1.7.11
Prywata - debata
Jeśli się zgadzacie, to zaczniemy prywatą, później przejdziemy do rzeczy bardziej umysłogimnastycznych, by skończyć ponownie prywatą. Jeśli się nie zgadzacie, to obawiam się, że i tak nie macie na to wpływu.
W pierwszej więc kolejności chciałbym wszystkich odwiedzających przeprosić za tak długą nieobecność, ale nawał innych, niestety ważniejszych, obowiązków odtrącał mnie od zajęcia się tym, co zodiakalne byki lubią najbardziej (a bynajmniej nie jest to rozjebywanie w pył czerwonych, gdyż ponieważ dowiedziałem się ostatnio, że ponoć byki nie rozróżniają koloru czerwonego - chuj jeden zresztą wie, co tam byki widzą). Pierwsze przesłanki, że może mi brakować czasu pojawiły się już dawno temu, gdy jakiś cymbał postanowił, że doba będzie miała tylko 24 godziny. Później następny cymbał wymyślił, że nie można pracować więcej, niż 12 godzin dziennie, a następny cymbał, w tym momencie wkraczam ja, stwierdził, że jednak można, a nawet trzeba, bo przecież ktoś pracować musi, żeby nie pracować mógł ktoś. Tym sposobem oględnie dowiedzieliście się, że powodem mojej nieobecności był najzwyczajniej w świecie brak czasu. Brak czasu na sen, brak czasu na se... na bloga, brak czasu na cokolwiek. Na szczęście powoli wracamy do normy, a to z racji tego, że zaczynam urlop i w pracy pojawię się dopiero w okolicach połowy lipca. Anyway, zdaję sobie sprawę, że pod moim poprzednim wpisem pojawiły się komentarze, na które wartowałoby było odpowiedzieć. Tym bardziej wszystkich chciałem przeprosić, że tego nie zrobiłem. Przede wszystkim przeprosiny należą się Maćkowi Dudkowi, któremu obiecałem odpowiedź w postaci odpowiednich cytatów. Jeżeli chcesz, Maćku, możemy uznać, że zdezerterowałem, ale naprawdę tak byłem zaganiany ostatnio, że nie miałem czasu.
W tym momencie pozwolę sobie przywołać tylko jeden cytat, który po mojemu, w pełni oddaje sens mojej argumentacji. Są to słowa Rothbarda z 67. strony Manifestu (wyboldowanie moje):
Wolność to stan, w którym prawa jednostki do posiadania własnego ciała i uczciwie nabytej własności materialnej nie są naruszane, nie spotykają się z agresją. Ktoś, kto kradnie, dokonuje inwazji i ogranicza wolność ofiary tak samo, jak ktoś bije inną osobę po głowie. Wolność i nieograniczone prawo własności prywatnej są ze sobą ściśle związane.
Jacek Sierpiński wysunął zastrzeżenie, że wprowadzanie pojęcia suwerenności do teorii libertariańskiej jest przyprawianiem gęby. Jak sądzę, opiera się na tym, że suwerenność ma takie, a nie inne konotacje. Nie przekonuje mnie ten argument, ale by uczynić zadość Jackowi pozwolę sobie przeformułować moją tezę: właściciel jest nie tyle suwerenem, co hm..., jak by to skleić? Powiedzmy sobie tak (za Rothbardem, rzecz jasna): prawo do samoposiadania oznacza, że każdy człowiek ma wyłączne prawo do sprawowania kontroli nad swoim ciałem. Ponieważ dokonujemy tutaj sztuczki i przenosimy coś, co odnosi się do człowieka, do świata zewnętrznego, uznajemy, że właściciel ziemi ma prawo wyłącznej jej kontroli i tak dalej. Tyle Rothbard. Owszem, gdzieś tam w Etyce wolności wspomina o jakiejś proporcjonalności, ale tak do końca to sam nie wie, czego chce, na co zwracał uwagę np. Mikołaj Barczentewicz. Jacek z kolei twierdzi, że tenże właściciel niekoniecznie ma prawo całkowitego decydowania o ludziach, użytkujących tę nieruchomość [...], albo zabicia dla kaprysu. Nawet, jeśli ktoś użytkuje jego nieruchomość [...] bez jego zgody, to ma prawo użyć siły tylko w takim zakresie, jaki jest potrzebny do wymuszenia tego, by ten ktoś przestał tego użytkować [...]. Ale mi właśnie o to chodzi, że na jakiej podstawie "tylko w takim zakresie"? Przecież libertarianizm ma doprowadzić do tego, by takie rzeczy działały same z siebie: mamy aksjomat, naruszenie i sankcję, wszystko jest proste. Przecież w żadnym aksjomacie nie będziemy mieli rozważań nt. proporcjonalności. Libertarianizm w ostatecznym rozrachunku opiera się, choć nie chce tego przyznać i usilnie temu zaprzecza, na innych. Bo przecież sądy i zdrowy rozsądek. Po pierwsze więc nie zdrowy rozsądek a po drugie nie tyle sądy, co po prostu wspólnota. A skoro wspólnota, to tu wracamy już do Rawlsa, Sandela i sporu komunitarian z liberałami.
