25.12.11

Wolność od, albo jakie masz wartości?

Pamiętam wyraźnie, gdy na jednej z pierwszych lekcji biologii w szkole podstawowej nauczycielka powiedziała nam, że nasze przekonania religijne mamy zostawiać za drzwiami, bowiem na jej lekcjach będziemy zajmować się obserwacją, a nie religią. Teraz jestem przekonany, że była ateistką, wtedy kompletnie mnie to nie interesowało. Powiem wam zresztą, że do dziś miło ją wspominam, zaszczepiła mi pasję obserwacji przyrody (która to pasja niestety z wiekiem uleciała...). Równie dobrze pamiętam mojego nauczyciela biologii z liceum, gorliwego katolika i zapalczywego antykomunistę. Zawsze używał zwrotu "Dzięki Bogu" z zachowawczą adnotacją "albo matce naturze". O Freddy'm Mercury mówił, że "dupy nie uszanował" i dlatego zmarł.

Gdy w połowie XX wieku Isaiah Berlin formułował swoje stanowisko w sprawie liberalizmu i wolności, mógł nie spodziewać się, jak wielki wpływ na całą późniejszą filozofię polityki będzie miał. A już z pewnością nie mógł przewidzieć, że jakiś domorosły blogger w Polsce będzie się starał powiązać jego myśl z... no, dojdziemy jeszcze do tego. Tytułem wstępu: Isaiah Berlin wykoncypował sobie, że o wolności możemy mówić w sensie negatywnym (tzw. wolność od, np. ingerencji w postępowanie danego człowieka), bądź pozytywnym (wolność do, np. manifestowania swojej tożsamości). Wolność negatywna, zdaniem Berlina, jest podstawowym założeniem liberalizmu, tej ideologii praw i swobód. Wolność pozytywna może być (choć oczywiście nie musi) wynikiem niebezpiecznego paternalizmu, a więc przekonania, że niektórzy ludzie wiedzą lepiej, co jest dobre dla innych. Wolność od (freedom from) i wolność do (freedom to), i jest to już moja impresja, mogą się całkiem zgrabnie komponować w naszej drodze do bardziej liberalnych i bardziej inkluzywnych wspólnot.

Berlin urodził się w Rosji, większość życia spędził w Wielkiej Brytanii. Wspominam o tym, by zwrócić uwagę, że Berlin myślał po angielsku. I bynajmniej nie chodzi mi metaforycznie o przywiązaniu do empiryzmu, lecz prozaicznie o język, jakim się całe życie posługiwał. Korzystając więc z możliwości zgrabnego przełożenia na język polski, chciałbym nawiązać do zasady metodologicznej od Maxa Webera nazywanej z niemiecka Wertfreiheit, czyli właśnie wolności od, a konkretnie - od wartościowania.

Weber, postulując odejście od wartościowania poszukiwał naukowych fundamentów socjologii i innych nauk społecznych, przesiąkniętych, w jego przekonaniu sporami typowo ideologicznymi. Innymi słowy: wartościowanie w naukach społecznych oznacza analizowanie zjawisk nie tylko przez opis i wnioskowanie (a co, nazwijmy to deskrypcją), ale włączanie również do tejże analizy postulatów związanych z np. etyką. Nie szukając zbyt ścisłych definicji, możemy powiedzieć, że właśnie owa naukowość, do jakiej winniśmy dążyć, niejako wymusza na nas bezstronność, a więc tę właśnie  wolność od wartościowania.

Oczywiście dziś możemy powiedzieć, że takie stawianie sprawy jest wybiórcze, dużo więcej wiemy na temat przyjmowania odpowiedniej aparatury pojęciowej, odpowiedniej metodologii i "przedzałożeń", które również należy włączyć do aspektów wartościujących. Oznacza to, że niemożliwe jest osiągnięcie owego ideału wertfreiheit, choć oczywiście nie wszyscy jeszcze się z tym pogodzili.

A teraz spróbujmy z innej strony. Charles Sanders Peirce, twórca pragmatyzmu, a przynajmniej "pragmatycyzmu" stwierdził, że większą wagę powinniśmy przyznawać skutkom, jakie nasze myśli wywołują. Rozważmy, jakie praktyczne skutki może pociągnąć za sobą przedmiot naszej myśli i te właśnie skutki będą stanowić treść pojęcia (za: H. Buczyńska-Garewicz, Prawda i złudzenie. Esej o myśleniu, Kraków 2008, s. 76). Oto więc myśl jest pierwszym etapem działania, lub inaczej: działamy tak, jak myślimy, myślimy tak, jak działamy. Myśl kategoryzuje naszą działalność, nadaje jej sens.

Po to właśnie jest filozofia (powyższe rozważania bynajmniej nie powinny być odbierane, jako odnajdywanie dziejowej misji filozofii, ani też jej celu, a obawiam się, że ktoś może poczuć się upoważniony do właśnie takiego odczytania). Filozofia jest podstawą praktyki. Jak to kiedyś zostało ujęte, praktyka filozofii, filozofia praktyki.

I teraz tak: jeśli filozofia jest podstawą praktyki, np. politycznej, nasze "przedzałożenia", nasze "wartości", czasami te nieuświadomione, nagle nabierają znaczenia. Weźmy takich liberałów, których podstawowym założeniem, w pełni świadomym, jest pogląd, wedle którego nikt nie wie lepiej, od samego zainteresowanego, czego ów potrzebuje, jak mało by nie wiedział. W czasach narodzin liberałów z kolei istniało założenie nieuświadomione (a przynajmniej nieczęsto wyrażane explicite,  dotyczące wyższości rasy białej, a co za tym idzie - ideologicznego wsparcia, udzielanego przez liberalizm kolonializmowi i imperializmowi. Libertarianie z kolei, radykalizując podstawowe założenie liberałów zupełnie nie zwracają uwagi na pewne założenie, które przyjmują. Jeśli bowiem niesprawiedliwa jest redystrybucja bogactwa innymi, niż w pełni naturalnymi i dobrowolnymi drogami (tj. np. poprzez podatki i wspieranie najuboższych), a zatem: a contrario, sprawiedliwy jest tylko naturalny i dobrowolny podział bogactwa (i władzy, o czym libertarianie również zapominają), wymagane jest tutaj założenie odnośnie "sytuacji wyjściowej".  Jak już wielokrotnie było to przeze mnie podkreślane, przyjęcie, że skutki rynkowych interakcji są sprawiedliwe, oparte jest na milczącym założeniu, że podział początkowy jest sprawiedliwy. A nie jest.

