25.2.12

Ślepy traf czy inteligentna ewolucja?

Przyznaję się bez bicia, że tekst poniższy za swoją podstawę ma szkic Tadeusza Soleckiego, Szukając metki producenta. Refleksje nad koncepcją inteligentnego projektu, opublikowany w najnowszym numerze Czasu Fantastyki. Przyznam szczerze, że nie bardzo znam argumentacje zwolenników inteligentnego projektu (Intelligent Design, dalej ID), a znam ją o tyle, o ile przybliżył ją Richard Dawkins. Czyli, można by rzec, raczej słabo. Szkic Tadeusza Soleckiego uważam więc za kapitalny i bardzo mi przydatny. Zainspirowany postanowiłem spisać kilka swoich przemyśleń z nim związanych. Zastrzegam jednak od razu, że więcej w tekście pytań i nierozwiązanych zagadek, niż odpowiedzi. Wynika to przede wszystkim, jak już się rzekło, z mojej słabej znajomości tematu, nie ze strachu przed konsekwencjami wyrazistości.

Zaczyna Solecki od przedstawienia dwóch modeli wyróżniania inteligencji - żeby powiedzieć, że jakiś projekt jest inteligentny, musimy znać, przynajmniej mniej więcej, różnice między inteligencją, a np. przypadkiem. I tak William Dembski, matematyk, powoływał się na wyspecyfikowaną złożoność. Zdaniem Dembskiego, możemy wyróżnić trzy sposoby wyjaśnień obserwowanych zjawisk. Są to przypadek, konieczność i czynnik inteligentny. Przypadek, jak wiemy, występuje wtedy, gdy znajdujemy na ulicy złotówkę. Konieczność, zdaniem Dembskiego, oznacza klasyfikowanie danego zdarzenia, jako pochodną prawa przyrodniczego (jak na przykład spadające na ziemię jabłko, jako odwołanie się do grawitacji). Czynnik inteligentny, który nas tutaj będzie najbardziej interesował, wyróżnia się przede wszystkim złożonością (naprawdę nikłym prawdopodobieństwem zajścia zdarzenia) oraz specyfikacją (wykazywaniem przez dane zdarzenie pewnego określonego wzorca w postaci "znaku inteligentnego"). Owe cechy oznaczają ni mniej, ni więcej, jak to, iż dane zjawisko może być analizowane jako czynnik inteligentny, niosący odpowiednią informację. Innymi słowy, ciąg liter:
fdsafdsfjvcxagfdas fsdkaofdfl saflkdsapf kal
może i jest złożony, ale nie wyczerpuje jeszcze znamion inteligentnego projektu (nie jest wyspecjalizowany). Ciąg zarówno złożony, jak i wyspecjalizowany, może wyglądać np. tak:
Litwo, Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie....
i tak dalej. Jaki ma to związek z ewolucją? Bezpośredni - zdaniem Soleckiego, a jak sądzę - również Dembskiego - idealną strukturą do przetwarzania, ale również kompilowania informacji jest jądro komórkowe. A jak jądro, to i DNA. Jeśli więc kryterium wyróżniania inteligentnego projektu jest specyfikacja i złożoność, DNA nadaje się do tego jak znalazł.

Przeciw takiej teorii można przedstawić wiele argumentów. Jeden z nich odwołuje się do popularnie rozumianej brzytwy Ockhama. Nie mnóżmy niepotrzebnie bytów, mogą mówić ewolucjoniści odrzucający teorię inteligentnego projektu, skoro możemy wyjaśniać ewolucję ślepym trafem, po cóż nam powoływać do życia projektanta, zegarmistrza, czy jak tylko ów byt stwórczy byśmy określili. Problem, który widzą tutaj zwolennicy teorii ewolucji przypadkowej, polega właśnie na owym domniemaniu istnienia projektanta, czy bytu, wprawiającego w ruch. Po co, zdają się mówić, odwoływać się do następnej, niefalsyfikowalnej istoty, odchodząc od nauki, skoro możemy odwoływać się do "czysto przypadkowej" selekcji naturalnej? Ów "czysty przypadek" pozwalam sobie ująć w cudzysłów, ponieważ sądzę, iż teoria ewolucji operuje inną terminologią i inną konotacją. Ewolucja nie działa, jak sądzę, że referuję, na zasadzie przypadku, a raczej na zasadzie przystosowania. Stąd też to nie ślepy traf wpływa na tor naszej drogi ewolucyjnej, a wpływ warunków zastanych. Mówimy więc o ewolucji przystosowawczej.

