<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863</id><updated>2012-01-29T23:58:20.636+01:00</updated><category term='historia'/><category term='inne'/><category term='komunitaryzm'/><category term='polityka'/><category term='libertarianizm'/><category term='liberalizm'/><category term='ekonomia'/><category term='książki'/><category term='kultura'/><category term='filozofia w żartach'/><category term='film'/><category term='filozofia'/><category term='blog'/><title type='text'>smootnyclown</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>85</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-4594204318897225996</id><published>2012-01-29T10:32:00.000+01:00</published><updated>2012-01-29T10:32:27.781+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kultura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Who the fuck is Thomas Pynchon?</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="background-color: #a6a391; color: #3e3c32; font-family: 'Palatino Linotype', Georgia, 'Times New Roman', Times, serif; font-size: 12px; line-height: 18px;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wiecie, kto to jest Thomas Pynchon? Jasne, pisarz - gdyby nie pisarz, to bym o nim raczej nie wspominał. W przeciwieństwie jednak do wielu pisarzy, którzy są interesujący z powodu rzeczy, które o nich wiemy, z Pynchonem sprawa jest odwrotna - jest interesujący, ponieważ nie wiemy o nim zbyt wiele. No bo co nam z tego, że urodził się w 1937 roku gdzieśtam, studiował fizykę, wstąpił do US Navy i od jakiegoś 1960 roku nie sposób go publicznie wyczaić. Normalnie Yeti Stanów Zjednoczonych. Zdjęcia z Pynchonem w roli głównej pochodzą z lat 50. i od tamtej pory nie wiadomo, jak wygląda - owszem, wiele jest różnych domysłów (m.in. twierdzi się, że Thomas Pynchon i Jerome D. Salinger to jedna osoba, co jest zresztą plotką). Kilka lat temu można było usłyszeć głos Pynchona - w jednym z odcinków Simpsonów podkładał głos samemu sobie, tj. pisarzowi z papierową torbą na głowie. A mimo to, nikt nie pisnął pary z ust i nadal nie wiadomo, jak ten cały Pynchon wygląda.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;a href="" name="more" style="color: #a07603; font-family: 'Palatino Linotype', Georgia, 'Times New Roman', Times, serif; letter-spacing: 1px; text-decoration: underline;"&gt;&lt;/a&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazki/921/d_1411.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; color: #a07603; float: right; font-family: 'Palatino Linotype', Georgia, 'Times New Roman', Times, serif; letter-spacing: 1px; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em; text-align: justify; text-decoration: underline;"&gt;&lt;img border="0" height="400" src="http://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazki/921/d_1411.jpg" style="border-bottom-color: rgb(136, 132, 109); border-bottom-style: solid; border-bottom-width: 1px; border-color: initial; border-left-color: rgb(136, 132, 109); border-left-style: solid; border-left-width: 1px; border-right-color: rgb(136, 132, 109); border-right-style: solid; border-right-width: 1px; border-style: initial; border-top-color: rgb(136, 132, 109); border-top-style: solid; border-top-width: 1px; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em; margin-right: 1em; margin-top: 1em;" width="277" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mniej więcej dwa tygodnie temu ukazała się po polsku najświeższa książka Thomasa Pynchona,&amp;nbsp;&lt;i&gt;Wada ukryta&lt;/i&gt;. Przyznam się Wam na wstępie, że nie czytałem żadnej z wcześniej wydanych książek Pynchona, słyszałem natomiast, że za&amp;nbsp;&lt;i&gt;Tęczę grawitacji&lt;/i&gt;&amp;nbsp;otrzymał nagrodę Pulitzera. Otrzymał zresztą to może zbyt duże słowo, bo jury w ostatniej chwili wstrzymało przyznanie nagrody Pynchonowi, ponieważ stwierdziło, że&lt;i&gt;&amp;nbsp;Tęcza...&lt;/i&gt;&amp;nbsp;jest zbyt obsceniczna i bełkotliwa. Niezależnie od tego, czy rzeczywiście jest, sama sytuacja powoduje, że będę się musiał z&amp;nbsp;&lt;i&gt;Tęczą...&lt;/i&gt;&amp;nbsp;zaprzyjaźnić.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Larry Sportello, dla przyjaciół "Doc" jest prywatnym detektywem. Nie jest to łatwe zajęcie, szczególnie gdy swoją robotę odwala się niemal za darmo, tak się bowiem składa, że nikt Larry'emu nie płaci za wyświadczane usługi. Współcześnie byłby to problem nie do przeskoczenia, ale przecież Larry żyje w Los Angeles lat 70., krainie hippisów, trawki, powrotu z Wietnamu i Ronalda Reagana. Do Larry'ego przychodzi po prośbie była - okazuje się, że związała się z potentatem budowlanym, niejakim Wolfmannem. Problem w tym, że żona i gach tego Wolfmanna coś planują i była Larry'ego, Shasty, trochę się martwi.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote style="background-color: #e1e0da; background-image: url(http://lh3.ggpht.com/-SewDAkpvdtw/TmkxMDARiMI/AAAAAAAABKA/pOaT-fxeK1c/s320/PostQuote.png); background-position: 0% 0%; background-repeat: no-repeat no-repeat; color: #11100e; font-family: 'Palatino Linotype', Georgia, 'Times New Roman', Times, serif; font-style: italic; margin-bottom: 10px; margin-left: 50px; margin-right: 10px; margin-top: 10px; padding-bottom: 5px; padding-left: 32px; padding-right: 5px; padding-top: 5px; text-align: left;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- [Larry - sc] Mam nadzieję, że mnie o to nie pytasz. Żeby nie powtarzać sloganów, ludzie powinni być lojalni wobec każdego, z kim się regularnie pieprzą...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- [Shasty - sc] Dzięki. W poradniku w gazecie pisali mniej więcej to samo. [s. 9]&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;"Doc" nie bierze jednak tego poważnie, aż do momentu, kiedy kilka dni później znika i Shasty, i Wolfmann, a Larry jest jednym z podejrzanych w sprawie zabójstwa bodyguarda Wolfmanna. Sprawa grubymi nićmi szyta i "Doc" w trosce o Shasty, stara się rozwikłać zagadkę zniknięcia Wolfmanna, no a przy okazji odnaleźć Shasty... Co z tego wyniknie? Powiedzmy, że Aryjscy Bracia, FBI, mafia, miejscowa policja i jakąś forma Black Power, a na dodatek tajemnicza organizacja pod nazwą Złoty Kieł, to tylko niektóre z atrakcji.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;To był krótki zarys fabuły z akcentem na pierwsze 50. stron. I teraz powiem Wam tak: książka ma 464 strony i jest, ponoć, jedną z krótszych książek Pynchona. Od tych 464 odejmijcie sobie 50 na rozruch i ostatnie jakieś 130 na zakończenie. Tak, tak, zakończenie zaczyna się mniej więcej na 130 stron do mety, gdzie pomału zaczynają się wyjaśniać wszystkie (?) nagromadzone wątki. Zostaje więc ze 280 stron wartkiej akcji. Jeśli chodzi o styl, to nie można powiedzieć, by był minimalistyczny. Długaśne, wielokrotnie złożone zdania, dygresje, wtrącenia i potrącenia, akapity na całą stronę. A ja nie lubię takich rzeczy. Zdecydowanie bardziej trafia do mnie Chuck Palahniuk, czy Bret Easton Ellis. Ale coś jest w stylu Wady ukrytej, że nie sposób ominąć choćby zdania. Gdyby nie to, że Pynchon to z wykształcenia fizyk, można by powiedzieć, że jest jakaś poezja w jego powieściach. Te zdania są po prostu perfekcyjne.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Dlaczego Pynchon jest tak ubóstwiany? W gruncie rzeczy powody są dwa. Pierwszy dotyczy świata przedstawionego, w którym się po prostu zatapiasz. Wsiąkasz w ten świat, po prostu go czujesz, akceptujesz, jak swój własny. I jeśli nie jesteś zbyt na bieżąco ze współczesną literaturą amerykańską, możesz potraktować&amp;nbsp;&lt;i&gt;Wadę ukrytą&lt;/i&gt;&amp;nbsp;jako zwykłe czytadło. Czytadło niesamowicie wkręcające w fotel. Naprawdę, dawno już nie czytałem książki, która aż tak dobrze jest w stanie przekazać nam obraz świata, która może nas pochłonąć. Bo z Pynchonem jest tak, że to on pochłania nas, a nie my jego. I to jest wow. Jeśli mam być szczery, to pod względem wsiąkania w książkę,&amp;nbsp;&lt;i&gt;Wada ukryta&lt;/i&gt;&amp;nbsp;plasuje się na najwyższej półce, obok&amp;nbsp;&lt;i&gt;Księżycowego parku&lt;/i&gt;&amp;nbsp;i całości Neala Stephensona.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Drugi powód, dla którego możemy uważać Pynchona za pisarza kapitalnego jest jego łatwość do kreowania aluzji. Zbigniew Lewicki w przedmowie do tomu&amp;nbsp;&lt;i&gt;Nowa proza amerykańska. Szkice krytyczne&lt;/i&gt;&amp;nbsp;napisał, głównie w kontekście Pynchona, że współczesna amerykańska literatura (a pisał to niemal 20 lat temu), opiera się głównie na parodii. Nie jest to jednak parodia prześmiewcza, a parodia samoświadoma, wychodząca z przekonania, że wyczerpała już wszelkie dostępne techniki literackie. Zamiast więc na siłę tworzyć oryginalną formę, powinna&amp;nbsp;&lt;i&gt;powtarzać samą siebie, nie udając nawet, że odkrywa nowe wartości&amp;nbsp;&lt;/i&gt;(s. 9). I rzeczywiście, bardziej zorientowany czytelnik, a krytyk literacki w szczególności, odkryje całą masę powiązań, z których Raymond Chandler jest najbanalniejszym. No dobra, prawie najbanalniejszym.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie będę Wam psuł przyjemności z obcowania z Pynchonem. Zamiast tego, na zachętę, podrzucę Wam fragment rozmowy Larry'ego z pewnym policjantem.