Skoro już przy tym sporze jesteśmy, to się na chwilę przy nim zatrzymamy. Powiem wam, że jest to chyba najbardziej interesujące zjawisko z zakresu filozofii polityki XX wieku. W samym obrębie sporu moglibyśmy wyróżnić kilka różnych płaszczyzn, na których odbywają się debaty między jednymi, a drugimi. Pozwolę sobie nie referować całego sporu, ponieważ zależy mi tylko na małym, malusim jego wycinku, który nijak się ma do całości (tzn. trochę ma, ale w tym momencie to jest nieistotne). Jeżeli ktoś chciałby przystępnego wprowadzenia do debaty, polecam artykuł Ariela Modrzyka. Zacznijmy może od tego, że spór jest... dziwny. W gruncie rzeczy nigdy nie ustalono tego, czy spór jest o to, czy zachować liberalizm, czy go odrzucić, czy może po prostu o bardziej komunitarny liberalizm. Co do samych stron sporu, to i w obrębie poszczególnych ekip nie ma zbytniej jedności. Sandel i MacIntyre w ogóle się dystansują od komunitarian, obaj zresztą poruszają się na różnych płaszczyznach, możemy dostrzec gigantyczne różnice między np. Walzerem, a Bellah'em, między Taylorem i Etzionim. Z drugiej strony, by pokazać rozbieżności wśród stronników liberałów, wystarczy przywołać nazwiska, jakie się przewijają: Dworkin - Rawls - Nozick - Rorty. Na marginesie pozostawiam w gruncie rzeczy szalenie interesującą kwestię tego, jak to jest, tj. co jest w ich myśli takiego, że wszystkich możemy postawić po jednej stronie w kontaktach z komunitarianami. No bo powaga, gdzie w obrębie samego liberalizmu plasuje się Dworkin, a gdzie Nozick, tak? Rozumiecie ocb? Chodzi mi o to, że jednak istnieje coś, pytanie brzmi: co?, że możemy ich zaliczać do jednej ekipy?
Dobrze, jako się rzekło, zostawiam to na marginesie. Skupić bym się chciał za to na pewnym sporze w liberalnej rodzinie, a konkretnie na czymś, co dla niektórych czytelników może być kompletnie marginalne, choć w istocie prowadzi do dosyć sporych i istotnych rozbieżności. Chodzi mi o polemikę, jaką z Rorty'm wszczął Will Kymlicka. Na wstępie już powiem, że nie znam odpowiedzi Rorty'ego na zarzuty Kymlicki, więc może daremny jest mój wkład.