W tym momencie się zatrzymam i nie będę ciągnął wątku przebiegu ewolucji. Wrócę do niego z, mam nadzieję, innowacyjnym podejściem. Jak napisałem na początku, Solecki przedstawia dwa modele wyróżniania inteligencji. Pierwszy, opisany powyżej sposób Williama Dembskiego i drugi, Michaela Behe, do którego właśnie przejdziemy. Behe wychodzi od spostrzeżenia, iż np. komórki są o wiele rzędów wielkości bardziej skomplikowane, niż to sobie Darwin i jemu współcześni wyobrażali. Zdaniem Behe, tak wysoka złożoność komórki nie mogła rozwinąć się przypadkowo - poszczególne elementy komórki (czy innych, większych organizmów) mogą działać tylko przy "kooperacji" z innymi elementami. Oznacza to, iż istnieje skrajnie niskie prawdopodobieństwo, iż elementy te wyewoluowały przypadkowo. Jak referuje sprawę Solecki, przypadkowa mutacja genetyczna może przyczynić się do rozwoju nowej części, ale nie może przyczynić się do równoległego rozwoju innych licznych części, które muszą działać, by cały system funkcjonował prawidłowo. I dalej: Ludzkie oko jest przydatnym systemem tylko pod warunkiem, że wszystkie jego części są obecne i działają poprawnie w tym samym czasie. Przypadkowo zmutowane przestałoby produktywnie wpływać na przetrwanie gatunku, i dlatego zostałoby wyeliminowane przez proces doboru naturalnego.

Przyznaję szczerze, że mnie, jako osobę nie za bardzo z tematem obeznaną, te argumenty przekonują. A przynajmniej sieją ziarno niepewności. Ok, teraz kilka uwag zasadniczych. Tak rozumiany inteligentny projekt nie kwestionuje ewolucji, jako takiej. Zwraca raczej uwagę, iż ewolucja, rozumiana jako ślepy traf mutujący jest niewystarczająca do analizy historii życia na Ziemi. Druga sprawa, teoria inteligentnego projektu nie zajmuje się bezpośrednio żadnym bogiem. Owszem, można dopatrywać się (ja je przynajmniej widzę) teologicznych, czy przynajmniej metafizycznych, podstaw ewolucji, niemniej jednak jest to niejako efekt uboczny, nie sedno argumentacji. Wielu uczonych, kwestionujących "ślepego zegarmistrza" nie wnika dalej w rozważania nad podstawą ewolucji, zadowalając się stwierdzeniem, iż przypadkowość nie jest zbyt racjonalnym rozwiązaniem. Pozostaje pytanie, czy bardziej racjonalne jest przyjęcie przypadku, czy niezidentyfikowanej inteligencji pierwotnej, w jakiejkolwiek postaci?

Wydaje mi się, że taką właśnie postawę realizuje James Le Fanu, twierdzący, iż darwinistyczna (i neodarwinistyczna) teoria ewolucji niewiele wyjaśnia, jeśli idzie o źródło życia. Le Fanu uważa, iż istnieć musi jakaś niezidentyfikowane jeszcze zjawisko. Le Fanu cały czas pozostaje na gruncie nauki i nie daje się wciągnąć w teologiczne rozważania. Pisze między innymi:
Nie chodzi tu o sugerowanie, że musi istnieć Stwórca, którego wyższa inteligencja przebiła starania bioinżynierów, ale o zwrócenie uwagi na konieczność istnienia jakiegoś potężnego biologicznego zjawiska, nieznanego nauce, które sprawia, że serce, płuca, narządy zmysłowe itd. są tak skonstruowane, że spełniają najwyższe wymogi zautomatyzowanej wydajności. ["Niezwykła istota", s. 157]
Mnie Le Fanu w dużej mierze przekonał i jeszcze pamiętam, jak duże wrażenie na mnie zrobiło pierwsze przeczytanie jego książki. Dawkinsa jednak nie przekonał i Dawkins nie ma zamiaru dyskutować z podobnymi tezami. Dawkins jest zwolennikiem wspominanej już koncepcji ewolucji przystosowawczej. Koncepcji, która, w moim mniemaniu, nie działa.

