18.9.11

Problem ze wspólnotą na przykładzie Stein i Arendt

W berlińskim tramwaju rozmawia dwóch Turków:
- Wiesz, że jest nas w Niemczech już prawie 2 miliony?
Siedząca obok staruszka postanowiła wtrącić się do rozmowy następującymi słowy:
- Żydów też kiedyś było dwa miliony.

Róża jest różą, po trzykroć. Gertrude Stein to niewątpliwie interesująca postać. Jeśli o mnie chodzi, chciałbym skupić się na jej poglądach politycznych, abstrahując od poglądów artystycznych. Gdyby kogoś interesował właśnie ten drugi aspekt, może sobie zajrzeć do Dziennika Literackiego. Zanim jednak powiem, o co mi z Gertrudą chodzi, krótkie wprowadzenie w politykę Hannah Arendt.

Gdybym miał w jednym zdaniu streścić myśl Arendt, adekwatnym wydawałby mi się powrót do Greków (autorstwa Szahaja i Jakubowskiego), albo restauracja wspólnoty. Ponieważ Grecy, o których piszą Szahaj i Jakubowski żyli ponad 2000 lat temu, skupimy się na wspólnocie.

Hannah Arendt starała się zawrócić filozofię polityki z błędnego, jej zdaniem, nurtu racjonalnego indywidualizmu, w jaki wpadła w czasach Oświecenia. Pozwolę sobie stwierdzić, być może na wyrost, że przed podobnym problemem stanął Alasdair MacIntyre. Gdy Nietzsche wzywał do przewartościowania wszystkich wartości, wskazywał na iluzje modelu oświeceniowego, ta dwójka postanowiła pójść pod prąd czasom i cofnąć bieg historii myśli politycznej. Arendt postanowiła wskrzesić idee republikanizmu, idee wspólnoty i, w pewnym sensie, komunitaryzmu. Zdaniem Arendt, nasz świat jest wspólny, społeczny, a więc i polityczny. Wolność jest zjawiskiem politycznym, a więc wspólnym - mamy tutaj powrót do arystotelejskiego twierdzenia, jakoby poza polis mogli żyć tylko bogowie i dzikie bestie. Obecnie, twierdzi Arendt, nie jest inaczej - wolny człowiek może żyć tylko w obrębie wspólnoty, "autentycznej wspólnoty ludzkiej". Wbrew usilnym twierdzeniom teoretyków indywidualizmu, nie jest tak, że społeczeństwo to tylko suma poszczególnych jednostek, społeczeństwo, a więc przestrzeń wspólna między obywatelami, wytwarza nową jakość w stosunkach międzyludzkich. Dzięki niemu człowiek ma szansę wyrwania się z "więzienia w subiektywności". Wspólnota, zdaniem Arendt, wzbogaca ludzką egzystencję, rozszerza ludzkie poczucie tożsamości.

Po tym krótkim wprowadzeniu w meandry myśli Hannah Arendt, możemy wrócić do Gertrude Stein. Otóż tym, co nas będzie interesowało to jej słowa, które w maju 1934 roku pojawiły się na łamach New York Times'a. Stwierdziła tam, że Adolf Hitler powinien otrzymać pokojową nagrodę Nobla,
because he is removing all the elements of contents and of struggle from Germany. By driving out the Jews and the democratic and Left element, he is driving out everything that conduced to activity. That means peace.
Był rok 1934. Półtora roku wcześniej Hitler przejął władzę w Niemczech, do ustaw norymberskich trzeba było poczekać ponad rok, Lebensraum i Endlosung to perspektywa kolejnych 5 lat. Twierdzenie, że Gertrude Stein wykazała się krótkowzrocznością, czy wręcz naiwnością, jest nie na miejscu, zważywszy, że przywódcy największych mocarstw jeszcze w 1938 roku wierzyli, że oddając Hitlerowi kolejne tereny, są w stanie zapobiec wojnie. Równie dobrze i im moglibyśmy przyznać pokojowego Nobla. 

Niemniej jednak niebezpieczne byłoby zbycie tezy najsłynniejszej (prawdopodobnie) feministki XX wieku twierdzeniem, że wszyscy tak myśleli. Może i myśleli. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy chcemy się na historii uczyć, choćby i tego, czy możemy się uczyć. O co więc chodzi z tą tytułową wspólnotą? 