Zacznijmy może od przedstawienia postaci i samej fabuły konfliktu. Rorty jest postmodernistycznym, burżuazyjnym liberałem o mocnym nastawieniu (neo)pragmantycznym. Skoro liberałem i do tego pragmatycznym, to od razu na myśl przychodzi Dewey, jako - zdaniem Rorty'ego - heglowski liberał, tj. gościu, który etykę polityczną rozpatruje w kontekście konkretnych tradycji społeczno-historyczno-interpretacyjnych. Po drugiej stronie mamy liberałów kantowskich, typu Rawls, hołdujących ahistorycznej i ponadkulturowej koncepcji moralności (i nie tylko). Rorty jest chyba najbardziej komunitariańsko nastawionym liberałem, przez co podziela niektóre zarzuty, wysuwane m.in. przez Sandela. Kymlicka z kolei stara się obronić tezy Rawlsa nie tyle przez odrzucenie Rorty'ego, co raczej reinterpretowanie samego Rawlsa. Tutaj zresztą też ciekawa sprawa, bo sam Rawls w późniejszych pismach postanowił zrewidować niektóre ze swoich tez i przyjąć zarzuty komunitarian. Rorty z kolei doszedł do wniosku, że skoro późny Rawls zgodził się z pewną częścią krytyki komunitariańskiej, to ani chybi pisma wczesnego Rawlsa również można tak odczytywać.
Przechodząc do samego sporu w rodzinie, Rorty używa czterech argumentów przeciwko kantowskim liberałom. Mnie interesuje tylko jeden, dotyczący języka i moralności. Moralność, zdaniem Rorty'ego - uważa Kymlicka - sprowadza się do stwierdzeń typu "My takich rzeczy nie robimy". Rorty powołuje się na Sellarsa, twierdząc, że moralność jest pewnym wyrazem "grupowych intencji", albo "my intencjonalnego". W celu odrzucenia twierdzenia Rorty'ego Kymlicka daje głos muzułmańskiej kobiecie, która powiada: "seksualna dyskryminacja jest zła". Ale przecież, zdaniem Kymlicki, wcale nie oznacza to, że powiedziała ona, jak by chciał Rorty, "my nie dyskryminujemy seksualnie" - wręcz przeciwnie, dyskryminujecie. Przeciwnie, twierdzi Kymlicka, ta kobieta mówi to, co mówi, właśnie dlatego, że takie rzeczy są tam robione, zawsze były robione i są mocno zakorzenione we wszystkich mitach, symbolach i instytucjach tamtejszej historii i ta,temtejszego społeczeństwa [W. Kymlicka, Liberalizm a komunitarianizm [w:] Komunitarianie. Wybór tekstów, wybór i wstęp P. Śpiewak, Warszawa 2004, s. 174]. Gdybyśmy więc przyjęli punkt widzenia Rorty'ego, musielibyśmy usłyszeć, że owa kobieta mówi: "Nie robimy tu takich rzeczy, chociaż je robimy".
Są dwa argumenty, jakie możemy wysunąć w odpowiedzi na tak postawiony zarzut i są to raczej argumenty komplementarne, niż alternatywne. Pierwszy z argumentów dotyczy precyzji wypowiedzi i zgodnie z nim, Rorty, mówiąc kolokwialnie, przegiął pałę i powiedział szybciej, niż pomyślał. Faktycznie bowiem, w ustach kobiety muzułmańskiej w Egipcie słowa "nie dyskryminujemy seksualnie" brzmiałyby (w obrębie tezy Rorty'ego) następująco: "nie dyskryminujemy seksualnie, ale dyskryminujemy seksualnie). Zwyczajnie więc, by zlikwidować sprzeczność możemy wysunąć tezę, iż moralność w intencji Rorty'ego dotyczy raczej potencji. Zgodnie z takim ujęciem, stwierdzenie "my takich rzeczy nie robimy" winniśmy zastąpić przez "my uważamy, że nie powinniśmy tego robić". Oczywiście, jest to tylko częściowe odrzucenie argumentu Kymlicki, a to z tego względu, że daje pozostaje nieszczęsny zaimek "my". Co bowiem może oznaczać, w ustach egipskiej muzułmanki stwierdzenie, że "my uważamy, że powinniśmy zaniechać dyskryminacji seksualnej", jeśli dyskryminacja seksualna jest tam na porządku dziennym, a nawet jest szeroko akceptowalna? Kim jest owo "my", o którym wspomina muzułmanka? Drugi argument, a w zasadzie kontynuacja powyższego, tylko na innym poziomie, jest właśnie poszukiwaniem desygnatu zaimka "my". Jest to argument typowo rorty'ański, tj. Rorty sam go przywołuje, ale czyni to w innym niż powyższy kontekście. Dylematy moralne, stwierdza Rorty,
Przy takiej interpretacji tezy Rorty'ego, zdaje mi się, że interpretacji dosyć bliskiej samemu Rorty'emu, zarzut Kymlicki wydaje się nietrafiony. Przynajmniej ten zarzut. Następne? Innym razem.