Co miesiąc wydaję 10 złotych i kupuję "Nową fantastykę" tylko po to, by przeczytać jednostronnicowy felieton Petera Wattsa, autora m.in. "Ślepowidzenia" i Trylogii Ryfterów (po polsku na razie ukazały się dwa tomy). Peter Watts to jeden z tych pisarzy, którzy cholernie interesują się nauką (a on konkretnie biologią i ewolucją). W jednym z tych felietonów zwrócił uwagę, iż na zjawisko ewolucji patrzymy "od dupy strony". Nie jest tak, że organizm mutuje w celu lepszego przystosowania się do zmieniającego się środowiska. Zdaniem Wattsa, a mnie to przekonuje, gdyby tak się sprawy miały, już dawno wszyscy byśmy pozdychali. Przecież ewolucja to nie jest coś, co zachodzi na przełomie kilku, czy kilkunastu lat. Ewolucja jest procesem długofalowym. Organizm, który by próbował mutować po zajściu zmian środowiskowych miał by naprawdę masakrycznie małe szanse "wyrobienia się" z czasem. Stąd, zdaniem Wattsa, ewolucja przebiega odwrotnie: do organizmu najpierw wkrada się przypadkowa mutacja, nie mająca żadnego znaczenia dla przetrwania osobnika. Dopiero za jakiś czas okaże się, czy mutacja taka jest w ogóle potrzebna. Innymi słowy, organizm najpierw mutuje, potem zmieniają się warunki środowiskowe, a dopiero w następnej kolejności okazuje się, czy mutacja organizmowi może pomóc przetrwać nowe warunki, czy mu wręcz przeszkodzi.

Przyznam szczerze, że kręcą mnie oba te poglądy. Peter Watts stara się przywrócić ewolucji właściwy bieg. Pytanie tylko, które stawia m.in. Le Fanu, czy taki bieg jest w ogóle możliwy?

4 komentarze:

Michał Kosakowski pisze...

W jednym z tych felietonów zwrócił uwagę, iż na zjawisko ewolucji patrzymy "od dupy strony". Nie jest tak, że organizm mutuje w celu lepszego przystosowania się do zmieniającego się środowiska.

Ale owo domyślne "my" powinno oznaczać w tym wypadku "my, laicy", bo chyba nikt poważny w biologii nie rozumie ewolucji w ten sposób.

Stąd, zdaniem Wattsa, ewolucja przebiega odwrotnie: do organizmu najpierw wkrada się przypadkowa mutacja, nie mająca żadnego znaczenia dla przetrwania osobnika. Dopiero za jakiś czas okaże się, czy mutacja taka jest w ogóle potrzebna. Innymi słowy, organizm najpierw mutuje, potem zmieniają się warunki środowiskowe, a dopiero w następnej kolejności okazuje się, czy mutacja organizmowi może pomóc przetrwać nowe warunki, czy mu wręcz przeszkodzi.

To stwierdzenie jest znacznie bliższe naukowemu rozumieniu ewolucji, choć wciąż trwają spory w kwestii stopniowość vs skokowość zmian.

Ludzkie oko jest przydatnym systemem tylko pod warunkiem, że wszystkie jego części są obecne i działają poprawnie w tym samym czasie. Przypadkowo zmutowane przestałoby produktywnie wpływać na przetrwanie gatunku, i dlatego zostałoby wyeliminowane przez proces doboru naturalnego.

A to stwierdzenie mija się z kolei z prawdą zupełnie. Na temat ewolucji owego nieszczęsnego oka napisano oceany tekstu, jako, że to chyba najczęstszy "kontrargument" kreacjonistów. Najprościej rzecz ujmując, nawet kilka światłoczułych komórek przysłowiowo zwiększa szanse przetrwania danego osobnika, pozwalając mu unikać przysłowiowego cienia drapieżnika. Także, ze w przyrodzie pełno jest "form przejściowych" obrazujących jak mogła wyglądać ewolucja oka. Internet pełen jest grafik demonstrujących ten proces.

Świetnie opisuje to Dawkins we Wspinaczce na szczyt nieprawdopodobieństwa.

smootnyclown pisze...

Michał,
Ale owo domyślne "my" powinno oznaczać w tym wypadku "my, laicy", bo chyba nikt poważny w biologii nie rozumie ewolucji w ten sposób.

Nie jestem pewien. Raz, że Watts jest jednak z wykształcenia biologiem, dwa, że jego felietony obfitują w odwołania do literatury, czy prasy fachowej, trzy, że (mam wrażenie) u Dawkinsa takie motywy są obecne. Przy czym trzeciego bym się nie upierał, bo Dawkinsa czytałem tylko jedną książkę, więc może po prostu źle rozłożyłem akcenty.

Oko jest z kolei tylko przykładem, równie dobrze moglibyśmy wziąć np. serce:) Ale argument ten opiera się na szerszym argumencie (założeniu), że gdyby tylko jedna część danego narządu nie działała tak, jak działa, to cały narząd byłby o kant dupy. Argument, może i logicznie słaby, niemniej bardzo interesujący:)

Martin Zalewski pisze...

1. Dlaczego w ogóle przyjmuje się, że pomiędzy skokowością a stopniowością zmian musi być 'versus'. Czyż nie mogą one współistnieć?