&lt;/div&gt;&lt;blockquote style="background-color: #e1e0da; background-image: url(http://lh3.ggpht.com/-SewDAkpvdtw/TmkxMDARiMI/AAAAAAAABKA/pOaT-fxeK1c/s320/PostQuote.png); background-position: 0% 0%; background-repeat: no-repeat no-repeat; color: #11100e; font-family: 'Palatino Linotype', Georgia, 'Times New Roman', Times, serif; font-style: italic; margin-bottom: 10px; margin-left: 50px; margin-right: 10px; margin-top: 10px; padding-bottom: 5px; padding-left: 32px; padding-right: 5px; padding-top: 5px; text-align: left;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- To mi wygląda na kolejny przypadek pozornego zmartwychwstania - orzekł [policjant - sc] Wielka Stopa. - Na pierwszy rzut oka nie jest to sprawa dla wydziału zabójstw.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Więc... kto tutaj zajmuje się wskrzeszeniami, człowieku?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Na ogół wydział do spraw oszustw.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Czy to znaczy, że policja Los Angeles oficjalnie uważa, że każdy powrót z zaświatów jest czymś w rodzaju przekrętu?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Nie zawsze. Może to być również przypadek błędnej albo fałszywej identyfikacji.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Ale nie...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Kiedy jesteś martwy, jesteś martwy. Masz ochotę pofilozofować? [s. 179]&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-4594204318897225996?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/4594204318897225996/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2012/01/who-fuck-is-thomas-pynchon.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4594204318897225996'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4594204318897225996'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2012/01/who-fuck-is-thomas-pynchon.html' title='Who the fuck is Thomas Pynchon?'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-6065357100410782754</id><published>2012-01-13T22:46:00.004+01:00</published><updated>2012-01-23T00:27:31.091+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Impresje niedopomyślane</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Kilka dni temu rozmawiałem z &lt;a href="http://mrotchnypontchushzagwady.wordpress.com/" target="_blank"&gt;Jasiem&lt;/a&gt; na &lt;a href="http://yrizona.freeforums.org/index.php" target="_blank"&gt;pewnym forum&lt;/a&gt;. Ślad po tej rozmowie zaginął, postaram się więc tutaj odtworzyć główną linię dyskusji. &amp;nbsp;Cała rzecz dotyczyła jednego &lt;a href="http://yrizona.freeforums.org/post2637.html#p2637" target="_blank"&gt;postu Jasia&lt;/a&gt;, w którym to Jaś stwierdził co następuje:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;blockquote class="tr_bq" style="text-align: justify;"&gt;Bo prywatny jeżyk to najprawdopodobniej to straszna bzdura, za to to, że myślę i czuję, i nie potrafię tego potem opisać, to już nie, to powszechne doświadczenie.&amp;nbsp;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pozwoliłem sobie zachować oryginalną pisownię. Zanim przejdziemy do rzeczy, chciałbym kilka słów wstępu. Otóż to, że rozmowa miała miejsce kilka dni temu bynajmniej nie wpłynął na to, że poniższe wypociny są w jakimś stopniu systematycznie przemyślane. Nie są. Wynika to stąd, że nie mam ostatnio zbyt wiele czasu na rozkminy, a ten czas, co mi pozostał, poświęcam dwóm innym pracom, które równolegle piszę. Obawiam się jednak, że jeśli temat będzie miał czekać na swoją kolej, to się nie doczeka i zginie w mrokach niepamięci. A wydaje mi się, że byłoby szkoda. Pozwolę więc sobie zaburzyć naturalny bieg rzeczy i trochę poimprowizować (tym bardziej, że owe dwa teksty równoległe są dużo bardziej systematyczne i zaawansowane i im nic się nie stanie, jak zostaną odłożone na kilka dni). Stąd tytuł: impresje niedopomyślane. Liczę po prostu, że gdy coś się tutaj wykluje, będziemy w stanie wspólnymi siłami dojść do jakichś bardziej konstruktywnych wniosków.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wracając do stwierdzenia Jasia. Pierwsze, do czego się przyczepiłem to rozróżnienie, jakie Jasio stawia między językiem prywatnym i stanem emocjonalnym. I Jasio uważa, jak sądzę, że nie można zasadnie powiedzieć o osobie trzeciej, iż posługuje się swoim językiem prywatnym, można natomiast, że myśli, czuje i nie potrafi tego wyrazić słowami. Uważałem - i nadal uważam - iż Jasio jest w błędzie, jeśli bowiem nie mamy możliwości dowiedzenia, że osoba trzecia używa swojego prywatnego języka, to równie nie mamy możliwości dowiedzenia, iż myśli, czuje i nie potrafi tego wyrazić słowami. Po prostu obie funkcje odnoszą się do stanów mentalnych (tak, uważam iż język prywatny jest w pewnym sensie stanem mentalnym - trochę pod wpływem Jasia, ale to wyjdzie jakoś w praniu) i obu nie jesteśmy w stanie dowieść. Co nie znaczy, że nie występują w przyrodzie. Bierzemy je po prostu na wiarę i &lt;i&gt;per analogiam&lt;/i&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;To, co chciałem zasygnalizować, jak się okazało, nie było dla Jasia najmniejszym problemem i bynajmniej nie o to mu chodziło. A dlaczego nie jest to dla Jasia problemem? Ano dlatego, że jesteśmy w stanie wyobrazić sobie sytuację, gdy przyjmujemy założenie, iż wszyscy myślą i czują, w końcu tak właśnie robimy. Nie jesteśmy jednak w stanie wyobrazić sobie nikogo, kto posługiwałby się językiem prywatnym. Dlaczego?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Żeby język był językiem prywatnym, musi posiadać kilka cech. Przede wszystkim musi być prywatny, tj. jego rozumieniem może poszczycić się tylko jego twórca/użytkownik, a więc jedna osoba. Sekretny język dwojga kochanków, pojawił się przykład, nie byłby językiem prywatnym, tylko publicznym - bardzo ekskluzywnym (jeśli rzecz ograniczamy do dwóch osób), ale jednak publicznym. Język prywatny jest językiem jednoosobowym. Ponadto, język prywatny by był faktycznie językiem prywatnym musi być niepoznawalny. Jeśli druga osoba zapozna się z owym językiem, a więc jego składnią, jego gramatyką i syntaksą, język przestaje być prywatnym (jest to pogląd, jak sądzę, Jasia, nie jestem do niego faktycznie przekonany). Oznacza to, choć jest to moja hipoteza, że również znaczenia poszczególnych słów musiałyby być inne w naszym (jakimkolwiek) języku publicznym i języku prywatnym.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Język prywatny faktycznie byłby językiem prywatnym, gdyby&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;1) był przynależny jednej osobie (twórcy),&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;2) był nierozpoznawalny,&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;3) był nieprzekładalny i&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;4) niewspółmierny.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeszcze raz, dlaczego? Język prywatny z definicji musi się ograniczać do jednej osoby i być nierozpoznawalny przez innych. Innymi słowy, reguły, rządzące takim językiem nie mogą być na tyle czytelne, by ktokolwiek był w stanie zidentyfikować zalążek jakiegokolwiek języka. Konkluzja, zdaniem Jasia, jest jedna: nie sposób nawet wyobrazić sobie istnienia języka o tak skonstruowanych metazasadach. Skoro tak, to możemy bezpiecznie założyć, iż język prywatny nie istnieje. Nawet bowiem, jeśli istnieje, nie rozróżnimy go wśród szumów. Jeśli bowiem spotkamy się z językiem, którego nie będziemy w stanie rozgryźć, będzie to bełkot; jeśli go rozgryziemy - nie będzie językiem prywatnym.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mam nadzieję, że dobrze sens argumentacji Jasia oddałem. Jeśli nie, liczę na to, że Jasio zechce jeszcze raz się w nią wgłębić i do czegoś uda nam się dojść. A teraz kilka słów moich niedopomyśleń w temacie. Wyraźnie widzimy u Jasia inspiracje Wittgensteinem, włącznie z twierdzeniem, całkiem słusznym, iż język powstaje poprzez kontakty z innymi, poprzez obcowanie ze światem, a zatem z definicji jest już czymś publicznym. Pozwolę sobie jednak heretycko dokonać rozróżnienia na języki ze względu na ich funkcje. Otóż język, jak go potocznie ujmujemy, pełni dwie funkcje: jedną z nich jest komunikacja, drugą - ekspresja.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Język publiczny jest więc, nazwijmy to, komunikatywno-ekspresywny, a raczej: ekspresywny, o ile nie wpływa to negatywnie na jego komunikatywność. Język prywatny byłby przy takim podziale tylko i wyłącznie ekspresywny. Byłby słownikiem autokreacji. Przy takim postawieniu sprawy, myślę, że wysunięty przez Jasia argument jest nieistotny: prywatny język autokreacji może jest dla nas nierozpoznawalny, jednak dla użytkownika jest niezwykle ważną formą wyrażania siebie. Komunikatywność takiego języka jest bez znaczenia. Praktyczny jego rezultat jest z kolei bezcenny.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W rozmowie z Jasiem odleciałem na pewien czas w kosmos. Wyobraźcie sobie, że oto za X lat odkryta zostanie myśląca cywilizacja, posługująca się technologią, której nie znamy i językiem, którego nie rozumiemy (tak, pisałem o całej cywilizacji, nie jednej postaci). W fazie przedimperialistycznej Ziemscy uczeni postanawiają przepadać i poznać ową cywilizację, ale za cholerę nie są w stanie złamać ich języka. Nie mogą doszukać się żadnych prawidłowości, kompletnie nic. Klasyfikują więc ów "język" jako bełkot, a całą cywilizację degradują do niższej cywilizacji, nieposiadającej języka.