Obiecałem, że na koniec wracamy do prywaty. Otóż więc tak: 2 lipca, w sobotę, wyjeżdżam i do dnia 10., prawdopodobnie włącznie, nie będę miał dostępu do sieci. Oznacza to, że wszystkie komentarze, jakie się pojawią, zostaną przeze mnie przeczytane (i, miejmy nadzieję, skomentowane) dopiero po tym okresie. Na czas mojej nieobecności, chciałbym wam powiedzieć tyle: oglądajcie, kupujcie, ściągajcie, pamiętajcie, film The United States of Leland, na polski przetłumaczony jako Odmienne stany moralności. Najpiękniejszy film na świecie.
Są dwa argumenty, jakie możemy wysunąć w odpowiedzi na tak postawiony zarzut i są to raczej argumenty komplementarne, niż alternatywne. Pierwszy z argumentów dotyczy precyzji wypowiedzi i zgodnie z nim, Rorty, mówiąc kolokwialnie, przegiął pałę i powiedział szybciej, niż pomyślał. Faktycznie bowiem, w ustach kobiety muzułmańskiej w Egipcie słowa "nie dyskryminujemy seksualnie" brzmiałyby (w obrębie tezy Rorty'ego) następująco: "nie dyskryminujemy seksualnie, ale dyskryminujemy seksualnie). Zwyczajnie więc, by zlikwidować sprzeczność możemy wysunąć tezę, iż moralność w intencji Rorty'ego dotyczy raczej potencji. Zgodnie z takim ujęciem, stwierdzenie "my takich rzeczy nie robimy" winniśmy zastąpić przez "my uważamy, że nie powinniśmy tego robić". Oczywiście, jest to tylko częściowe odrzucenie argumentu Kymlicki, a to z tego względu, że daje pozostaje nieszczęsny zaimek "my". Co bowiem może oznaczać, w ustach egipskiej muzułmanki stwierdzenie, że "my uważamy, że powinniśmy zaniechać dyskryminacji seksualnej", jeśli dyskryminacja seksualna jest tam na porządku dziennym, a nawet jest szeroko akceptowalna? Kim jest owo "my", o którym wspomina muzułmanka? Drugi argument, a w zasadzie kontynuacja powyższego, tylko na innym poziomie, jest właśnie poszukiwaniem desygnatu zaimka "my". Jest to argument typowo rorty'ański, tj. Rorty sam go przywołuje, ale czyni to w innym niż powyższy kontekście. Dylematy moralne, stwierdza Rorty,
stanowią na ogół odzwierciedlenie faktu, że przeważnie utożsamiamy się z rozmaitymi wspólnotami, na ogół żywiąc jednakową niechęć do marginalizowania siebie w stosunku do nich. Rozmaitość takich identyfikacji wzrasta wraz z poziomem wykształcenia, tak samo jak wraz z rozwojem cywilizacji wzrasta liczba wspólnot, z którymi dana osoba mogłaby się utożsamiać. [R. Rorty, Obiektywność, relatywizm i prawda, Warszawa 1999, s. 298]W świetle powyższych słów możemy pokrótce naszkicować nasz schemat argumentacyjny. Mnogość i złożoność relacji społecznych w obrębie jednej i więcej społeczności jest czymś naturalnym we współczesnym świecie. Jedna osoba może być wplątana w wiele, nierzadko sprzecznych (przynajmniej do pewnego stopnia) relacji. W świecie kultury zachodniej uważamy to za normalne, ostrożnie szacując, od ponad 100 lat. W świecie niezachodnim taki wynik szacunku byłby zdecydowanie przesadzony, co nie zmienia faktu, że złożoność relacji społecznych jest tam na porządku dziennym. W świetle tego stwierdzenie muzułmańskiej kobiety "my nie dyskryminujemy seksualnie" jest zbyt ogólne, by można było wysnuć z niego wniosek, dotyczący relacji między moralnością a faktycznością i potencją. Kobieta w gruncie rzeczy może należeć do społeczeństwa muzułmańskiego, gdzie dyskryminacja seksualna jest na porządku dziennym, ale może również postulować zaniechanie tego procederu. Jeśli tak, stwierdzenie "my nie dyskryminujemy seksualnie" odnosiłoby się do grupy jej stronników, którzy 1) rzeczywiście tego nie robią ("my nie robimy takich rzeczy") i 2) wysuwają postulat, dotyczący całego świata muzułmańskiego ("my uważamy, że nie powinniśmy tego robić"). Powyższy schemat argumentacyjny ciężko jest w sposób jednoznaczny określić, jako komunitarny, bądź liberalny. Z pewnością mamy tu do czynienia z działaniem w obrębie dwu wspólnot, a konkretnie jednej wspólnoty (muzułmańscy przeciwnicy dyskryminacji seksualnej) i wspólnoty do niej nadrzędnej, metawspólnoty (ogół świata muzułmańskiego). A przecież wspólnota muzułmańskich przeciwników dyskryminacji seksualnej jest z kolei fragmentem jeszcze innej metawspólnoty - przeciwników dyskryminacji seksualnej nie tylko w świecie muzułmańskim. Z której strony byśmy na to nie spojrzeli, mamy tutaj do czynienia z przenikaniem się różnych wspólnot, kultur i tradycji interpretacyjnych. Mamy też, co chyba jeszcze ważniejsze, próbę reformy, podważenia, swojej własnej (meta)wspólnoty właśnie od wewnątrz. Wymaga to pewnej krytycznej samoświadomości, mówiąc słowami Stanley'a Fisha. Fish zwraca uwagę, że umysł nie jest strukturą statyczną, lecz złożeniem powiązanych przekonań, z których każde może wywierać nacisk na każde inne w ruchu, który może prowadzić do samoprzekształcenia. (S. Fish, Interpretacja, retoryka, polityka, Kraków 2008, s. 258) - jest "projektem w ruchu".
Przy takiej interpretacji tezy Rorty'ego, zdaje mi się, że interpretacji dosyć bliskiej samemu Rorty'emu, zarzut Kymlicki wydaje się nietrafiony. Przynajmniej ten zarzut. Następne? Innym razem.
Obiecałem, że na koniec wracamy do prywaty. Otóż więc tak: 2 lipca, w sobotę, wyjeżdżam i do dnia 10., prawdopodobnie włącznie, nie będę miał dostępu do sieci. Oznacza to, że wszystkie komentarze, jakie się pojawią, zostaną przeze mnie przeczytane (i, miejmy nadzieję, skomentowane) dopiero po tym okresie. Na czas mojej nieobecności, chciałbym wam powiedzieć tyle: oglądajcie, kupujcie, ściągajcie, pamiętajcie, film The United States of Leland, na polski przetłumaczony jako Odmienne stany moralności. Najpiękniejszy film na świecie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Anarchiwm
tag? katalog?
- blog (4)
- ekonomia (3)
- film (3)
- filozofia (30)
- filozofia w żartach (3)
- gościnnie (1)
- historia (2)
- inne (12)
- komunitaryzm (3)
- książki (18)
- kultura (19)
- liberalizm (4)
- libertarianizm (14)
- nauka (5)
- polityka (24)
Technologia Blogger.
Niech żyje logika
Jeżeli:
36 cali = 1 jard ,
To
9 cali = ¼ jarda.
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
3 cale = ½ jarda.
To
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
źródło: J.A. Paulos, Myślę, więc się śmieję, Warszawa 2011, s. 39
Zwiedzam
-
-
Niech nie sczezną teiści2 dni temu
-
wiersz: swawola lub rozpuszczenie4 dni temu
-
Gold w EUropie4 dni temu
-
-
przybysze z Wegetara1 miesiąc temu
-
Norwood Hanson, Obserwacja cz. 22 mies. temu
-
Witam po przerwie.1 rok temu


0 komentarze:
Prześlij komentarz