagi to sobie dworuję z tej rady bo jest trochę napuszona. Nie widzę oczywiście przeszkód, żeby powrócić do bardziej uprzejmych tonów :)

Z chęcią poczekam na uzasadnienie ww. tez, bo sprawa jest ostatnio dość istotna w libertariańskim światku RP.

Pozdrowka I bez urazy.

szopeno pisze...

Nie jest prawdą, że człowiek _zawsze_ postępuje racjonalnie, żeby osiągnąć jakiś cel. Również twierdzenie, że postępowanie, by osiągnąć jakiś cel jest racjonalne jest nieprawdziwe. Albo inaczej, jest niezgodne z powszechnie uznawaną definicją racjonalności.

1) Jeżeli ktoś ma ochotę na piwo i się upija, to chociaż podejmuje działanie "kupno piwa", to nie postępuje racjonalnie (tzn. może postępować racjonalnie, albo nie). "Racjonalny" oznacza "przemyślany", "zgodny z rozumem". Działania podejmowane pod wpływem emocji z definicji racjonalne nie są. Libertarianie, ktorych znałem, radzili sobie z problemem beztrosko zmieniając definicję racjonalizmu.

2) Istnieje sporo działań, które ludzi podejmują, które nie mają _żadnych absolutnie_ świadomych celów. Owszem, można je wtórnie racjonalizować, pokazując, że celem było "zabicie nudy" (np. ktoś idzie i kopie w pustą puszkę po koli, albo bezmyślnie dłubie w nosie).

3) Ja tam swoją drogą rozważając kiedyś własność, doszedłem do wniosku (tymczasowego, nie miałem czasu to dokładnie przemyśleć), że "posiadanie" ziemi może być niemoralne (o ile to jest samo "posiadanie" wynikające z tego, że ktoś po prostu pierwszy ziemię zajął i ogrodził).

Swoją drogą, zdumiewa mnie zawsze, jak bardzo _naiwni_ są czasami libertarianie. Sam flirtowałem z libertarianizmem, i do dzisiaj mam sporo sympatii z tym kierunkiem, ale po prostu czasami mi ręce opadają. Pamiętam jak kiedyś jeden taki mi udawadniał, że będzie git, jak libertarianie zajmą sobie wyspę a zapewnią, że nikt ich nie zaatkuje mając broń masowego rażenia. Ręce opadają...

Adam Duda pisze...

szopeno. Ty jeszcze nie rozmawiałeś z prawdziwymi libertarianami.

Zresztą Ci libertarianie, a pewnie trochę ich jest na świecie mogli by w końcu coś zrobić, zamiast bez końca uprawiać intelektualny onanizm, wiedząc że to i tak nigdy nie doprowadzi do niczego.

Mogli by się skrzyknąć na świecie, wykupić wyspę - taki Madagaskar (jak kiedyż Żydzi wykupili sobie kraj) i zrobić sobie AKAP. Daje im 3 dni na imprezy a po 3 dniach pokłócili by sie o koncepcję własności, a po siedmiu byłby większy zamordyzm jak w Polsce. :)

Jacek Sierpiński pisze...