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wydaje mi się, pomijając już zasadność i argumentację, powinniśmy przyjąć, iż owa cywilizacja język posiada, a niemożność rozgryzienia go wynika z niedoskonałości naszej aparatury badawczej. Stanowisko takie opiera się na moim milczącym założeniu, że powinniśmy działać tak, by innym zadawać jak najmniej cierpienia. Przyjęcie z kolei, iż dana cywilizacja nie posiada zrozumiałego języka, a więc bełkocze, prowadzi do jej degradacji i pociąga za sobą daleko idące polityczne konsekwencje. Innymi słowy, bezpieczniej jest przyjąć, iż nie jesteśmy doskonali. Stanowisko takie można określić, jako pierwszeństwo polityki nad filozofią. A przynajmniej polityki bardzo szeroko rozumianej. Nad filozofią, a więc nad rzetelną metodą argumentacyjną i uzasadniającą. Nie mamy bowiem dowodów, iż owa cywilizacja funkcjonuje w oparciu o systematyczny język. Nie mamy. Ale przyjmujemy to na wiarę, bowiem lepiej czynić dobro, niż zło.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-6065357100410782754?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/6065357100410782754/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2012/01/impresje-niedopomyslane.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6065357100410782754'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6065357100410782754'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2012/01/impresje-niedopomyslane.html' title='Impresje niedopomyślane'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-8650156921065168701</id><published>2012-01-01T16:12:00.000+01:00</published><updated>2012-01-01T16:12:18.830+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='blog'/><title type='text'>Blogowe podsumowanie roku</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ponieważ rok już się skończył, możemy spróbować go od strony blogowej podsumować. Przypomnijmy sobie pokrótce, co sobie i wam obiecywałem z początkiem zeszłego roku. Pierwszym postanowieniem &lt;a href="http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/postanowienia-noworoczne.html" target="_blank"&gt;było&lt;/a&gt; częstsze pisanie na blogu. Co z tego wyszło, możecie przeczytać w kolumnie po prawej stronie: w 2010 roku udało mi się opublikować 47 tekstów, podczas gdy w roku 2011 - tylko 21. Spadek drastyczny i słabo rokujący na przyszłość. Nauczony tym doświadczeniem nie obiecuję, że w tym roku będzie mnie tu więcej. Miast tego mam nadzieję, że będzie ciekawiej. A jak będzie z częstotliwością, to się okaże.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Drugie postanowienie, które było moim postanowieniem blogowym (drugorzędnym choć z czasem stawało się głównym) była blogowa wersja zmagań książkowych. Obiecałem sobie, że przeczytam w roku 55 książek naukowych, bądź też, popularnonaukowych. Wszystko przy założeniu 50 stron dziennie. Podsumowując: w zeszłym roku (+ dzień dzisiejszy, 1 stycznia 2012) przeczytałem 70 książek. Zdaje się, że jest to sporo ponad zakładaną liczbę. Trzeba jednak uczynić zastrzeżenie, dotyczące tematyki. W tych 70 pozycjach znalazło się 19 pozycji beletrystycznych, co oznacza, że książek naukowych przeczytałem 51. Trochę mniej. Zobaczmy jeszcze, jak to wyglądało z ilością stron. Ogółem przeczytałem przez rok i jeden dzień 25881 stron (prawie 26 tysięcy). Daje to średnią 70,7 strony dziennie, a więc więcej, niż zakładałem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Żeby być ścisłym, postanowiłem dokonać rozróżnienia na książki naukowe i nienaukowe. I tak, książki beletrystyczne, które w ciągu roku przeczytałem miały w sumie 7817 stron. Średnia liczba stron książek beletrystycznych, które przeczytałem, wynosi 411. W sumie, czytałem je 76 dni, co daje średnią niemal 103 stron dziennie. Nieźle. Oznacza to, że książki naukowe czytałem przez 290 dni. Przez te 290 dni przeczytałem 18063 strony (18 tysięcy). Dziennie czytałem więc 62 strony. I tak więcej, niż zakładałem. W sumie uważam, że powyższe postanowienie zrealizowałem.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Należy się wam jeszcze drobne wyjaśnienie. Otóż w drugiej połowie roku dużo więcej czytałem beletrystyki (w pierwszym półroczu - tylko dwie takie pozycje). Wynika to z mojej decyzji o założeniu drugiego bloga (w tym momencie po raz pierwszy oficjalnie pojawi się o nim informacja tutaj), na którym zamierzam realizować swoje pasje recenzenckie. Zacząłem się wgłębiać w literaturę science-fiction i efekty tych wgłębień możecie przeczytać na stronach &lt;a href="http://naukowa-fantastyka.blogspot.com/" target="_blank"&gt;naukowej-fantastyki&lt;/a&gt;. Nawiasem mówiąc, oznacza to, że w sumie w tym roku powiesiłem 30 wpisów: 21 na tym blogu + 9 na blogu recenzenckim. I tak jest to jednak dużo niższy rezultat, niżbym sobie życzył.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na koniec drobna prywata. Otóż poza powyższymi, blogowymi, postanowieniami, miałem jeszcze jedno postanowienie, typowo prywatne. W tym momencie chciałbym pochwalić się jego wynikami: przez cały rok, 365 dni w ogóle nie piłem alkoholu. Wiele osób tym zawiodłem, ale tak sobie postanowiłem. I udało się, z czego niezmiernie się cieszę.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na ten rok nie przyjmuję zbyt wielu postanowień. Mam nadzieję, że uda mi się tu gościć trochę częściej i będziemy mieć okazję do niejednej dyskusji. Mam nadzieję, że poprawię swój czytelniczy wynik, ale nie podam konkretnych liczb, zważywszy, że chciałbym oba blogi aktywnie rozwijać. Do zobaczenia bardzo wkrótce. I szykujcie się na Euro, albo koniec świata.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-8650156921065168701?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/8650156921065168701/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2012/01/blogowe-podsumowanie-roku.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8650156921065168701'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8650156921065168701'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2012/01/blogowe-podsumowanie-roku.html' title='Blogowe podsumowanie roku'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-4685327161611038660</id><published>2011-12-25T23:18:00.003+01:00</published><updated>2012-01-23T00:20:47.135+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='historia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Wolność od, albo jakie masz wartości?</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pamiętam wyraźnie, gdy na jednej z pierwszych lekcji biologii w szkole podstawowej nauczycielka powiedziała nam, że nasze przekonania religijne mamy zostawiać za drzwiami, bowiem na jej lekcjach będziemy zajmować się obserwacją, a nie religią. Teraz jestem przekonany, że była ateistką, wtedy kompletnie mnie to nie interesowało. Powiem wam zresztą, że do dziś miło ją wspominam, zaszczepiła mi pasję obserwacji przyrody (która to pasja niestety z wiekiem uleciała...). Równie dobrze pamiętam mojego nauczyciela biologii z liceum, gorliwego katolika i zapalczywego antykomunistę. Zawsze używał zwrotu "Dzięki Bogu" z zachowawczą adnotacją "albo matce naturze". O Freddy'm Mercury mówił, że "dupy nie uszanował" i dlatego zmarł.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Gdy w połowie XX wieku Isaiah Berlin formułował swoje stanowisko w sprawie liberalizmu i wolności, mógł nie spodziewać się, jak wielki wpływ na całą późniejszą filozofię polityki będzie miał. A już z pewnością nie mógł przewidzieć, że jakiś domorosły blogger w Polsce będzie się starał powiązać jego myśl z... no, dojdziemy jeszcze do tego. Tytułem wstępu: Isaiah Berlin wykoncypował sobie, że o wolności możemy mówić w sensie negatywnym (tzw. wolność od, np. ingerencji w postępowanie danego człowieka), bądź pozytywnym (wolność do, np. manifestowania swojej tożsamości). Wolność negatywna, zdaniem Berlina, jest podstawowym założeniem liberalizmu, tej ideologii praw i swobód. Wolność pozytywna może być (choć oczywiście nie musi) wynikiem niebezpiecznego paternalizmu, a więc przekonania, że niektórzy ludzie wiedzą lepiej, co jest dobre dla innych. Wolność od (&lt;i&gt;freedom from&lt;/i&gt;) i wolność do (&lt;i&gt;freedom to&lt;/i&gt;), i jest to już moja impresja, mogą się całkiem zgrabnie komponować w naszej drodze do bardziej liberalnych i bardziej inkluzywnych wspólnot.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Berlin urodził się w Rosji, większość życia spędził w Wielkiej Brytanii. Wspominam o tym, by zwrócić uwagę, że Berlin myślał po angielsku. I bynajmniej nie chodzi mi metaforycznie o przywiązaniu do empiryzmu, lecz prozaicznie o język, jakim się całe życie posługiwał. Korzystając więc z możliwości zgrabnego przełożenia na język polski, chciałbym nawiązać do zasady metodologicznej od Maxa Webera nazywanej z niemiecka&amp;nbsp;&lt;i&gt;Wertfreiheit&lt;/i&gt;, czyli właśnie wolności od, a konkretnie - od wartościowania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weber, postulując odejście od wartościowania poszukiwał naukowych fundamentów socjologii i innych nauk społecznych, przesiąkniętych, w jego przekonaniu sporami typowo ideologicznymi. Innymi słowy: wartościowanie w naukach społecznych oznacza analizowanie zjawisk nie tylko przez opis i wnioskowanie (a co, nazwijmy to deskrypcją), ale włączanie również do tejże analizy postulatów związanych z np. etyką. Nie szukając zbyt ścisłych definicji, możemy powiedzieć, że właśnie owa naukowość, do jakiej winniśmy dążyć, niejako wymusza na nas bezstronność, a więc tę właśnie &amp;nbsp;wolność od wartościowania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście dziś możemy powiedzieć, że takie stawianie sprawy jest wybiórcze, dużo więcej wiemy na temat przyjmowania odpowiedniej aparatury pojęciowej, odpowiedniej metodologii i "przedzałożeń", które również należy włączyć do aspektów wartościujących. Oznacza to, że niemożliwe jest osiągnięcie owego ideału &lt;i&gt;wertfreiheit&lt;/i&gt;, choć oczywiście nie wszyscy jeszcze się z tym pogodzili.