U libertarian wiele można takich ukrytych założeń wyeksponować, na przykład związanych prawem naturalnym. Oczywiście, nie jest tak, że tylko "oni" mają swoje założenia, swoje fundamenty i, nazwijmy to, aksjomaty. Ja też pewnie mam. Im więcej o nich wiem, tym lepiej, tym bardziej jestem w stanie uargumentować swoje stanowisko i tym trudniej złapać mnie w pułapkę moich własnych poglądów. Zostawimy więc teraz libertarian w spokoju, zresztą mnie też zostawimy w spokoju.

Istnieją ludzie, nawet sam takich znam, którzy niejako w kontrze poglądom kiedyś przez siebie wyznawanym, są w stanie popierać wszystko, co jest im przeciwne. I tak na przykład niektórzy ludzie są w stanie popierać Exxon w walce z walką ze zmianami klimatu, niektórzy ludzie są w stanie popierać PO przeciw PiSowi, niektórzy wybielają holokaust, bo już o tych Żydach (żydach?) to słuchać nie mogą. A niektórzy wybielają komunizm, ten komunizm, który znamy, nie ten z postulatów XIX-wiecznych. Część prominentnych postaci Ameryki umniejszało zbrodnie pierwszych lat reżimu komunistycznego i to pomimo wiedzy, jaką mogli zdobyć na ten temat na miejscu. Sam na przykład darzę pewnym nie do końca zracjonalizowanym sentymentem rewolucję francuską.

W każdym bądź razie, i to jest jednym z celów niniejszej notki, chciałbym zasygnalizować pewną ułudę, związaną z wybielaniem rewolucji październikowej. Oto bowiem Grenard, konsul generalny Francji w Moskwie czasów rewolucyjnych odnotował, że owa rewolucja była w istocie w urzędniczy sposób przeprowadzonym i zresztą niezbyt krwawym (sześciu zabitych, prawdopodobnie przypadkowo) zamachem stanu (B. Saint-Sernin, Rozum w XX wieku, Gdańsk 2001, s. 234). Politologicznie, różnica między zamachem stanu a rewolucją ma się następująco: w rewolucji piramida władzy zostaje wywrócona do góry nogami (władza wpada w ręce ludu rewolucyjnego, a dotychczasowe elity władzy zostają zdetronizowane), w przypadku zamachu stanu tymczasem mamy do czynienia z przetasowaniem w obrębie samych władczych elit. W kogo - zapytuje Saint-Sernin -
wymierzony był ten zamach stanu? Nie w burżuazję, czy arystokrację (do której zresztą należał Lenin, tak jak Dzierżyński, polski książę, założyciel Cze-Ka), lecz w system socjalistyczny, wywodzący się z rewolucji lutowej,a także w wybranych przez lud reprezentantów zebranych w Zgromadzeniu. Jakimi "wrogami klasowymi" zapełniły się więzienia? Głównie socjalistami. "Zgodnie ze spisem sporządzonym 27 lutego 1921 roku w celach więzienia specjalnego Cze-Ka w Moskwie jedynie 4 spośród 105 zatrzymanych nie było socjalistami. W apelu partii socjalistyczno-rewolucyjnej skierowanym 6 maja 1921 roku czytamy: >Tysiące socjalistów i anarchistów zostało zatrzymanych i zamkniętych w więzieniach i obozach koncentracyjnych z tego tylko powodu, że są socjalistami i anarchistami, że nie chcą posłusznie kroczyć za wodzem partii komunistycznej, że zbrodniczej polityce, szkodliwej dla rewolucji, przeciwstawiają własną politykę, własne metody umacniania i rozwijania rewolucji<" (tamże).
Z szacunku do samego siebie, powinniśmy więc dokładnie poznać co i dlaczego popieramy. Żeby nie skończyć, jak ten nieszczęsny Rothbard. Jeśli jednak rzeczywiście filozofia służy nam za podstawę praktyki, pytanie, jakie nasuwa się wobec dziedzictwa XX wieku, pytanie, na które wielu już próbowało odpowiedzieć, a ja je tylko zadam, owo pytanie, a w zasadzie dwa pytania, brzmią:
1. Co nam filozofia może jeszcze powiedzieć?, a wręcz,
2. Czy filozofia, jako uzasadnianie naszych praktyk, jest jeszcze możliwa?

27 komentarze:

smootnyclown pisze...

musicie mi wybaczyć, że mi się tekst rozjechał, ale pisałem go przez jakiś miesiąc i wersja finalna jest zupełnie inna, niż początkowa...

Artur M. Nicpoń pisze...

Wyrobiłeś się już fest, Smootny.
Gratki i Wesołych!

smootnyclown pisze...

i spokojnych:)

Anonimowy pisze...

"przyjęcie, że skutki rynkowych interakcji są sprawiedliwe, oparte jest na milczącym założeniu, że podział początkowy jest sprawiedliwy."

Ale czyja to jest opinia? Jak dla mnie nie jest reprezentatywna dla libertarianizmu.

smootnyclown pisze...

nie rozumiem pytania. Tzn. nie wiem o co ci chodzi. Bo ja rzecz widzę tak: lbertarianin twierdzi, że REdystrybucja bogactwa, dochodu, władzy i czego tam jeszcze jest niesprawiedliwa. REdystrybucja. Zdaniem libertarianina, tak to widzę i tej tezy jestem skłonny bronić, dystrybucja naturalna jest sprawiedliwa (bo jak nie ja, to kto ma pieć prawo do MOICH przymiotów?, by wspomnieć znany tok argumentacji Rothbarda). Tymczasem nie jest, co mi akurat uświadomił Rawls i Sandel.

FatBantha pisze...