2. Argument z okiem (czy sercem) też mnie jakoś nie przekonuje, ale nie wiem czy dobrze pojąłem jego sens. Co dokładnie oznaczać ma stwierdzenie o jego przypadkowej mutacji, która jeśliby je uszkodziła, to zostałaby (mutacja) wyeliminowana drogą ewolucji. Mówimy tutaj o mutacji, która zachodzi nagle i u wszystkich przedstawicieli danego gatunku? Jeśli tak, to w takową mutację całkowicie nie wierzę. Jeśli nie, to co począć z osobami, które rodzą się z uszkodzonymi oczami, lub z ludźmi, którzy z różnych powodów stracą wzrok? I co to znaczy, że osoby ze zmutowanym okiem "przestałyby produktywnie wpływać na przetrwanie gatunku"? Czy uszkodzone oko powoduje bezpłodność? Bo wg mnie niewidomi są równie zdolni do prokreacji, jak widzący.

3. Ciekawostka - osoba nawet z tylko połową mózgu może normalnie żyć i w pełni funkcjonować.

4. Pora już późna (prawie wczesna). Niewykluczone więc, że same banialuki powypisywałem. Jeśli tak, to uniżenie proszę o wybaczenie. :)

smootnyclown pisze...

Martin,
a jak sobie wyobrażasz takie współistnienie? (nie pytam złośliwie, tylko z ciekawości).

Co do punktu 3. - oczywiście, mogą. Nawet w przypadku udaru mózgu jest to możliwie, wymaga jednak intensywnych ćwiczeń (mam taki przypadek w rodzinie, więc pozwolę sobie na takie autorytatywne twierdzenia). Niemniej jednak nie jest to norma.

I dalej do punktu trzeciego - Peter Watts właśnie w "Ślepowidzeniu" wprowadza bohatera, któremu w dzieciństwie wycięto połowę mózgu, odpowiadającą za pewne niezbyt "poprawne" funkcjonowanie. Kwestią reszty książki jest, czy taka ingerencja w budowę fizjo- i neurologiczną ma wpływ na "resztę" człowieka. I jak ten wpływ wygląda?

Co do drugiego, to zastanawiałbym się nad przykładem z wyprostowanej postawy. Wiąże się ona z innymi "mutacjami", które musiały ją poprzedzać, m.in. przemieszczeniem i przekształceniem miednicy, stóp, kręgosłupa, środka ciężkości, a nawet kończyn górnych - rąk. I teraz zwolennicy inteligentnego projektu kombinują w ten sposób: te poszczególne etapy od postawy człekokształtnych do postawy wyprostowanej współczesnego człowieka są tak nieprawdopodobne, że aż nieracjonalne jest przyjmowanie, że to przypadek. Lepiej więc założyć, że istnieje pewne biologiczne zjawisko, warunkujące taką, a nie inną podróż ewolucji.

[gram może tutaj advocatus diaboli, proszę więc o wyrozumiałość:]

I kontynuując: jeśliby doszło do przekształcenia i przemieszczenia miednicy, ale reszta procesu ewolucyjnego w kierunku postawy wyprostowanej by nie zaszła, wtedy owa mutacja w okolicach miednicy byłaby utrudnieniem, nie ułatwieniem.

Uważam osobiście, że ów argument jest akurat niepoprawny, zasadza się bowiem na przekonaniu, że gdybyśmy zmienili tylko jeden element, reszta świata pozostałaby bez zmian. Nawiasem mówiąc, takie założenie przyjął też Michio Kaku w swojej "Fizyce przyszłości" (i jest to jeden z powodów, dla których książki nie warto czytać). Ale ten pogląd jest łatwiejszy do wyrażenia, niż próby przemodelowania całego świata pod kątem prawdopodobieństwa takich, a nie innych zjawisk biologicznych.

I na koniec: nie chodzi o to, że osoby z różnymi wrodzonymi, bądź nabytymi, "ubytkami", czy "wadami" są niezdolne do prokreacji. Chodzi o to, że gdyby ich wady genetyczne (ew. nabyte) rozprzestrzeniły się na ogół społeczeństwa, jego szanse przetrwania by malały. Ot choćby "Miasto ślepców" Saramago.

Podziel się

ostatnio napisał

Search

Ładowanie...

Anarchiwm

tag? katalog?

Technologia Blogger.

Bądź na bieżąco!

Niech żyje logika

Jeżeli:
36 cali = 1 jard,
To
9 cali = ¼ jarda.
A zatem
√9 cali = √¼ jarda,
Więc
3 cale = ½ jarda.

źródło: J.A. Paulos, Myślę, więc się śmieję, Warszawa 2011, s. 39