Wspólnota, czy szerzej: społeczność świadoma, ma to do siebie, że musi być określona. Wspólnota mieszkaniowa określa się tym samym miejscem zamieszkania i wyróżnia się od innych wspólnot właśnie miejscem zamieszkania. Społeczność fanów Microsoftu i społeczność Apple'a to dwie różne wspólnoty, a ich członkowie doskonale wiedzą, dlaczego należą do jednej, a nie do drugiej i kto ewentualnie może do nich należeć. Chodzi o to, że wspólnota określa się sama od wewnątrz i od zewnątrz (od zewnątrz zarówno określa się sama, jak i jest określana przez inne wspólnoty). Mensa to wspólnota ludzi o IQ, mieszczącym się w 2 górnych procentach populacji (w Polsce jest to bodaj 148), co oznacza, że nikt, poniżej takiego poziomu IQ do Mensy się nie dostanie. 

Możemy więc powiedzieć, że istnienie wspólnot implikuje podział na "swoich" (członków wspólnoty) i "innych", bądź "obcych" (nienależących do wspólnoty). A co to wszystko ma wspólnego z Gertrude Stein i Hannah Arendt? Otóż ma Alaina Badiou. W wydanej przez Krytykę Polityczną Etyce Badiou zwrócił uwagę na ten aspekt teorii hitlerowskiej, której niebezpieczeństwo dostrzegamy w kreowaniu wspólnoty. Badiou napisał, że
Hitler mógł przeprowadzić tak kolosalną operację militarną, jak eksterminacja dzięki temu, że wcześniej zdobył władzę, a zdobył ją w imię polityki, w której "Żyd" stanowił istotną kategorię.
[...] Zwolennicy "demokracji praw człowieka" uwielbiają definiować politykę - za Hannah Arendt - jako przestrzeń współ-bycia [etre ensemble]. Właśnie z powodu tej definicji nie są jednak w stanie pomyśleć politycznej istoty nazizmu. Definicja ta to po prostu blaga. Tym bardziej, że współ-bycie musi najpierw określić zbiór [ensemble], do którego się odnosi, a na tym właśnie polega cały problem. Nikt bardziej niż Hitler nie pragnął współ-bycia Niemców. Nazistowska kategoria "Żyda" służyła właśnie do zdefiniowania niemieckiej przestrzeni wewnętrznej, przestrzeni współ-bycia, poprzez wytworzenie (arbitralne, ale skuteczne) pewnego zewnętrza, które można będzie z wewnątrz wyśledzić [...] [s. 79-80].
Badiou dotyka tutaj jednego z największych problemów, przed jakim stoi wspólnota. Jakkolwiek byśmy polityki nie definiowali, wspólnoty możemy podzielić na inkluzywne i ekskluzywne. Mensa jest wspólnotą wybitnie ekskluzywną, wyborcy Platformy - inkluzywną. Problemów z ekskluzywnością Mensy nie mamy, ponieważ Mensa nie jest podmiotem politycznym. Problem pojawia się właśnie w kontekście polityki. Wybitnie ekskluzywna ideologia nazistowska ze sztywną przynależnością rasową doprowadziła do ludobójstwa i eksterminacji, po której, zdaniem niektórych, już nie da się filozofować. Ekskluzywne wspólnoty, wspólnoty wykluczające, to społeczności podziału, gdzie swoi i obcy to dwie antagonistyczne grupy. 

Nie oznacza to, że wspólnoty ekskluzywne muszą prowadzić do radykalnych rozwiązań. Nie powinno jednak ulegać wątpliwości, że wspólnoty inkluzywne, czyli takie, które jak najwięcej różnic uznają za politycznie nieistotne, minimalizują takie zagrożenia. Co niestety nie oznacza, że żadnych zagrożeń nie będzie.

4 komentarze:

szopeno pisze...

Były libertarianin tylko cytujący czyjąś opinię, że wspólnoty realnie istnieją, czy też tą opinię podzielający? Tak z ciekawości pytam?

smootnyclown pisze...

Domyślam się, że chodzi o opinię Hannah Arendt. Dobre pytanie. I jeśli mam być szczery, to nie wiem. Na pewno uważam, że wspólnota to coś więcej, niż wyobrażają ją sobie libertarianie, z drugiej strony nie jestem pewien, czy Arendt nie przesadza w drugą stronę. W każdym bądź razie, jeśli alternatywa wygląda:
1. wspólnota to tylko suma członków, na nią się składających, albo
2. wspólnota to coś więcej, niż suma jej członków,
to skłaniam się za odpowiedzią drugą.

FatBantha pisze...

Ech, ze wspólnotą to ciągle jakieś problemy...

Kiedy kolejna notka? :)

smootnyclown pisze...

Nie wiem, Fat, nie mam pojęcia kiedy... zupełnie mi brak czasu. Chciałem dzisiaj wrzucić recenzję na drugiego bloga, ale też raczej mi się nie uda. Czytam teraz "Duch równości", może mnie zainspiruje do czegoś...

Search

Ładowanie...

Blog Archive

tag? katalog?

Technologia Blogger.