A w jaki sposób ci dwaj panowie zdołali Cię przekonać, żebyś sprawiedliwością nazywał coś innego niż dystrybucję naturalną? Bo ja też ich czytałem, zwłaszcza tego pierweszego, bo drugiego to dosyć słabo pamiętam, i mnie nie zdołali.

smootnyclown pisze...

czytanie ze zrozumieniem się kłania:)
Chodzi mi tylko o to, że naturalna dystrybucja dochodów może być uznana za sprawiedliwą pod warunkiem, że sytuacja startowa była sprawiedliwa. Jak pisałem w komentarzu pod poprzednim bodaj postem, jeśli uczestniczysz w biegu na sto metrów, to sprawiedliwy bieg jest wtedy, kiedy wszyscy startujecie z jednej linii startowej (w uproszczeniu). Albo jeśli biegniesz na 110 p/p, to nie byłoby sprawiedliwym, gdyby rywal nie miał płotków, nie? Jeśli rywal nie ma płotków, lub startuje z linii 10 metrów przed twoją, to nie nazwiesz biegu sprawiedliwym.

Odnosząc to teraz do naturalnej dystrybucji i sytuacji, nazwijmy ją, początkowej, naturalna dystrybucja jest sprawiedliwa, jeśli sytuacja początkowa jest sprawiedliwa. I mi w gruncie rzeczy chodzi tylko o to, że sytuacja początkowa sprawiedliwa nie jest. Jest tylko arbitralna, a to przecież nie jest to samo.

Anonimowy pisze...

Nie wiem dla jakiego libertarianizmu - bo nie dla tego, z którym sympatyzuję - skutkom jakichś interakcji można przypisać wartość 'sprawiedliwy' bądź 'niesprawiedliwy'. Liczą się tu tylko działania, które w jego świetle mogą być legalne bądź nie. Może coś mi umknęło, ale nie znam za bardzo libertariańskich autorów, którzy uznają, że "skutki" rynkowych interakcji (czymkolwiek by one nie były) są sprawiedliwe,
jedynie wówczas, gdy "podział początkowy" jest sprawiedliwy; tzn. - nawiązując do 4. komentarza - nie wiem kto przyjmuje takie założenie.

Przyznam, że w ogóle trudno mi argumentować i kwestię naświetlić po libertariańsku, bo takie kategorie jak "sprawiedliwe skutki" lub "sprawiedliwa sytuacja początkowa" w ogóle nie są przedmiotem dyskusji w libertarianizmie. I rozumiem - a przynajmniej takie odnoszę wrażenie - co masz na myśli pisząc o "sprawiedliwej sytuacji wyjściowej", więc nie musisz rozwijać wątku.
-fender

Anonimowy pisze...

Dobra, teraz doczytałem. Chodzi mi w skrócie o to, że w libertarianizmie wcale nie "wymagane jest [nawet po cichu, bo i po co?] założenie odnośnie "sytuacji wyjściowej".

smootnyclown pisze...

fender,
niestety, ale mi się wydaje, że takie założenie nie dość, że jest wymagane, to jest w mocy. Problemem jest skala. Otóż w skali mikro libertarianin przyjmuje takie założenie, że tak powiem, eksplicytnie, tj. jawnie i bez problemów, o tyle w skali makro zdaje się je kompletnie zlewać.

Przykład. Sprzedać możesz tylko to, co legalnie należy do ciebie, tj. kupiłeś to, zrobiłeś z poszanowaniem aksjomatów, dostałeś, znalazłeś z poszanowaniem aksjomatów, etc. I jest to dla libertarianina sprawiedliwe i oczywiste. Jeśli jednak komuś ten wihajster ukradłeś, no, tutaj sprawa się komplikuje, ponieważ nie jesteś właścicielem, a jedynie posiadaczem, dodatkowo nieprawomocnym.

Innymi słowy: jeśli w jakimś mistycznym momencie początku posiadania danego wihajstra zasłużyłeś na owo posiadanie (możemy powiedzieć właśnie o zasłudze, a może nawet o godności: jesteś godzien posiadania), wszystko co z nim zrobisz, z poszanowaniem aksjomatów oczywiście, będzie sprawiedliwe.

Inaczej rzecz się ma, jeśli właśnie nie zdobyłeś wihajstra w sposób prawomocny. Wtedy bynajmniej nie możesz uczynić z wihajstrem wszystkiego, na co masz ochotę (oczywiście w granicach aksjomatycznych:). Wtedy w ogóle nie możesz nic zrobić, jak tylko oddać temu, go na niego zasługuje.

Wszystko właśnie rozbija się o start. O ile jednak w skali jedno, dwuosobowej rzecz jest prosta i gładka, o tyle w przypadku większej społeczności trochę trudna do ogarnięcia. Stąd m.in. rozbieżności między ekonomią Robinsona i całej wyspy:))

A teraz jeszcze jedna sprawa, która nam tu wyszła przy okazji. Otóż sprawiedliwie posiadać przedmiot, znaczy tyle, co zasługiwać nań. Dostając wypłatę masz świadomość, że na nią zasłużyłeś, bo pracowałeś jak wół przez miesiąc (i tak dalej).

Problem w tym, że przymioty, które posiadasz (np. wzrost, tężyzna fizyczna, ale również pozycja społeczna, wykształcenie) nie są do końca zasłużone. Gdzieś tam, na końcu, jak pisze Nozick, mamy do czynienia z racjami w ogóle niezasłużonymi. Stąd też moja teza, że przymioty, którymi jesteśmy obdarzeni nie są rozdzielone sprawiedliwie. Co bynajmniej nie znaczy, że niesprawiedliwie. Sprawiedliwość się nie stosuje w takim kontekście. To jest po prostu arbitralne. A wydaje mi się, że opierać sprawiedliwości na arbitralności nie powinniśmy. A przynajmniej libertarianie nie powinni:)

FatBantha pisze...

"Chodzi mi tylko o to, że naturalna dystrybucja dochodów może być uznana za sprawiedliwą pod warunkiem, że sytuacja startowa była sprawiedliwa."


No i to jest ta bzdura, bo ja tego nie kupuję. Od razu możemy sobie powiedzieć papa jakiejkolwiek koncepcji sprawiedliwości, opierającej się na jakichkolwiek pozycjach startowych. Bo gdzie one są? Jak je wyznaczyć?

Rawls jest jeszcze bardziej żenujący niż jacykolwiek wyznawcy prawa naturalnego, bo u niego oprócz wiary w jednorożce, te jednorożce muszą być w dodatku niewidzialne.