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz spróbujmy z innej strony. Charles Sanders Peirce, twórca pragmatyzmu, a przynajmniej "pragmatycyzmu" stwierdził, że większą wagę powinniśmy przyznawać skutkom, jakie nasze myśli wywołują. &lt;i&gt;Rozważmy, jakie praktyczne skutki może pociągnąć za sobą przedmiot naszej myśli i te właśnie skutki będą stanowić treść pojęcia&lt;/i&gt; (za: H. Buczyńska-Garewicz, &lt;i&gt;Prawda i złudzenie. Esej o myśleniu&lt;/i&gt;, Kraków 2008, s. 76). Oto więc myśl jest pierwszym etapem działania, lub inaczej: działamy tak, jak myślimy, myślimy tak, jak działamy. Myśl kategoryzuje naszą działalność, nadaje jej sens.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po to właśnie jest filozofia (powyższe rozważania bynajmniej nie powinny być odbierane, jako odnajdywanie dziejowej misji filozofii, ani też jej celu, a obawiam się, że ktoś może poczuć się upoważniony do właśnie takiego odczytania). Filozofia jest podstawą praktyki. Jak to kiedyś zostało ujęte, praktyka filozofii, filozofia praktyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I teraz tak: jeśli filozofia jest podstawą praktyki, np. politycznej, nasze "przedzałożenia", nasze "wartości", czasami te nieuświadomione, nagle nabierają znaczenia. Weźmy takich liberałów, których podstawowym założeniem, w pełni świadomym, jest pogląd, wedle którego nikt nie wie lepiej, od samego zainteresowanego, czego ów potrzebuje, jak mało by nie wiedział. W czasach narodzin liberałów z kolei istniało założenie nieuświadomione (a przynajmniej nieczęsto wyrażane &lt;i&gt;explicite&lt;/i&gt;, &amp;nbsp;dotyczące wyższości rasy białej, a co za tym idzie - ideologicznego wsparcia, udzielanego przez liberalizm kolonializmowi i imperializmowi. Libertarianie z kolei, radykalizując podstawowe założenie liberałów zupełnie nie zwracają uwagi na pewne założenie, które przyjmują. Jeśli bowiem niesprawiedliwa jest redystrybucja bogactwa innymi, niż w pełni naturalnymi i dobrowolnymi drogami (tj. np. poprzez podatki i wspieranie najuboższych), a zatem: &lt;i&gt;a contrario&lt;/i&gt;, sprawiedliwy jest tylko naturalny i dobrowolny podział bogactwa (i władzy, o czym libertarianie również zapominają), wymagane jest tutaj założenie odnośnie "sytuacji wyjściowej". &amp;nbsp;Jak już wielokrotnie było to przeze mnie podkreślane, przyjęcie, że skutki rynkowych interakcji są sprawiedliwe, oparte jest na milczącym założeniu, że podział początkowy jest sprawiedliwy. A nie jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;U libertarian wiele można takich ukrytych założeń wyeksponować, na przykład związanych prawem naturalnym. Oczywiście, nie jest tak, że tylko "oni" mają swoje założenia, swoje fundamenty i, nazwijmy to, aksjomaty. Ja też pewnie mam. Im więcej o nich wiem, tym lepiej, tym bardziej jestem w stanie uargumentować swoje stanowisko i tym trudniej złapać mnie w pułapkę moich własnych poglądów. Zostawimy więc teraz libertarian w spokoju, zresztą mnie też zostawimy w spokoju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Istnieją ludzie, nawet sam takich znam, którzy niejako w kontrze poglądom kiedyś przez siebie wyznawanym, są w stanie popierać wszystko, co jest im przeciwne. I tak na przykład niektórzy ludzie są w stanie popierać Exxon w walce z walką ze zmianami klimatu, niektórzy ludzie są w stanie popierać PO przeciw PiSowi, niektórzy wybielają holokaust, bo już o tych Żydach (żydach?) to słuchać nie mogą. A niektórzy wybielają komunizm, ten komunizm, który znamy, nie ten z postulatów XIX-wiecznych. Część prominentnych postaci Ameryki umniejszało zbrodnie pierwszych lat reżimu komunistycznego i to pomimo wiedzy, jaką mogli zdobyć na ten temat na miejscu. Sam na przykład darzę pewnym nie do końca zracjonalizowanym sentymentem rewolucję francuską.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W każdym bądź razie, i to jest jednym z celów niniejszej notki, chciałbym zasygnalizować pewną ułudę, związaną z wybielaniem rewolucji październikowej. Oto bowiem Grenard, konsul generalny Francji w Moskwie czasów rewolucyjnych odnotował, że owa rewolucja była w istocie &lt;i&gt;w urzędniczy sposób przeprowadzonym i zresztą niezbyt krwawym (sześciu zabitych, prawdopodobnie przypadkowo) zamachem stanu &lt;/i&gt;(B. Saint-Sernin, &lt;i&gt;Rozum w XX wieku&lt;/i&gt;, Gdańsk 2001, s. 234). Politologicznie, różnica między zamachem stanu a rewolucją ma się następująco: w rewolucji piramida władzy zostaje wywrócona do góry nogami (władza wpada w ręce ludu rewolucyjnego, a dotychczasowe elity władzy zostają zdetronizowane), w przypadku zamachu stanu tymczasem mamy do czynienia z przetasowaniem w obrębie samych władczych elit. W kogo - zapytuje Saint-Sernin -&lt;br /&gt;&lt;blockquote class="tr_bq"&gt;wymierzony był ten zamach stanu? Nie w burżuazję, czy arystokrację (do której zresztą należał Lenin, tak jak Dzierżyński, polski książę, założyciel Cze-Ka), lecz w system socjalistyczny, wywodzący się z rewolucji lutowej,a także w wybranych przez lud reprezentantów zebranych w Zgromadzeniu. Jakimi "wrogami klasowymi" zapełniły się więzienia? Głównie socjalistami. "Zgodnie ze spisem sporządzonym 27 lutego 1921 roku w celach więzienia specjalnego Cze-Ka w Moskwie jedynie 4 spośród 105 zatrzymanych nie było socjalistami. W apelu partii socjalistyczno-rewolucyjnej skierowanym 6 maja 1921 roku czytamy: &amp;gt;Tysiące socjalistów i anarchistów zostało zatrzymanych i zamkniętych w więzieniach i obozach koncentracyjnych z tego tylko powodu, że są socjalistami i anarchistami, że nie chcą posłusznie kroczyć za wodzem partii komunistycznej, że zbrodniczej polityce, szkodliwej dla rewolucji, przeciwstawiają własną politykę, własne metody umacniania i rozwijania rewolucji&amp;lt;" (tamże).&lt;/blockquote&gt;Z szacunku do samego siebie, powinniśmy więc dokładnie poznać co i dlaczego popieramy. Żeby nie skończyć, jak ten nieszczęsny Rothbard. Jeśli jednak rzeczywiście filozofia służy nam za podstawę praktyki, pytanie, jakie nasuwa się wobec dziedzictwa XX wieku, pytanie, na które wielu już próbowało odpowiedzieć, a ja je tylko zadam, owo pytanie, a w zasadzie dwa pytania, brzmią:&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-3UbPI0D0Ppg/Tveghx4UjgI/AAAAAAAABLs/2DvW3W5g1qA/s1600/DSC06869.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="640" src="http://4.bp.blogspot.com/-3UbPI0D0Ppg/Tveghx4UjgI/AAAAAAAABLs/2DvW3W5g1qA/s640/DSC06869.JPG" width="425" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;1. Co nam filozofia może jeszcze powiedzieć?, a wręcz,&lt;br /&gt;2. Czy filozofia,&amp;nbsp;jako uzasadnianie naszych praktyk,&amp;nbsp;jest jeszcze możliwa?&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-4685327161611038660?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/4685327161611038660/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/12/wolnosc-od-albo-jakie-masz-wartosci.html#comment-form' title='Komentarze (27)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4685327161611038660'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4685327161611038660'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/12/wolnosc-od-albo-jakie-masz-wartosci.html' title='Wolność od, albo jakie masz wartości?'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-3UbPI0D0Ppg/Tveghx4UjgI/AAAAAAAABLs/2DvW3W5g1qA/s72-c/DSC06869.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>27</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-8722095853370297378</id><published>2011-11-11T22:44:00.003+01:00</published><updated>2012-01-25T22:05:53.575+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ekonomia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='libertarianizm'/><title type='text'>Dwa aksjomaty</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Aksjomaty, dodajmy niekoniecznie libertariańskie. Czy może raczej: nie tylko libertariańskie. Może też źle się wyraziłem - nie chodzi mi o tradycyjne libertariańskie, czy pochodne, aksjomaty, typu nieagresja, samoposiadanie itp. Chodzi mi o pewne hasła (bo przecież każda, nazwijmy to, ideologia swoje hasła ma), które notorycznie mogą służyć za argumenty w dyskusji. Nie jest to bynajmniej zarzut wobec libertarianizmu, czy szkoły austriackiej. Jak powiedziałem, każda ideologia takimi hasłami szermuje. Jeśli chodzi o libertarianizm, szkołę austriacką, czy nawet chicagowską, na myśl przychodzi mi hasło zaczerpnięte bodajże z Roberta Heinleina.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"Nie ma darmowych obiadów", w jakiejkolwiek wersji byśmy tego nie słyszeli zawsze znaczyło będzie, że nawet jeśli bezpośrednio zainteresowany nie płaci za daną usługę, bez wątpienia ktoś te koszty ponosi. Ot, choćby właśnie darmowe obiady. Jak wiadomo, darmowe obiady wcale takie darmowe nie są - koszt produktów, produkcji, siły roboczej. Ktoś te koszta musi ponieść. W restauracji koszta ponosimy sami płacąc rachunek. W publicznej jadłodajni dla bezdomnych koszty ponosimy wszyscy, choćby płacąc podatki. Pozwolicie, że pominę rozważania nad słusznością idących za tym implikacji.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Czytając &lt;i&gt;Ducha równości&lt;/i&gt; natknąłem się na cytat ze znienawidzonego przez libertarian George'a Bernarda Shawa, który ongiś stwierdził, że &lt;i&gt;tylko tam, gdzie jest równość warunków materialnych, może się uwidocznić wybitność zasług&lt;/i&gt;. Pozwolę sobie powiedzieć, że cytat ów, a raczej to, co możemy o nim powiedzieć, jest kolejnym argumentem przeciwko libertarianizmowi. Bo co takiego libertarianin, czy austriak, może powiedzieć w temacie równości warunków materialnych? Może powiedzieć, i mówi (i ja też tak mówiłem), że doprowadzenie do równości materialnej wszystkich ludzi (dodajmy dla ułatwienia, że jakiejś konkretnej społeczności, a nie globalnie) jest rażącym naruszeniem prawa własności i wolności (w tym wypadku w dysponowaniu majątkiem przez ludzi, którzy ten majątek "pierwotnie" posiadali). Oczywiście nie jest to jedyny argument; moglibyśmy przywołać jeszcze demoralizację i psucie charakterów (no bo jakiż przykład dajemy zabierając tym, co się dorobili i oddając tym, co są zbyt głupi, leniwi, niepotrzebne skreślić?). Wolność i własność jest jednak argumentem kluczowym, dotykającym bowiem samej istoty rzeczy - aksjomatów, których logicznie rzecz biorąc nie przyjąć się nie da. Ot i cała struktura argumentacyjna: jak trwoga, to do aksjomatów.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do czego zmierzam? Otóż zmierzam do tego, że powyższa argumentacja jest po prostu słaba. Weźmy sobie w tym względzie &lt;a href="http://mises.pl/blog/2011/11/08/mises-elita-w-kapitalizmie/" target="_blank"&gt;artykuł&lt;/a&gt;, który pojawił się kilka dni temu na stronach Instytutu Misesa. Sam Mises, niezmiernie zasłużony dla szkoły austriackiej jedyne co potrafi powiedzieć w interesującej nas kwestii, że w kapitalizmie rządzą konsumenci i to tylko dzięki ich suwerennym i świadomym decyzjom jedni się bogacą, a inni biednieją. W czym problem? Bo to nie jest tak, że całość artykułu jest o kant dupy. Tzn., owszem, jest, ale wynika to głównie z pierwotnego nieporozumienia, czegoś, co chciałbym (mam nadzieję, że oryginalnie) określić mianem pierwotnego zakłamania.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Problem, przed jakim staje każdy libertarianin (lecz niestety rzadko kiedy go sobie uświadamia) jest następujący: gospodarka kapitalistyczna wyrosła z gospodarki przedkapitalistycznej, a więc, pozwolicie, że dokonam dużego skrótu, feudalnej. Libertarianie tymczasem zdają się gospodarkę kapitalistyczną postrzegać na wzór olimpijskiego biegu na 100 metrów, gdzie wszyscy zawodnicy startują z jednej linii i wygrywa ten, kto pierwszy dobiegnie do mety. Innymi słowy, libertarianie &lt;b&gt;podświadomie zakładają&lt;/b&gt;, że George Bernard Shaw ma słuszność. Libertarianin nie zwraca uwagi, że społeczeństwo kapitalistyczne nie było społeczeństwem równych szans, ani równych pozycji startowych, ani też nawet społeczeństwem, nazwijmy to, merytokratycznym. Stąd też wszelkie austro-libertariańskie dywagacje nad słusznością, sprawiedliwością i prawością kapitalizmu są kompletnie bezprzedmiotowe. I stąd właśnie wynika, że nikt, poza nimi samymi, nie bierze libertarian poważnie. Bo poważniej przyjmowana jest literatura science-fiction.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na zakończenie chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na implikacje takich stanowisk. Bo oto libertarianin pyta, co w związku z tym proponuję? Wywłaszczenia, redystrybucję, większe podatki? Bo on, libertarianin, proponuje przynajmniej zachowanie zgodne z moralnością, zgodne z aksjomatami i własnymi zasadami. Tymczasem inni zdają się nie zwracać uwagi, że podnosząc podatki - kradną itd. I pojawia się święte oburzenie, że libertarianizm to w gruncie rzeczy ostoja ładu i sprawiedliwości na tym smutnym jak pizda świecie. Na szczęście tak nie jest. Jeśli o mnie chodzi, to za zupełnie nieistotne uważam to, co proponuję. Dużo istotniejsza jest dla mnie konstatacja, że propozycja podniesienia podatków, zwiększenia progresji, albo dofinansowania in-vitro niekoniecznie oznaczać musi "sprzedanie się". Znacznie częściej jest jednak wyrazem pragmatyzmu. Pragmatyzmu i świadomości, że nie żyjemy w najlepszym ze światów, ale możemy i powinniśmy robić wszystko, by się do niego zbliżać. I tego siedząc na aksjomatach pojąć się nie da.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-8722095853370297378?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/8722095853370297378/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/11/dwa-aksjomaty.html#comment-form' title='Komentarze (17)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8722095853370297378'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8722095853370297378'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/11/dwa-aksjomaty.html' title='Dwa aksjomaty'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>17</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-2061517660059741609</id><published>2011-09-18T20:07:00.002+02:00</published><updated>2012-01-23T00:22:30.318+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='komunitaryzm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Problem ze wspólnotą na przykładzie Stein i Arendt</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;W berlińskim tramwaju rozmawia dwóch Turków:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;- Wiesz, że jest nas w Niemczech już prawie 2 miliony?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Siedząca obok staruszka postanowiła wtrącić się do rozmowy następującymi słowy:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;- Żydów też kiedyś było dwa miliony.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Róża jest różą, po trzykroć. Gertrude Stein to niewątpliwie interesująca postać. Jeśli o mnie chodzi, chciałbym skupić się na jej poglądach politycznych, abstrahując od poglądów artystycznych. Gdyby kogoś interesował właśnie ten drugi aspekt, może sobie zajrzeć do &lt;a href="http://www.dziennik-literacki.pl/kacikpoetycki/48,Jest-roza-jest-roza-jest-roza8230-Gertruda-Stein"&gt;Dziennika Literackiego&lt;/a&gt;. Zanim jednak powiem, o co mi z Gertrudą chodzi, krótkie wprowadzenie w politykę Hannah Arendt.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Gdybym miał w jednym zdaniu streścić myśl Arendt, adekwatnym wydawałby mi się powrót do Greków (autorstwa Szahaja i Jakubowskiego), albo restauracja wspólnoty. Ponieważ Grecy, o których piszą Szahaj i Jakubowski żyli ponad 2000 lat temu, skupimy się na wspólnocie.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Hannah Arendt starała się zawrócić filozofię polityki z błędnego, jej zdaniem, nurtu racjonalnego indywidualizmu, w jaki wpadła w czasach Oświecenia. Pozwolę sobie stwierdzić, być może na wyrost, że przed podobnym problemem stanął Alasdair MacIntyre. Gdy Nietzsche wzywał do przewartościowania wszystkich wartości, wskazywał na iluzje modelu oświeceniowego, ta dwójka postanowiła pójść pod prąd czasom i cofnąć bieg historii myśli politycznej. Arendt postanowiła wskrzesić idee republikanizmu, idee wspólnoty i, w pewnym sensie, komunitaryzmu. Zdaniem Arendt, nasz świat jest wspólny, społeczny, a więc i polityczny. Wolność jest zjawiskiem politycznym, a więc wspólnym - mamy tutaj powrót do arystotelejskiego twierdzenia, jakoby poza polis mogli żyć tylko bogowie i dzikie bestie. Obecnie, twierdzi Arendt, nie jest inaczej - wolny człowiek może żyć tylko w obrębie wspólnoty, "autentycznej wspólnoty ludzkiej". Wbrew usilnym twierdzeniom teoretyków indywidualizmu, nie jest tak, że społeczeństwo to tylko suma poszczególnych jednostek, społeczeństwo, a więc przestrzeń wspólna między obywatelami, wytwarza nową jakość w stosunkach międzyludzkich. Dzięki niemu człowiek ma szansę wyrwania się z "więzienia w subiektywności". Wspólnota, zdaniem Arendt, wzbogaca ludzką egzystencję, rozszerza ludzkie poczucie tożsamości.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po tym krótkim wprowadzeniu w meandry myśli Hannah Arendt, możemy wrócić do Gertrude Stein. Otóż tym, co nas będzie interesowało to jej słowa, które w maju 1934 roku pojawiły się na łamach New York Times'a. Stwierdziła tam, że Adolf Hitler powinien otrzymać pokojową nagrodę Nobla,&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;because he is removing all the elements of contents and of struggle from Germany. By driving out the Jews and the democratic and Left element, he is driving out everything that conduced to activity. That means peace.&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Był rok 1934. Półtora roku wcześniej Hitler przejął władzę w Niemczech, do ustaw norymberskich trzeba było poczekać ponad rok, Lebensraum i Endlosung to perspektywa kolejnych 5 lat. Twierdzenie, że Gertrude Stein wykazała się krótkowzrocznością, czy wręcz naiwnością, jest nie na miejscu, zważywszy, że przywódcy największych mocarstw jeszcze w 1938 roku wierzyli, że oddając Hitlerowi kolejne tereny, są w stanie zapobiec wojnie. Równie dobrze i im moglibyśmy przyznać pokojowego Nobla.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Niemniej jednak niebezpieczne byłoby zbycie tezy najsłynniejszej (prawdopodobnie) feministki XX wieku twierdzeniem, że wszyscy tak myśleli. Może i myśleli. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy chcemy się na historii uczyć, choćby i tego, czy możemy się uczyć. O co więc chodzi z tą tytułową wspólnotą?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wspólnota, czy szerzej: społeczność świadoma, ma to do siebie, że musi być określona. Wspólnota mieszkaniowa określa się tym samym miejscem zamieszkania i wyróżnia się od innych wspólnot właśnie miejscem zamieszkania. Społeczność fanów Microsoftu i społeczność Apple'a to dwie różne wspólnoty, a ich członkowie doskonale wiedzą, dlaczego należą do jednej, a nie do drugiej i kto ewentualnie może do nich należeć. Chodzi o to, że wspólnota określa się sama od wewnątrz i od zewnątrz (od zewnątrz zarówno określa się sama, jak i jest określana przez inne wspólnoty). Mensa to wspólnota ludzi o IQ, mieszczącym się w 2 górnych procentach populacji (w Polsce jest to bodaj 148), co oznacza, że nikt, poniżej takiego poziomu IQ do Mensy się nie dostanie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Możemy więc powiedzieć, że istnienie wspólnot implikuje podział na "swoich" (członków wspólnoty) i "innych", bądź "obcych" (nienależących do wspólnoty). A co to wszystko ma wspólnego z Gertrude Stein i Hannah Arendt? Otóż ma Alaina Badiou. W wydanej przez Krytykę Polityczną &lt;i&gt;Etyce&lt;/i&gt; Badiou zwrócił uwagę na ten aspekt teorii hitlerowskiej, której niebezpieczeństwo dostrzegamy w kreowaniu wspólnoty. Badiou napisał, że&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Hitler mógł przeprowadzić tak kolosalną operację militarną, jak eksterminacja dzięki temu, że wcześniej zdobył władzę, a zdobył ją w imię polityki, w której "Żyd" stanowił istotną kategorię.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;[...] Zwolennicy "demokracji praw człowieka" uwielbiają definiować politykę - za Hannah Arendt - jako przestrzeń współ-bycia [etre ensemble]. Właśnie z powodu tej definicji nie są jednak w stanie pomyśleć politycznej istoty nazizmu. Definicja ta to po prostu blaga. Tym bardziej, że współ-bycie musi najpierw określić zbiór [ensemble], do którego się odnosi, a na tym właśnie polega cały problem. Nikt bardziej niż Hitler nie pragnął współ-bycia Niemców. Nazistowska kategoria "Żyda" służyła właśnie do zdefiniowania niemieckiej przestrzeni wewnętrznej, przestrzeni współ-bycia, poprzez wytworzenie (arbitralne, ale skuteczne) pewnego zewnętrza, które można będzie z wewnątrz wyśledzić [...] [s. 79-80].&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Badiou dotyka tutaj jednego z największych problemów, przed jakim stoi wspólnota. Jakkolwiek byśmy polityki nie definiowali, wspólnoty możemy podzielić na inkluzywne i ekskluzywne. Mensa jest wspólnotą wybitnie ekskluzywną, wyborcy Platformy - inkluzywną. Problemów z ekskluzywnością Mensy nie mamy, ponieważ Mensa nie jest podmiotem politycznym. Problem pojawia się właśnie w kontekście polityki. Wybitnie ekskluzywna ideologia nazistowska ze sztywną przynależnością rasową doprowadziła do ludobójstwa i eksterminacji, po której, zdaniem niektórych, już nie da się filozofować. Ekskluzywne wspólnoty, wspólnoty wykluczające, to społeczności podziału, gdzie swoi i obcy to dwie antagonistyczne grupy.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie oznacza to, że wspólnoty ekskluzywne muszą prowadzić do radykalnych rozwiązań. Nie powinno jednak ulegać wątpliwości, że wspólnoty inkluzywne, czyli takie, które jak najwięcej różnic uznają za politycznie nieistotne, minimalizują takie zagrożenia. Co niestety nie oznacza, że żadnych zagrożeń nie będzie.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-family: Apolonia;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-2061517660059741609?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/2061517660059741609/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/09/problem-ze-wspolnota-na-przykadzie.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2061517660059741609'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2061517660059741609'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/09/problem-ze-wspolnota-na-przykadzie.html' title='Problem ze wspólnotą na przykładzie Stein i Arendt'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-9031049515438286733</id><published>2011-08-29T20:23:00.002+02:00</published><updated>2011-08-30T21:59:43.801+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kultura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Platon i technologia. O "Genezis" Bernarda Becketta</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na początku tego roku wydawnictwo Zysk i S-ka wydało książkę Bernarda Becketta &lt;i&gt;Genezis&lt;/i&gt;. Dziś miałem sposobność przeczytania jej. Mówię dziś, gdyż zacząłem o godzinie 15, a teraz (o 19:40) mam już książkę za sobą. Nie, żeby to była broszurka, ale przy moim tempie czytania, które i tak nie jest tak szybkie, jak bym sobie tego życzył, 220 stron to przekąska.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jak ostatnio pisałem w zakładce &lt;a href="http://smootnyclown.blogspot.com/p/o-blogu_8954.html"&gt;o b(l)ogu&lt;/a&gt;, dopiero wkręcam się w klimat science-fiction i jestem dosyć wybrednym odbiorcą. Nie to, że jestem znawcą i ciężko mnie zadowolić. Po prostu nie znam się na tym i ciężko mnie zadowolić. Science-fiction, którą czytam, czy staram się wybierać, do czytania, musi być bardzo science. To musi być trudna literatura, literatura stawiająca pytania, na które wcale niekoniecznie musi udzielać jednoznacznych odpowiedzi. Stąd też moje zamiłowanie do Neala Stephensona, którego po prostu musicie przeczytać.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;a href="http://www.sklep.zysk.com.pl/media/products/978-83-7506-674-6/images/thumbnail/large_978-83-7506-674-6.jpg?updated_at=1311782536" imageanchor="1" style="clear: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em; text-align: justify;"&gt;&lt;img border="0" height="400" src="http://www.sklep.zysk.com.pl/media/products/978-83-7506-674-6/images/thumbnail/large_978-83-7506-674-6.jpg?updated_at=1311782536" width="264" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W drugiej połowie XXI wieku, gdy ludzkość wyniszczył konflikt, zwany Wielką Wojną, część niedobitków z pewnym przedsiębiorcą na czele postanawia zrealizować na nowozelandzkiej wyspie Aotearoa utopijną Republikę. Ludzie zostali podzieleni na cztery klasy: Robotników, Żołnierzy, Techników i Filozofów. Klasyfikacja odbywała się na podstawie wyników badań genetycznych, a rodzice nie mogli znać swoich dzieci. Kontakty między płciami były ograniczane, a przynależność klasowa - mało elastyczna. Owszem, najzdolniejsi Robotnicy mogli awansować do klasy Żołnierzy, czy może nawet Techników, ale kasta Filozofów była zamknięta. Filozofowie to była władza, rządzili całą Republiką dla dobra każdego i wszystkich. Czy taki opis wam coś przypomina? Na przykład Starożytną Grecję? Jasne, mamy tu oczywiście przeniesioną w XXI wiek koncepcję idealnego państwa Platona. I żeby już dopełnić kontekst filozoficzny: przedsiębiorca, który stanął na czele nowej Republiki nazywał się Platon, jego podopieczną była Arystotelia, a Filozofom doradzała Akademia. Spotkamy się też z Peryklesem, Talesem, czy Anaksymandrą (główna bohaterka). Mignie nam też postać Filozofa Williama (z kontekstu wnoszę, że chodzi o Jamesa), Adama i Józefa (wnioskuję nie tylko z tytułu, że biblijnych) i androida Arta (tutaj moja teoria jest zbyt słaba, bym ją upubliczniał). A jeśli jeszcze dodamy, że Adam ma na nazwisko Forde, no to już wiemy, że mamy sporo kontekstów do wyłapania.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Krótki zarys fabuły: W czasach Republiki wszystko jest dobrze zorganizowane i, ośmielę się powiedzieć, kontrolowane. Wszelkie kontakty z ludźmi &lt;i&gt;z zewnątrz&lt;/i&gt; są zakazane pod pretekstem przenoszonego przez nich śmiertelnego wirusa. Pewnego dnia tak się jednak dzieje, że nasz Adam się buntuje i postanawia wpuścić na wyspę przybyłą kobietę. Ściąga sobie na głowę tym samym spore problemy i zaraz zostaje aresztowany. W ramach kary zmuszony jest przebywać w jednym pomieszczeniu z androidem Artem, skonstruowanym przez Filozofa Williama.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wątek ten poznajemy niejako przy okazji. Przede wszystkim jesteśmy świadkami egzaminu, do jakiego staje Anaksymandra: jeśli go zaliczy, wstąpi w szeregi Akademii. Tematem jej wypowiedzi jest właśnie sprawa Adama Forde - jego czyn i jego kara. I mimo, że jest to wątek poboczny, tak naprawdę skupiamy się właśnie na jego karze, tj. jego egzystencji z androidem. Jesteśmy świadkami dialogów na temat świadomości, na temat różnicy między człowiekiem, a maszyną (jeśli przychodzi wam do głowy Blade Runner Dicka, to dobrze wam przychodzi). Maszyną myślącą i uczącą się. Maszyną, która myśli logicznie, co niejednokrotnie powodowało, że się śmiałem. Bo weźmy na przykład taki dialog:&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;[mówi Adam - sc] - Paskudztwo zawsze będzie paskudztwem, bez względu na to, co ty uważasz na ten temat.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Interesujące twierdzenie. Potrafisz je udowodnić?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Sprowadź tu dwudziestu ludzi - odparł Adam - a wszyscy powiedzą, że jesteś odrażający.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Sprowadź tu dwudziestu Artów, a wszyscy powiemy, że twój tyłek jest piękniejszy, niż twoja gęba.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Na świecie nie ma dwudziestu Artów.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Masz rację. Jestem jedyny w swoim rodzaju. Mogę więc z całą pewnością stwierdzić, że wszystkie androidy uważają, że jesteś odrażający. Mnie natomiast nie wszyscy ludzie uważają za odrażającego. Jak widzisz, obiektywnie rzecz biorąc, wyglądam lepiej od ciebie. [s. 110]&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A wracając jeszcze do filozofów, przywołajmy jedno zdanie, ponownie zdanie Arta, które przypomina nam lekko zapomnianego Maxa Stirnera: &lt;i&gt;W tym właśnie myśl jest najskuteczniejsza: w mamieniu samego myśliciela &lt;/i&gt;(s. 144).&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Książkę czyta się jednym tchem. Bo i nie wymaga nabierania tchu - dwieście stron to, jak stwierdziłem na wstępie, przystawka i naprawdę chciałoby się więcej. Czy pozostaje niedosyt? Tak, pozostaje, ponieważ książka oferuje nam ciekawą tematykę i bardzo ciekawą formę. No i ma kapitalne, minimalistyczne zakończenie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A ja, na zakończenie, zaoferuję wam jeszcze jeden cytat (s. 138):&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Jesteś tylko odrobiną krzemu - powiedział [Adam - sc], przewracając stronę.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- A ty jesteś tylko odrobiną węgla - odparł Art. - Nie słyszałem jeszcze nigdy o dyskryminacji na tle położenia w układzie okresowym pierwiastków.&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-9031049515438286733?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/9031049515438286733/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/08/platon-i-technologia-o-genezis-bernarda.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/9031049515438286733'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/9031049515438286733'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/08/platon-i-technologia-o-genezis-bernarda.html' title='Platon i technologia. O &quot;Genezis&quot; Bernarda Becketta'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-7770967913277481519</id><published>2011-08-26T21:12:00.003+02:00</published><updated>2012-01-23T00:23:08.204+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kultura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='film'/><title type='text'>Sala samobój(c)ów</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Żeby nie było, ostrzegam na samym wstępie. Cały poniższy tekst to będzie spoiler. Obejrzałem ostatnio "Salę samobójców", film w reżyserii Jana Komasy. Film bardzo nagłośniony, bardzo rozchwalony i bardzo istotny. Jeżeli więc ktoś z moich czytelników nie widział tego filmu, a by chciał, może opuścić tę notkę i sobie przejrzeć w tym czasie archiwum. Jeżeli ktoś nie oglądał tego filmu, a przed obejrzeniem chciałby się czegoś dowiedzieć, mogę mu w tym pomóc. Niech mnie jednak później nie wini (i tu być może przeceniam swój wpływ), że go przekonałem do mojego zdania. Jeżeli zaś już ten film widzieliście, możemy sobie o nim podyskutować, jak równy z równiejszym. Sami sobie możecie wybrać, kto będzie kim.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zacznijmy może szyderą. Wyguglajcie sobie źródło tego komentarza:&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Film rewelacyjny i godny podziwu.Dała bym za niego nobla. A dziwne jest to że to polski film ale BOSKI &amp;lt;33333333333&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;POLECAMMMMMMM!!!!!&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Niezły, nie? Nie dość, że jakaś cipa "dała by za niego nobla" (NOBLA, noż kurwa, NOBLA!), to jeszcze najebała jakiś znaczek mniejszości i później 33333trzytrzyrzyrzy. Dżizas fakin krajst, brak mi słów.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dobra, może skupmy się na bardziej istotnych rzeczach. Film, oparty na scenariuszu Jana Komasy, reżysera, opowiada historię chłopaczka, 19-latka, który za kilka miesięcy ma zdawać maturę. Zaczynamy na studniówce, gdzie chłopcy i dziewczynki tańczą walczyka, żłopią piwko, jarają blanty i opowiadają, jacy to są trendi_dżezi_kul. Jakaś cipa chwali się, że się przespała z psiapsiółą i sobie opowiadają, kto jakie minety strzela. Potem dwie laski zapuszczają sobie ślimaki, no a potem dwóch chłopaczków robi to samo. Jednym z tych chłopaczków jest nasz główny bohater, Dominik. No i się zaczyna. Chwali się tym na fejsie i aż 6kilka osób "lubi to". Dominik się troszkę pogubił, zaczął się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie jest gejem i tak dalej. A kilka dni później na lekcji w-f, gdy ćwiczyli dżudo, naszych dwóch kochanków się, że tak powiem, zwarło, no i sprawa stała się jasna. Dominik nie dość, że przegrał, to jeszcze pod tym drugim chłopaczkiem spuścił się w spodnie. Później już standard, znowu masa osób na fejsie to "zalajkowała", a Kuba poczuł się nienormalny. Jego mamusia, kobieta zdecydowanie z jajami, która na wszystko miała przygotowaną ripostę, niczym mistrz błyskotliwej i szybkiej riposty, jedyne co była w stanie powiedzieć, gdy usłyszała o homoseksualnych skłonnościach synka (który postanowił zademonstrować je rodzicom w obecności Pana Ministra, liżąc się z gipsowym popiersiem Marka Aureliusza, czy innego imperatora), to "w dupach wam się poprzerwacało".&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wyszło mi zdanie wielokrotnie złożone i, chociaż wierzę w inteligencję moich czytelników, postaram się to teraz uprościć. Otóż Pan Minister wraz z żoną i córką, zaprosił rodziców Dominika do opery. Po operze rodzice się zgadali, że może Dominik by kiedyś się wybrał sam na sam z córcią Pana Ministra, na balet, czy coś (bo córcia Pana Ministra to baletnica). Wtedy Dominik, że on chętnie, ale jest problem, bo jest gejem. No i to zademonstrował. Trudno powiedzieć, kim są rodzice Dominika - nie wyłapałem, gdzie pracuje jego matka, a ojciec, początkowo "starający się o posadę w ministerstwie", w kilka dni później (po tak wielkim &lt;i&gt;faux pas&lt;/i&gt; synka) już pracę w ministerstwie ma. No i ma jeszcze jakąś formę psychozy maniakalno-depresyjnej. W domu trzyma broń, żona paralizator, synka wszędzie wozi kierowca, żeby nie musiał jeździć autobusami, alarmy, pomoce domowe itd. I pewnego razu, po lekcji judo, Dominik postanawia na złość rodzicom pojechać do domu autobusem. Zaczepia tam grupkę chłopaczków, którzy sobie słuchają głośno techno i dostaje taki wpierdol, że aż lekarzowi musiało się przykro zrobić. Ale co ciekawe, po takim wpierdolu, jedyny uszczerbek na zdrowiu, to zadrapanie pod okiem. Nieważne. W następnych kilka dni Dominik nie chodzi do szkoły i tatuś mu na to pozwala, Dominik wkaracza do &lt;i&gt;virtual reality&lt;/i&gt; typu Sala Samobójców, gdzieś tam po drodze się tnie, ląduje w psychiatryku, zamyka się w pokoju i nie chce wyjść i bla, bla, bla, ostatecznie popełnia samobójstwo.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W filmie jest tyle wątków, które osobno można by rozwinąć do kilku pełnometrażowych filmów. Aktorsko film jest w porządku. A jednak coś tu jest nie tak. O co chodzi? Nie wiem, może problemem jest to, że tyle pochwał się nasłuchałem na temat tego obrazu, że nie sprostał on mojemu wyobrażeniu. Być może. Ale prawda jest taka, że ten film TO JEST GNIOT. To jest że_na_da. To jest sztampa (sceny przemierzania korytarzy szkolnych w kurtce, ze słuchawkami na uszach, z muzyką rockową są amerykańską kalką, typu "Szkoła uczuć", albo co tam jeszcze nastolatki kochają), to jest bełkot, to jest absurd i groteska. Rodzina z wyższej klasy średnio-urzędniczej, gdzie wszyscy wszystko mają i brakuje im tylko, buuuuu:(((nawiasnawias, miłości i akceptacji, a oni są tacy wrażliwi.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zerknąłem sobie do filmwebu, w celu obadania tego filmu i zobaczyłem, że jest sklasyfikowany, jako thriller. Nie wiem, czy to thriller, czy obyczaj, ale ja nie mogłem się pozbierać ze śmiechu, kiedy tylko na scenie pojawiał się tatuś, grany przez Krzysztofa Pieczyńskiego. Aż płakałem ze śmiechu. Obawiam się jednak, że nie było to zamierzone.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Rozumiem, że jest to ważny polski film, film, poruszający trudny temat próby najpierw samoakceptacji, a później akceptacji społecznej przez Dominika, osobę, która jest zagubiona, bo nie wie tak naprawdę, kim jest. Ten wątek naprawdę ma potencjał. Tylko co, do kurwy nędzy, ma do tego &lt;i&gt;virtual reality&lt;/i&gt;? Przecież cały film opiera się, przynajmniej gdyby przeczytać opis i ogarnąć zajawki, jako ukazanie roli, jaką w naszym świecie pełni rzeczywistość wirtualna. Jakieś, nie wiem, moralizatorstwo w stylu "drodzy rodzice, uważajcie, w internecie nie tylko pedofilów trzeba się bać". Tymczasem ja odniosłem wrażenie, że rzeczywistość wirtualna jest tutaj tylko jednym z wątków, myślę zresztą, że niezbyt istotnym, sztampowym i rozdmuchanym. Mam wrażenie, że reżyser chciał się rozprawić ze wszystkim, z czym tylko się dało: brak akceptacji dla homoseksualizmu syna, brak uwagi ze strony rodziców, zagrożenia ze strony internetu, społeczna stygmatyzacja i nietolerancja, braki w systemie etycznym, i co by tam jeszcze kto znalazł. Efekt jest, jaki jest.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Film zawodzi na całej linii, od początku, do końca. No dobra, prawie do końca. Jest trochę tak, jak Katyń Wajdy. Tam też cały film jest do bani, do tak wielkiej bani, że nawet Ruscy takiej nie mają. Ale jednak ostatnia scena, masowego strzelania w potylicę i wpadania do zbiorowej mogiły robi wielkie wrażenie i zaciera cały, nieciekawy, obraz. Podobnie ostatnia scena Sali samobójców, choć sztampowa i mająca ujednolicić nam obraz, trochę przysłania, że film jest po prostu żałosny.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;I teraz tak. Skoro ten film jest ponoć tak genialny, tak wspaniały, tak ambitny i tak wielki, to znaczy, że... Albo ja jestem po prostu za głupi na ten film, albo polska kinematografia to żenada. I niestety obawiam się, że raczej to drugie.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-7770967913277481519?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/7770967913277481519/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/08/sala-samobojcow.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7770967913277481519'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7770967913277481519'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/08/sala-samobojcow.html' title='Sala samobój(c)ów'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5450757586139049241</id><published>2011-08-15T00:00:00.001+02:00</published><updated>2011-08-15T00:00:43.840+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Oscar Lewis, "Dzieci Sancheza" - fragment</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wydawnictwo &lt;a href="http://www.wydawnictwobona.pl/"&gt;Bona&lt;/a&gt;, za pośrednictwem Pani Kasi Myśliwiec, wyraziło zgodę, bym opublikował fragment książki Oscara Lewisa &lt;i&gt;Dzieci Sancheza&lt;/i&gt;. Tytułem wstępu chciałbym powiedzieć, że cytowany fragment będzie dotyczył historii więziennej jednego z synów Sancheza - Roberto. Dodam też, chyba tylko gwoli formalności, że nie jest to fragment mojego autorstwa, a więc nie stosuje się do niego ogólna otwarta licencja CC, jak do reszty bloga i wszelkie prawa autorskie do tego utworu należą do polskiego wydawcy i tłumacza. Co do noty bibliograficznej, to oto ona:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Oscar Lewis, &lt;i&gt;Dzieci Sancheza. Autobiografia rodziny meksykańskiej&lt;/i&gt;, Wydawnictwo Bona, Kraków 2011, tłumaczenie: Aleksandra Olędzka-Frybesowa, fragment ze stron 314-315.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mój biedny ojciec musiał zapłacić 1200 pesos, żeby mnie wydostać na wolność. To był czysty rabunek, bo sprawa była łatwa i adwokatowi nie należało się takie honorarium. Nie mieli przeciw mnie żadnych dowodów rzeczowych, a jeśli chodzi o "świadków", to dwóch twierdziło zupełnie co innego, niż trzej pozostali. Przyznaję, że jeśli ktoś popełni przestępstwo, powinien być ukarany, ale ja zostałem fałszywie oskarżony. Przedtem, zanim doznałem na sobie tej niesprawiedliwości, wierzyłem w prawo, ale potem już nie. Jeżeli to ma być sprawiedliwość, to co będziemy nazywać niesprawiedliwością?&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Siedem miesięcy wyrwali mi z życia! Nie powiem, żebym był zgorzkniały, ale nienawidzę teraz każdego, kto jest przedstawicielem prawa. Policja i tajna policja to zwykli złodzieje, tyle że z uprawnieniami. Biją człowieka za każdy drobiazg. W każdej chwili gotowy jestem stanąć przed nimi i powiedzieć im to w oczy. I dlatego, gdzie tylko się zdarzy jakiś strajk, czy rozruchy, zawsze się w to mieszam, nie pytając nawet, o co chodzi, po prostu po to, żeby mieć okazję do bicia policji. A jak zabiją jakiegoś policjanta, to może nie jestem szczęśliwy, ale mam poczucie, że dostał, na co zasłużył.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie ma tu żadnego prawa; tylko pięści i pieniądze - to się najbardziej liczy. To jest prawo dżungli, prawo silniejszego. Ten, kto mocno stoi finansowo, może się śmiać ze wszystkiego. Popełni najgorsze zbrodnie, ale dla sądu i policji będzie niewinny jak baranek, bo ma pieniądze, może dawać. Za to jak biedak popełni mniejsze przestępstwo, sprawa wygląda całkiem inaczej. To, co mnie spotkało, to tylko tysiączna część tego, co spotkało i spotyka wciąż innych. Naprawdę nie wiem, co to jest sprawiedliwość, bo jej nigdy nie widziałem.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeśli istnieje piekło, to jest właśnie tu, w więzieniu. Najgorszemu wrogowi nie życzę, żeby się tu znalazł. Sześciu chłopaków z Casa Grande ["dzielnicy" Mexico City, w której żyła rodzina Sanchezów - sc] siedziało w więzieniu, ale tylko jeden z nich był zbrodniarzem. Pozostali, jak ja, wplątali się w biedę przez jakąś bójkę, albo po prostu mieli pecha. Nie chcę przez to powiedzieć, że i mnie się nie należała nauczka, bo choć nie zrobiłem tego, o co mnie oskarżali, niejedno miałem na sumieniu. Byłem złym synem, złym bratem, byłem pijakiem... Mam to przeświadczenie, że zasługuję na karę, ale nigdy nie przestanę się skarżyć na to, że zamknęli mnie niesprawiedliwie.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Meksyk to moja ojczyzna, no nie? I kocha ją naprawdę głęboko, szczególnie stolicę. Mamy tu wolność słowa, a przede wszystkim taką wolność robienia, co się komu podoba, jakiej nie widziałem nigdzie indziej. Tu zawsze potrafiłem zarobić - można się utrzymać przy życiu choćby sprzedawaniem pestek z dyni. Ale jeśli chodzi o tutejszych ludzi, mieszkańców Meksyku, to nie mam o nich najlepszego wyobrażenia. Nie wiem, może dlatego, że i sam nie bardzo ładnie się zachowywałem, ale wydaje mi się, że brakuje im dobrej woli.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Działa tu prawo silniejszego. Tym, którzy upadną, nikt nie pomoże; przeciwnie, jak się da, to ich jeszcze bardziej pokrzywdzą. Jak kto się topi, to go wepchną pod wodę. A jak kto się chce stamtąd wydostać, ściągają w dół. Nie jestem wykształcony, ale w robocie zawsze się wybijałem. Zarabiałem więcej, niż moi koledzy w pracy. Jak tylko to zauważyli, zawsze potrafili mnie jakoś skłócić z szefem i pozbywali się mnie. I zawsze znajdzie się taki, co będzie opowiadał, kto kradł, kto zabijał, kto to a to powiedział, kto schodzi na złą drogę.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A może to przez brak wykształcenia? Tylu ludzi nie umie się nawet podpisać nazwiskiem! Mówi się u nas o rządach konstytucyjnych. To piękne słowo, ładnie brzmiące, ale nawet nie wiem, co ono znaczy. Według mnie, to rządzimy się tu przemocą. Nasze życie to zabójstwa, kradzieże, napady. Żyjemy w pośpiechu i stale musimy się pilnować.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5450757586139049241?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5450757586139049241/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/08/oscar-lewis-dzieci-sancheza-fragment.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5450757586139049241'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5450757586139049241'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/08/oscar-lewis-dzieci-sancheza-fragment.html' title='Oscar Lewis, &quot;Dzieci Sancheza&quot; - fragment'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5967158624560029700</id><published>2011-07-13T11:44:00.002+02:00</published><updated>2012-01-23T00:28:07.593+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='liberalizm'/><title type='text'>Liberalizm i europocentryzm</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 24pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia; font-size: 11px; line-height: 16px;"&gt;Pisząc o korzeniach liberalizmu moglibyśmy się cofnąć daleko w przeszłość. Żeby oszczędzić tego i wam, i sobie, postaram się zacząć i skończyć na XVII wieku, a konkretnie – na Johnie Locke’u. Sam liberalizm też zostanie zakresowo zawężony jedynie do jego nurtu fundamentalistycznego i libertariańskiego. Niniejszy liberalizm rozumiem trochę jak John Gray, który stwierdził, że wedle takiego punktu widzenia &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;liberalne instytucje są postrzegane jako ucieleśnienie uniwersalnych wartości&lt;/i&gt;. Jest ten liberalizm więc, ponownie słowami Johna Gray’a, &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;receptą na system uniwersalny&lt;/i&gt;. Zdaję sobie sprawę, że takie zawężenie tematu jest, metodologicznie rzecz biorąc, nieuzasadnione, niemniej jednak mam nadzieję, że mam podstawy, by tak uczynić. Po pierwsze, skupiam się na idei Johna Locke’a, a więc na korzeniach liberalizmu fundamentalistycznego; po drugie, w interesujących mnie czasach trudno dostrzec formę liberalizmu, ponownie za Gray’em, pluralistycznego, a więc nieeuropocentrycznego; wreszcie po trzecie, jest to temat, w którym w dyskusji okołofilozoficznej czuję się dosyć swobodnie.&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-size: 12px; line-height: 150%; text-indent: 24pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;span style="font-family: Apolonia; font-size: 8pt; line-height: 150%;"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;  &lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia; font-size: 11px; line-height: 16px;"&gt;Dla porządku jeszcze odniosę się do pierwszych dwóch powodów takiego ograniczenia tematu. