15.8.11
Oscar Lewis, "Dzieci Sancheza" - fragment
Wydawnictwo Bona, za pośrednictwem Pani Kasi Myśliwiec, wyraziło zgodę, bym opublikował fragment książki Oscara Lewisa Dzieci Sancheza. Tytułem wstępu chciałbym powiedzieć, że cytowany fragment będzie dotyczył historii więziennej jednego z synów Sancheza - Roberto. Dodam też, chyba tylko gwoli formalności, że nie jest to fragment mojego autorstwa, a więc nie stosuje się do niego ogólna otwarta licencja CC, jak do reszty bloga i wszelkie prawa autorskie do tego utworu należą do polskiego wydawcy i tłumacza. Co do noty bibliograficznej, to oto ona:
Oscar Lewis, Dzieci Sancheza. Autobiografia rodziny meksykańskiej, Wydawnictwo Bona, Kraków 2011, tłumaczenie: Aleksandra Olędzka-Frybesowa, fragment ze stron 314-315.
***
Mój biedny ojciec musiał zapłacić 1200 pesos, żeby mnie wydostać na wolność. To był czysty rabunek, bo sprawa była łatwa i adwokatowi nie należało się takie honorarium. Nie mieli przeciw mnie żadnych dowodów rzeczowych, a jeśli chodzi o "świadków", to dwóch twierdziło zupełnie co innego, niż trzej pozostali. Przyznaję, że jeśli ktoś popełni przestępstwo, powinien być ukarany, ale ja zostałem fałszywie oskarżony. Przedtem, zanim doznałem na sobie tej niesprawiedliwości, wierzyłem w prawo, ale potem już nie. Jeżeli to ma być sprawiedliwość, to co będziemy nazywać niesprawiedliwością?
Siedem miesięcy wyrwali mi z życia! Nie powiem, żebym był zgorzkniały, ale nienawidzę teraz każdego, kto jest przedstawicielem prawa. Policja i tajna policja to zwykli złodzieje, tyle że z uprawnieniami. Biją człowieka za każdy drobiazg. W każdej chwili gotowy jestem stanąć przed nimi i powiedzieć im to w oczy. I dlatego, gdzie tylko się zdarzy jakiś strajk, czy rozruchy, zawsze się w to mieszam, nie pytając nawet, o co chodzi, po prostu po to, żeby mieć okazję do bicia policji. A jak zabiją jakiegoś policjanta, to może nie jestem szczęśliwy, ale mam poczucie, że dostał, na co zasłużył.
Nie ma tu żadnego prawa; tylko pięści i pieniądze - to się najbardziej liczy. To jest prawo dżungli, prawo silniejszego. Ten, kto mocno stoi finansowo, może się śmiać ze wszystkiego. Popełni najgorsze zbrodnie, ale dla sądu i policji będzie niewinny jak baranek, bo ma pieniądze, może dawać. Za to jak biedak popełni mniejsze przestępstwo, sprawa wygląda całkiem inaczej. To, co mnie spotkało, to tylko tysiączna część tego, co spotkało i spotyka wciąż innych. Naprawdę nie wiem, co to jest sprawiedliwość, bo jej nigdy nie widziałem.
Jeśli istnieje piekło, to jest właśnie tu, w więzieniu. Najgorszemu wrogowi nie życzę, żeby się tu znalazł. Sześciu chłopaków z Casa Grande ["dzielnicy" Mexico City, w której żyła rodzina Sanchezów - sc] siedziało w więzieniu, ale tylko jeden z nich był zbrodniarzem. Pozostali, jak ja, wplątali się w biedę przez jakąś bójkę, albo po prostu mieli pecha. Nie chcę przez to powiedzieć, że i mnie się nie należała nauczka, bo choć nie zrobiłem tego, o co mnie oskarżali, niejedno miałem na sumieniu. Byłem złym synem, złym bratem, byłem pijakiem... Mam to przeświadczenie, że zasługuję na karę, ale nigdy nie przestanę się skarżyć na to, że zamknęli mnie niesprawiedliwie.
Meksyk to moja ojczyzna, no nie? I kocha ją naprawdę głęboko, szczególnie stolicę. Mamy tu wolność słowa, a przede wszystkim taką wolność robienia, co się komu podoba, jakiej nie widziałem nigdzie indziej. Tu zawsze potrafiłem zarobić - można się utrzymać przy życiu choćby sprzedawaniem pestek z dyni. Ale jeśli chodzi o tutejszych ludzi, mieszkańców Meksyku, to nie mam o nich najlepszego wyobrażenia. Nie wiem, może dlatego, że i sam nie bardzo ładnie się zachowywałem, ale wydaje mi się, że brakuje im dobrej woli.
Działa tu prawo silniejszego. Tym, którzy upadną, nikt nie pomoże; przeciwnie, jak się da, to ich jeszcze bardziej pokrzywdzą. Jak kto się topi, to go wepchną pod wodę. A jak kto się chce stamtąd wydostać, ściągają w dół. Nie jestem wykształcony, ale w robocie zawsze się wybijałem. Zarabiałem więcej, niż moi koledzy w pracy. Jak tylko to zauważyli, zawsze potrafili mnie jakoś skłócić z szefem i pozbywali się mnie. I zawsze znajdzie się taki, co będzie opowiadał, kto kradł, kto zabijał, kto to a to powiedział, kto schodzi na złą drogę.
A może to przez brak wykształcenia? Tylu ludzi nie umie się nawet podpisać nazwiskiem! Mówi się u nas o rządach konstytucyjnych. To piękne słowo, ładnie brzmiące, ale nawet nie wiem, co ono znaczy. Według mnie, to rządzimy się tu przemocą. Nasze życie to zabójstwa, kradzieże, napady. Żyjemy w pośpiechu i stale musimy się pilnować.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
tag? katalog?
- blog (4)
- ekonomia (3)
- film (3)
- filozofia (27)
- filozofia w żartach (3)
- gościnnie (1)
- historia (2)
- inne (12)
- komunitaryzm (3)
- książki (15)
- kultura (17)
- liberalizm (2)
- libertarianizm (13)
- nauka (5)
- polityka (21)
Technologia Blogger.
Niech żyje logika
Jeżeli:
36 cali = 1 jard ,
To
9 cali = ¼ jarda.
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
3 cale = ½ jarda.
To
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
źródło: J.A. Paulos, Myślę, więc się śmieję, Warszawa 2011, s. 39
Zwiedzam
-
Zybertowicz4 godz. temu
-
biednemu zawsze wiatr w genywczoraj
-
-
Jak nie obalać państwa2 dni temu
-
Normatywność3 dni temu
-
Żyję w kraju4 tyg. temu
-
Norwood Hanson, Obserwacja cz. 14 tyg. temu
-
Witam po przerwie.10 mies. temu


0 komentarze:
Prześlij komentarz