To znaczy, u niego nie dość, że mamy do czynienia z czymś zupełnie niemożliwym do uchwycenia, ma to być w dodatku konstruowane przez nas.

"Odnosząc to teraz do naturalnej dystrybucji i sytuacji, nazwijmy ją, początkowej, naturalna dystrybucja jest sprawiedliwa, jeśli sytuacja początkowa jest sprawiedliwa. I mi w gruncie rzeczy chodzi tylko o to, że sytuacja początkowa sprawiedliwa nie jest. Jest tylko arbitralna, a to przecież nie jest to samo."

Ale to bzdura właśnie. Wytyczenie pozycji startowej nie będzie arbitralne? Trzeba będzie skonstruować pozycję startową.

I cała ta ściema o zasłonie niewiedzy jest właśnie czymś takim.

smootnyclown pisze...

nie mówimy o zasłonie niewiedzy, bo my tu o Rawlsie nie rozmawiamy (przynajmniej ja). Rawls został przywołany tylko dlatego, że u niego się ten argument pojawia.

Dla mnie sytuacja początkowa to choćby i narodziny. Jako nowo narodzony zostajesz obdarzony pewnymi przymiotami, które zostaną albo rozwinięte, albo zapomniane. W każdym bądź razie nie zostały przez ciebie zasłużone. po prostu je masz. jak choćby zielone oczy, albo 6 palców u ręki.

FatBantha pisze...

Ale czyje narodziny są pozycją startową dla wszystkich? A skoro nie ma takich, tylko każdy ma własną pozycję startową, która nijak nie jest zsynchronizowana z innymi, jak chcesz to rozpatrywać globalnie i porównywać to do startu na bieżni i patrzeć czy ktoś nie odstaje i nie ma przewagi?

Dla mnie pozycją startową może być na przykład Wielki Wybuch, i co? I wszystko jest sprawiedliwie albo raczej nie-niesprawieliwie i przez to i dystrybucja naturalna jest ze sprawiedliwością kompatybilna.

FatBantha pisze...

Zresztą popatrz tak, skoro pozycją startową nie jest określony moment, jakaś gruba krecha, a pewien określony potencjał cech, które się *powinno* posiadać, to taka koncepcja sprawiedliwości jest zupełnie niepraktyczna, bo najpierw trzeba byłoby wszystkich wyrównać w zarodku, żeby na starcie byli jednakowi, żeby na mecie można było określić uczciwie ich wyniki.

Czyli najpierw arbitralnie trzeba byłoby określić, jacy wszyscy powinni być.

Anonimowy pisze...

smootny,
żeby nie brnąć w wątki poboczne i ten cały crap o zasługach aside: ja swoje, a Ty swoje. W swym przydługim komentarzu, który do mnie skierowałeś nie zaadresowałeś w ogóle poczynionego przeze mnie rozróżnienia na działania i skutki/sytuacje, czy inne mętne kategorie, którymi libertarianizm się nie zajmuje.

Z nielegalności posiadania przez kogoś wihajstra nie wydaje się wynikać "niesprawiedliwość" ogółu interakcji rynkowych, a co najwyżej niesprawiedliwy jest "podział początkowy", ale to już inna sprawa; podobnie jak jedynie techniczną kwestią pozostaje zawiłość rozmaitych relacji (nie)legalnych, z którą mamy do czynienia na całej wyspie, np. w dzisiejszym kapitalizmie i, z którą chcielibyśmy sobie poradzić przechodząc płynnie do libertariańskiej utopii, co (w moim mniemaniu) nie wymaga żadnego egalitarystycznego resetu tytułów własności.

Tak więc, podsumowując: bez wdawania się w rozstrzyganie zasadności zasług, a skupiając się jedynie na legalności tytułów, możemy uznać, że interakcje rynkowe są sprawiedliwe, nawet gdy nie przyjmiemy założenia, że sytuacja startowa jest sprawiedliwa.
-fender

smootnyclown pisze...

Fat,
Zgadzam się, że nie ma jednej sytuacji startowej dla wszystkich, nie mam co do tego wątpliwości. Jeśli jednak rozpatrywać za "sytuację wyjściową" jednostkowe narodziny (gdzie każdy "ma" ową sytuację w swojej historii) to już choćby w obrębie danej wspólnoty (kto mówił, że globalnie) jesteśmy w stanie porównać położenie tychże osób. Jeśli się ktoś urodził bez ręki, albo ślepy, albo zielonooki (znany eksperyment psychologiczny z lat bodaj 60.). Albo urodzony w "dysfunkcyjnej" rodzinie. Chodzi o to, że, jak mówi przysłowie, rodziny się nie wybiera. To jest, że powiem bezczelnie, kwestia szczęścia i pecha. Ani szczęścia, ani pecha nie rozpatrujesz w kategoriach sprawiedliwości.

I teraz kwestia jest taka: albo olewasz sprawę, mówisz "shit happens" i uznajesz, że wszystko co z tego wyjdzie będzie sprawiedliwe, albo mówisz "hm.. może dałoby się to jakoś naprawić?". Pomijając bardziej konkretne detale, dla mnie rozwiązanie pierwsze nie ma zbyt wiele wspólnego ze sprawiedliwością.

Mało tego, uważam, że mówienie w pierwszym kontekście o sprawiedliwości jest nadużyciem choćby z tego względu, że libertarianie rozpatrują sprawiedliwość, jako zasługę. Sygnalizowałem to w odpowiedzi Fenderowi, na wszelkie wypadek rozwinę. Jeśli kupujesz od kogoś krzesło, to na nie zasługujesz, zapłaciłeś za nie, więc sprawiedliwym jest, że jest twoje. Jeśli jednak ktoś ci to krzesło ukradnie, twierdzisz, że ono jest twoje, bo za nie zapłaciłeś. Ktoś, kto je ukradł nie zasługuje na nie, bo zwyczajnie ani go nie dostał, ani nie kupił, tylko podprowadził.

Ale odnośnie przymiotów początkowych nie możemy stosować wyróżnika sprawiedliwości właśnie dlatego, że mamy tutaj racje nie tyle zasłużone, co otrzymane bezzwrotnie. Jesteśmy, by ująć rzecz Sartre'm, wrzuceni w sytuację.

I jeszcze drobna uwaga odnośnie kwestii "pewien określony potencjał cech, które się *powinno* posiadać, to taka koncepcja sprawiedliwości jest zupełnie niepraktyczna".

Otóż to nie jest tak, że się "powinno" posiadać, bo to leży niejako poza racjonalnym i dobrowolnym wyborem danej jednostki. Te cechy, które są społecznie nobilitowane i degradowane ustalają się przez społeczne praktyki, a następnie przyswajane i kultywowane przez proces socjalizacji. Wracając do eksperymentu z zielonookimi. A, sorry, to były niebieskie:))

Otóż pani psycholog, pracując w szkole w ramach eksperymentu postanowiła uzmysłowić dzieciom najnowsze odkrycia naukowe. Dzieciom brązowookim kazała wiązać pod szyją materiałowe chusty, żeby się wyróżniały. Dzieci niebieskookie chodziły bez chust. Następnie powiedziała dzieciom, że z badań wynika, że dzieci niebieskookie są lepsze, mądrzejsze i "czystsze" od innych. Szybko doszło do przypadków prześladowania brązowookich dzieci, zaczęły też one osiągać gorsze wyniki w nauce.

Tak więc to nie jest do końca tak, że my jesteśmy w stanie sami wybrać, które cechy nobilitować, a które nie. To nie są problemy jednostkowe, stąd też wnoszę, że "strategia" libertariańska zawodzi.

smootnyclown pisze...

fender,
wybacz, ale właśnie mam wrażenie, że niemal cały komentarz zajęło mi tłumaczenie, dlaczego legalność przyczyny/skutku jest w teorii libertariańskiej brane pod uwagę dosyć poważnie. Jeśli sprzedaż coś, co wcześniej ukradłeś, to nikogo już nie obchodzi, czy dalej się wszystko potoczyło legalnie. Nielegalny był punkt wyjścia, w związku z czym cofamy się do niego. Problem w tym, że u libertarian jest to przyjmowane implicite, a najprawdopodobniej nawet nieświadomie. Tzn. nieświadomie w kontekście określonej wspólnoty, nie przypadków jednostkowych.

Zresztą nie mówię tu o rzeczach typowo nielegalnych, co niesprawiedliwych, a więc niezasłużonych. Jak wspomniałem w komentarzu wyżej, chodzi mi o to, że ten poziom startowy nie jest sprawiedliwy, bo nie jest zasłużony: on po prostu jest i od nas zależy, czy go zlewamy i jedziemy dalej, czy próbujemy coś z tym zrobić.

FatBantha pisze...

" Jeśli się ktoś urodził bez ręki, albo ślepy, albo zielonooki (znany eksperyment psychologiczny z lat bodaj 60.). Albo urodzony w "dysfunkcyjnej" rodzinie. Chodzi o to, że, jak mówi przysłowie, rodziny się nie wybiera. To jest, że powiem bezczelnie, kwestia szczęścia i pecha. Ani szczęścia, ani pecha nie rozpatrujesz w kategoriach sprawiedliwości."

Ale w tym właśnie sęk, że nie masz żadnego prawa którejkolwiek z tych cech traktować jako przewagi czy jej braku (szczęście lub pech). To znaczy prywatnie możesz sobie wartościować, że bycie ślepym, zielonookim albo urodzonym w dysfukncyjnej rodzinie jest czymś gorszym od dostępnej alternatywy, ale to tylko twoje zdanie. Może się przecież zdarzyć, że właśnie te cechy stanowiące dla Ciebie trudności, ograniczenia i niedobory staną się czynnikiem, który zadecyduje o czyimś sukcesie na jakimś polu, który nie nastąpiłby gdyby ich zabrakło. Bo ślepy, może okazać się zajebistym muzykiem, którym by nie był, gdyby dysponował wszystkimi zmysłami, bo nie spróbowałby zająć się graniem, stawiając na malowanie przykładowo i realizując się jako mierny pejzażysta. Bo ktoś z dysfunkcyjnej rodziny mógłby nie mieć motywacji wyrwać się z bagna i wyrobić sobie charakteru, gdyby przyszedł na świat w rodzinie, która otoczyłaby nad nim opiekę i jego los mógłby się potoczyć zupełnie inaczej, tj. niesamodzielnością i upadkiem na dno.

Lepiej jest więc olać sprawę i powiedzieć "shit happens" (shit wcale musi być takie gówniane, jak się nam to wydawało, wręcz przeciwnie, może być dla kogoś błogosławieństwem), niż "naprawiać" komuś życie, wedle jakiejś swojej koncepcji tego, jak powinno wyglądać niepopsute. Wara od ludzi z takimi zamordystycznymi normami!


"Otóż to nie jest tak, że się "powinno" posiadać, bo to leży niejako poza racjonalnym i dobrowolnym wyborem danej jednostki. Te cechy, które są społecznie nobilitowane i degradowane ustalają się przez społeczne praktyki, a następnie przyswajane i kultywowane przez proces socjalizacji. Wracając do eksperymentu z zielonookimi. A, sorry, to były niebieskie:))"

Smootny, przestań pitolić - napisałeś o "naprawianiu" i rekompensowaniu komuś w jakiś sposób jego braków? Napisałeś. Czyli istnieje jakiś wykoncypowany przez Ciebie wzorcowy stan życia człowieka, który poprawek nie wymaga. I o to mi chodziło, bo wedle tego wzorca orientować się będzie później redystrybucja (kasy, szans, whatever). Kto będzie ponad niego będzie zmuszony łożyć na tych poniżej jego. A to czy ten wzorzec będzie odkrywał Platon czy konstruowało społeczeństwo, to co za różnica? To jest właśnie ten odpowiednik punktów za pochodzenie.

Niekoniecznie cechy nobilitowane społecznie przyniosą sukces jednostkom, które mogłyby go odnieść, gdyby dysponowały tymi akurat społecznie nienobilitowanymi. Społeczeństwo gówno wie, a ma gmerać przy normach, obowiązujących jednostki, niezła kpina. Taka sprawiedliwość śmierdzi buldożerem niweczącym różnorodność.