Ja to widzę tak:
1) Student z przykładu nie naruszył praw własności właściciela posesji, bo naruszyć te prawa można tylko jakimś czynem, a on żadnego czynu nie dokonał. Prawa te naruszyli ci, co podjęli działanie, tj. wnieśli tego studenta za ogrodzenie. Student naruszy prawa własności dopiero wtedy, jeśli odmówi opuszczenia posesji wbrew żądaniu właściciela.
Czyli: właściciel posesji nie ma (z punktu widzenia zasad libertarianizmu) prawa ot tak sobie obić studentowi ryja od razu jak go znajdzie. Ma natomiast prawo zażądać, by się wyniósł i dopiero jak tamten go nie posłucha, obić mu ryja w celu zmuszenia go do wyniesienia się.
Natomiast do jego kumpli ma teoretycznie słuszne odszkodowanie za naruszenie własności, ale jeśli rzeczywista szkoda nie była wielka (a w takim przypadku była znikoma), to i odszkodowanie powinno być znikome.
2) Prawo własności do terenu to nie suwerenność na danym terenie. Uznawanie właściciela nieruchomości za suwerena w jej granicach to nie libertarianizm, tylko jakieś jego dziwne konserwatywne wypaczenie, w którym uniwersalne reguły nieagresji i samoposiadania zostają faktycznie zastąpione "prawem ziemi". Prawo własności do nieruchomości (czy do czegokolwiek innego, np. parasola) polega na tym, że właściciel ma prawo decydować o tej nieruchomości (czy parasolu), w tym m. in. ustalać reguły dotyczące użytkowania tej nieruchomości (czy parasola) - między innymi wykluczyć z użytkowania kogo chce. Ale z tego nie wynika, że ma prawo całkowitego decydowania o ludziach użytkujących tę nieruchomość (czy parasol), np. do uczynienia z nich niewolników, albo zabicia dla kaprysu. Nawet, jeśli ktoś użytkuje jego nieruchomość (lub parasol) bez jego zgody, to ma prawo użyć siły tylko w takim zakresie, jaki jest potrzebny do wymuszenia tego, by ten ktoś przestał użytkować (co w skrajnych przypadkach może owszem oznaczać nawet zabicie, ale nigdy np. uwięzienie na czas dłuższy niż potrzeba na "uwolnienie" przedmiotu własności od osoby, która ją narusza).
Owszem w libertarianizmie możliwe jest coś w rodzaju quasi-suwerenności na podstawie dobrowolnych umów (np. ktoś wchodząc na czyjś teren wyraża zgodę na to, że właściciel terenu może zrobić z nim co chce). Ale nie jest to zasada domyślna i raczej nie sądzę, by wielu ludzi na takie umowy szło.
3) W przypadku, jeśli ktoś jest coś winien komuś innemu i się od tego uchyla, zgodnie z libertarianizmem można w celu odebrania długu naruszyć jego własność, tj. zrobić mu na przykład "wjazd na chatę". Albo nawet zatrzymać go na ulicy i wyciągnąć mu pieniądze z kieszeni. I aksjomat nieagresji nie idzie się jebać, ponieważ to działanie jest z punktu widzenia libertarianizmu działaniem obronnym (podjętym w celu odzyskania czyjejś własności), a nie agresją.

Maciej Dudek pisze...

Jacku, to wypowiedź ex cathedra ;) zaraz ją podlinkuję na naszym forum.

Niby wydaje się to oczywiste ale jednak warto powtarzać bo ta "suwerenność" to gęba, którą się próbuje libertarianom w Polsce przyprawiać.

Cokeman pisze...

Bardzo dobry artykuł. W ogóle libertarianie mają problem z tym, że z jednej strony chcą wolności a z drugiej chcą tą wolność obwarować jakimiś regulacjami, które nazywają aksjomatami. Takie tam ideały i pobożne życzenia.
Na swoim blogu niedawno pisałem o mentalnej impotencji wolnościowców.
Muszę w końcu przeczytać Stirnera.

jaś skoczowski pisze...

@Maciek

Jeśli suwerenność polityczna kogoś jest ograniczona przez prawa człowieka i tak należałoby rozumieć Schmitta, to wszelkie państwa, które przestrzegają w jakimś zakresie praw człowieka (a nie tylko nadają je i dorzucają całkiem dowolnie) nie są suwerenne politycznie. a twierdzę, że tak nie jest, więc suwerenność polityczna jednostki oznacza po prosty zindywidualizowanie polityki międzynarodowej. I to jest pomysł stary, bo chyba sięga Warrena.

jaś skoczowski pisze...

"Ma natomiast prawo zażądać, by się wyniósł i dopiero jak tamten go nie posłucha, obić mu ryja w celu zmuszenia go do wyniesienia się."

A to ciekawe dlaczego, skoro zawsze narusza prawo niższe w hierarchii? Od kiedy można uznać za proporcjonalne naruszenie czyjegoś prawa do własnego ciała względem naruszenia czyjejś własności? Znam jedno wytłumaczenie tego, jest to wytłumaczenie Rothbarda i jest kompletnie mętne. Bo gdyby własność powstała na sutek pracy (i mogłoby dotyczyć, bez wątpliwości, to tylko tej własności, a nie jak chce Rothbard, też tej nabytej przez handel czy obdarowanie), to dalej nie byłaby osoba, która tą pracę wykonała. Inaczej narodzony człowiek mógłby być czyjąś własnością.

Podziel się

ostatnio napisał

Search

Ładowanie...

Anarchiwm

tag? katalog?

Technologia Blogger.

Bądź na bieżąco!

Niech żyje logika

Jeżeli:
36 cali = 1 jard,
To
9 cali = ¼ jarda.
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
3 cale = ½ jarda.

źródło: J.A. Paulos, Myślę, więc się śmieję, Warszawa 2011, s. 39