Przykład pani psycholog, która w szkole wciska kit (czyt. ustala normę pożądanej społecznie cechy), to właśnie świetna nauka, tego jak szkodliwa jest taka koncepcja sprawiedliwości. Dalej dzieci z gorszymi oczami powinny ustawić się w kolejce do tych z lepszymi, po odszkodowanie, w takiej czy innej formie.

smootnyclown pisze...

Fat,
Odnoszę wrażenie, że źle stawiasz ten problem. To nie jest dychotomia: albo Twoje, albo moje. To mnie zresztą zawsze strasznie u libertarian wkurwiało, że widzą świat czarno-biały. A obawiam się, że to nie do końca tak działa.

"Ale w tym właśnie sęk, że nie masz żadnego prawa którejkolwiek z tych cech traktować jako przewagi czy jej braku (szczęście lub pech). To znaczy prywatnie możesz sobie wartościować, że bycie ślepym, zielonookim albo urodzonym w dysfukncyjnej rodzinie jest czymś gorszym od dostępnej alternatywy, ale to tylko twoje zdanie. Może się przecież zdarzyć, że właśnie te cechy stanowiące dla Ciebie trudności, ograniczenia i niedobory staną się czynnikiem, który zadecyduje o czyimś sukcesie na jakimś polu, który nie nastąpiłby gdyby ich zabrakło. Bo ślepy, może okazać się zajebistym muzykiem, którym by nie był, gdyby dysponował wszystkimi zmysłami, bo nie spróbowałby zająć się graniem, stawiając na malowanie przykładowo i realizując się jako mierny pejzażysta."

Owszem, mam takie prawo. Mało tego, uważam, że Ty masz prawo do zupełnie przeciwnego poglądu. Przecież tak właśnie jest. Moje stanowisko jest, jak mniemam, do obrony choćby przez wielość statystyk, którymi libertarianizm gardzi (ale przecież libertarianizm gardzi wszystkim, co się z nim nie zgadza). Weźmy kategorię imigrantów, Polaków na Wyspach, Żydów w Niemczech, Romów w Polsce. Ja po prostu uważam, że w tych wszystkich sytuacjach (które przecież w chuj się różnią, nie da się porównać sytuacji Polaków na Wyspach do Żydów w Niemczech) zostawienie sprawy i zlanie tematu nie jest najlepszym rozwiązaniem. Tj. uważam, że można wymyślić jakieś lepsze rozwiązania.

Choć pewnie libertarianin znowu będzie krzyczał, że mordują jego wolność.

"Bo ktoś z dysfunkcyjnej rodziny mógłby nie mieć motywacji wyrwać się z bagna i wyrobić sobie charakteru, gdyby przyszedł na świat w rodzinie, która otoczyłaby nad nim opiekę i jego los mógłby się potoczyć zupełnie inaczej, tj. niesamodzielnością i upadkiem na dno."

Przestań bujać w obłokach. Poza wydumanymi teoriami mamy świat, który akurat funcjonuje trochę inaczej. Nie twierdzę, że są osoby z, nazwijmy to, rodzin dysfunkcyjnych, które osobistym zaparciem, motywacją i chuj wie czym jeszcze wyrywają się i są w stanie żyć bez ciążącego piętna. Ale to są wyjątki, nie reguły. Ale tutaj znowu wchodzimi w różne statystyki, o których przecież trzeba milczeć.

smootnyclown pisze...

"Lepiej jest więc olać sprawę i powiedzieć "shit happens" (shit wcale musi być takie gówniane, jak się nam to wydawało, wręcz przeciwnie, może być dla kogoś błogosławieństwem), niż "naprawiać" komuś życie, wedle jakiejś swojej koncepcji tego, jak powinno wyglądać niepopsute. Wara od ludzi z takimi zamordystycznymi normami!"

Od końca: uuuu, zło, szatan, komuch! Ratujcie swe dziatki, oto idzie socjalistyczna zaraza!
A w kwestii podstawowej, kolejny problem z libertarianizmem jest taki, że kompletnie zlewa całą otoczkę wspólnotową. Ja rozumiem, że wszystko, co ma w nazwie "wspólne" kojarzy się wam z zamordyzmem, ale ja się akurat na taki słownik nie zgadzam. I stąd też nie zgadzam się na zwrot "...jakiejś swojej koncepcji...". Bo to nie jest ani jakaś, ani moja koncepcja.

"Smootny, przestań pitolić - napisałeś o "naprawianiu" i rekompensowaniu komuś w jakiś sposób jego braków? Napisałeś. Czyli istnieje jakiś wykoncypowany przez Ciebie wzorcowy stan życia człowieka, który poprawek nie wymaga. "

I za tym co napisałem powyżej właśnie idzie to, że mijasz się z prawdą w takim stwierdzeniu. Bo
1. świat nie jest czarno-biały
2. to nie jest mój wzorcowy stan.
Naprawdę nie wiem, jak mam Ci to jaśniej napisać. Mam wrażenie, że ujmujesz rzecz na zasadzie: albo to olejemy, albo będziemy się topić w odgórnych regulacjach, mających naprawić nie_wiadomo_jakie_zło. Tymczasem między jednym a drugim możemy znaleźć z kopę różnych rozwiązań. Tylko problem masz z tym, że ja nie precyzuję żadnego.

Więc jeśli dalej masz trzymać się tej popapranej libertariańskiej, nazwijmy to, logiki, to proponuję zakończyć temat. Już dość mi się nie podoba, że wątek maksykurwamalnie poboczny zajął tyle czasu.

kawador pisze...

@smootny

Witam, to mój pierwszy post na tym (post)lewackim, anarchokomunistycznym blogu - czytam go regularnie jakby co, gdyż świat nie jest czarno biały i warto znać odcienie szarości :)

Zainteresował mnie fragment z panią psycholog:

"pani psycholog, pracując w szkole w ramach eksperymentu postanowiła uzmysłowić dzieciom najnowsze odkrycia naukowe. Dzieciom brązowookim kazała wiązać pod szyją materiałowe chusty, żeby się wyróżniały. Dzieci niebieskookie chodziły bez chust. "

Czemu kazała zawiązać dzieciom chusty? Czyżby chciała sprokurować konflikt, który potem będzie mogła "naprawić", prosząc o "dodatkowe" środki?

Ten eksperyment to był element programu nauczania, narzucony przez jakieś ministerstwo?

"Szybko doszło do przypadków prześladowania brązowookich dzieci, zaczęły też one osiągać gorsze wyniki w nauce."

Czyli jednak KONFLIKT stał się FAKTEM.

Jakie dodatkowe środki dostała pani psycholog na "walkę" z tymi prześladowaniami?

Czy minister edukacji też się zaangażował?
W wieczornych wiadomościach była mowa o "nowej fali prześladowań"?

Działacze okołopartyjni nawoływali do podjęcia "szybkich i zdecydowanych" działań, mających przeciwdziałać skutkom dyskryminacji dzieci brązowookich?

Czy dzieci niebieskookie nie były przypadkiem rasy aryjskiej?

Media podchwyciły ten wątek?

Czy w konflikt między rasą aryjską a dziećmi brązowookimi zaangażował się Rzecznik ds Równego Statusu?

Czy dzieci niebieskookie nie zostały przypadkiem ochrzczone mianem "fundamentalistów"?

Jak zareagowała "opozycja"? Czy też domagała się "dodatkowych środków"?

FatBantha pisze...

"Fat,
Odnoszę wrażenie, że źle stawiasz ten problem. To nie jest dychotomia: albo Twoje, albo moje. To mnie zresztą zawsze strasznie u libertarian wkurwiało, że widzą świat czarno-biały. A obawiam się, że to nie do końca tak działa"

Nie stawiam źle problemu, po prostu ustosunkowuję się do tego co piszesz. Patrz:

"Naprawdę nie wiem, jak mam Ci to jaśniej napisać. Mam wrażenie, że ujmujesz rzecz na zasadzie: albo to olejemy, albo będziemy się topić w odgórnych regulacjach, mających naprawić nie_wiadomo_jakie_zło. Tymczasem między jednym a drugim możemy znaleźć z kopę różnych rozwiązań. Tylko problem masz z tym, że ja nie precyzuję żadnego."

Skoro żadnego nie precyzujesz, ani tego kogo miałaby obowiązywać w praktyce taka koncepcja sprawiedliwości, ani w jakich sferach byłaby stosowana, to się nie dziw, że ja zakładam bezpiecznie, że każdego i w każdej. A taka perspektywa jest właśnie dość zero-jedynkowa, zwłaszcza dla kogoś, kto sobie nie życzy uczestniczyć we wspólnocie, która poddana jest nieokreślenie wielkiej redystrybucji czegokolwiek.

"Choć pewnie libertarianin znowu będzie krzyczał, że mordują jego wolność."

Z pewnością. Ale nie tylko do nich się to sprowadza. Jest wiele stanowisk broniących przed redystrybutywnym konstruowaniem rzeczywistości. Teraz mi przychodzi na myśl darwinizm społeczny. Taki darwinista nie będzie krzyczał o mordowaniu wolności, a o mordowaniu naturalnej selekcji, które później obróci się przeciwko gatunkowi, chcącemu się jej pozbyć.

Tak więc nie wiem czemu akurat libertarian się tu czepiasz, skoro front antyredystrybutywny jest znacznie szerszy i jego reprezentantów można znaleźć pewnie na każdym polu: nauki, kultury, religii i w każdym dziale filozofii, od estetyki zaczynając.

FatBantha pisze...

"Przestań bujać w obłokach. Poza wydumanymi teoriami mamy świat, który akurat funcjonuje trochę inaczej. Nie twierdzę, że są osoby z, nazwijmy to, rodzin dysfunkcyjnych, które osobistym zaparciem, motywacją i chuj wie czym jeszcze wyrywają się i są w stanie żyć bez ciążącego piętna. Ale to są wyjątki, nie reguły. Ale tutaj znowu wchodzimi w różne statystyki, o których przecież trzeba milczeć."

Ja nie bujam w obłokach. A teoria kontinuum niekoniecznie jest wielce wydumana. Wiele cech można ująć jako brak przeciwnego im odpowiednika. Ostatnio na yrizonie w modzie było rozwiązywanie testu diagnostycznego na osobowość wedle wskaźnika MBTI (smootny, zrób testa!) - mnie wyszło, że jestem skrajnie introwertyczny. Bo jestem. A to się wiąże z posiadaniem pewnych cech i skłonności oraz brakiem innych. I mogłbym przecież powiedzieć, że moja introwersja jest brakiem ekstrawersji, skupiając się na cechach, których nigdy nie będę posiadał, uznając się za poszkodowanego, że takie karty akurat dostałem. Ale tak samo może powiedzieć o sobie ekstrawertyk, który chciałby dysponować pewnymi przymiotami, którymi dysponują introwertycy.

Co tutaj ma być normą i kto komu ma rekompensować braki? Wszyscy wszystkim? Kto jest bardziej poszkodowany, inwalida, który radzi sobie w życiu, czy ktoś zupełnie zdrowy fizycznie, ale zupełnie bez celu, motywacji do czegokolwiek, etc? Jak to oceniać, a jeśli nie oceniać samemu, czemu godzić się, by społeczeństwo jako takie miało taką władzę?

I podobnie jest z doświadczeniami życiowymi. Ludziom przytrafiają się przyjemne i nieprzyjemne rzeczy. A to czy będą potrafili zrobić z jednych i drugich jakiś pożytek i je wykorzystać na swoją korzyść, to już ich indywidualna sprawa. Ty popierając tę odmianę sprawiedliwości proponujesz ogólnoludzkie żebractwo.


"Od końca: uuuu, zło, szatan, komuch! Ratujcie swe dziatki, oto idzie socjalistyczna zaraza!"

Albo korporacjonistyczna. Albo etatystyczna. Na jednym wózku redystrybucji to wszystko jedzie, tylko gdzie indziej skierowane. Popierasz redystrybucję - znaczy, popierasz którąś z tych rzeczy. Albo wszystkie naraz, tak jak to mamy dziś.


"A w kwestii podstawowej, kolejny problem z libertarianizmem jest taki, że kompletnie zlewa całą otoczkę wspólnotową. Ja rozumiem, że wszystko, co ma w nazwie "wspólne" kojarzy się wam z zamordyzmem"

Ciekawe, k****, dlaczego? I nie, nie sądzę, aby to był kolejny problem z libertarianizmem, bo nie uważam tego w ogóle za problem, tym bardziej że nie zlewa kompletnie i nie całą otoczkę wspólnotowości. Znajduje dla niej miejsce na odpowiednich warunkach po prostu. Nie znam pojęcia wspólnotowości za wszelką cenę.

"Więc jeśli dalej masz trzymać się tej popapranej libertariańskiej, nazwijmy to, logiki, to proponuję zakończyć temat. Już dość mi się nie podoba, że wątek maksykurwamalnie poboczny zajął tyle czasu."

Jak już wspomniałem libertarianizm nie ma monopolu na tę logikę. Może wypowiadałem się jako darwinista społeczny, albo mechanicysta w którego projekcie nie ma miejsca na redystrybucję? Albo organicysta, uznający ją za odmianę nowotworu? Co Ty ciągle tak z tymi libertarianami, nie tylko oni mają powody, do ganienia takich pomysłów. Poza tym ten tekst w stosunku do poprzednich jest słaby i przede wszystkim nudny, więc powinieneś się cieszyć, że ktokolwiek znalazł w nim coś na tyle wartościowego dla siebie, aby chociaż słowo powiedzieć, nawet jeśli uznajesz to za wątek poboczny, a nie rugać ludzi za niedocenienie tego, co dla Ciebie było w nim najistotniejsze.

smootnyclown pisze...

kawador,
tak, dokładnie.

Fat,
Kilka uwag ogólnych. Uważam, że fałszywe jest Twoje przekonanie, dotyczące możliwości uczestnictwa we wspólnocie. Uważam, że we współczesnym świecie istnieją dosyć ograniczone możliwości nieuczestniczenia w różnych wspólnotach. Owszem, charakter tej przynależności jest obecnie inny, niż 200, 100, czy nawet 50 lat temu. Ale zasadniczo zawsze jesteś wplątany w pewne, nierzadko między sobą sprzeczne, wspólnoty. Stąd też nie interesują mnie różne dywagacje na temat indywiduum jako takiego. A odnoszę wrażenie, że właśnie z takiej perspektywy starasz się na to patrzeć.

Odnośnie "frontu antydystrybutywnego" odwołuję się do libertarian, ponieważ:
1. znam trochę teorie libertariańskie
2. sam na początku zadeklarowałeś się jako libertarianin
3. mam jakieś doświadczenie w tym względzie.

Nie piszę o wierze w Boga, bo się na tym nie znam, nie interesuje i zasadniczo mam to gdzieś (w najbliższej przyszłości jednak postaram się coś, mam nadzieję zabawnego, na ten temat napisać). Stąd też nie piszę, że darwinizm jest głupi, bo nie czuję się na tyle mocny, by bronić takiego poglądu przeciwko darwiniście.

Druga sprawa, chyba jeszcze ważniejsza, dotyczy ogólnie redystrybucji. Głupio zrobiłem, dając się wciągnąć w taką dyskusję i powinienem ją zakończyć stwierdzeniem, które postaram się skleić właśnie teraz. Otóż tu w ogóle nie chodzi o dystrybucję i redystrybucję. Chodzi o to, że w świetle dedukcji stanowisko libertariańskie jest dziurawe jak ser. Ja tam się w ogóle nie mieszam w kwestie tego, co z tym zrobić (tzn. z tym, jak jest, nie z teorią libertariańską).

W sprawie testu osobowościowego. napisz do mnie maila (w zakładce o b[l]ogu jest adres), to Ci prześlę moje wyniki.

I jeszcze w kwestii tekstu. Zasadniczo to, że tekst wydaje Ci się nudny, ani mnie ziębi, ani grzeje. To, co chciałem w tekście przekazać, przekazałem. Że niezbyt jasno, jak widać - trudno. Żałuję tego, że kilka osób, o których naprawdę myślałem, pisząc ten tekst zupełnie nie wpadły, że mogą być w jakiś sposób z nim związane. Więc może teraz wyjaśnię jedną rzecz. Otóż w całym tekście clou było takie, że to, co sobą reprezentujemy, nie do końca jest tylko i wyłącznie naszym stanowiskiem. Jest pewną sumą stanowisk, z jakimi się stykamy, jakie wpływają na naszą modę intelektualną. I tak kiedyś w walce z imperializmem Stanów Zjednoczonych rozgrzeszało się Związek Radziecki (cytat z Saint-Sernin'a). Obecnie są pewne dosyć aktywne osoby, które ongiś były libertarianami, czy prokapitalistami, a obecnie niejako w kontrze postanowiły poeksperymentować z nostalgią za innymi ideami. I tutaj rzecz się robi dla mnie naprawdę interesująca (choć przyznaję, że niejasno wyrażona, bowiem ani razu nie pada to nazwisko), bo oto zmarł Kim Ir Sen.

I to nie jest tak, że rugam ludzi, że są głupi i nie ogarniają artyzmu. Po prostu męczy mnie ciągłe gadanie o libertarianizmie. Od czasu do czasu rzeczywiście mam chęć sobie na ten temat podyskutować i wtedy wieszam specjalnie na tę okazję skrojony wpis. Czasami jednak chciałbym pogadać o czymś innym i po prostu martwi mnie to, że jak już się trafi ktoś do pogadania, to nawciąż o jednym i tym samym.

Cokeman pisze...

Jesli o mnie chodzi to siedze w marksiźmie od wiosny. Nie ma zadnej nostalgii.

Odnosnie sytuacji poczatkowej to wole jednak redystrybucje poczatkowa jak chcial Rothbard

http://liberalis.pl/2007/04/02/murray-rothbard-konfiskata-a-zasada-zadomowienia/

smootnyclown pisze...

pierwsza uwaga: oczywiście Kim Dzong Il, nie Kim Ir Sen, dziękuję załodze yrizony za zwrócenie uwagi.

druga uwaga: bez komentarza.

szopeno pisze...

A propo przymiotów które są "dane" to pisałem o tym w komentarzu do poprzedniego pańskiego wpisu :) Tzn. tam wpisałem, że "samoposiadanie" nie jest tak oczywiste, jak się to libertarianom wydaje.

Search

Ładowanie...

Blog Archive

tag? katalog?

Technologia Blogger.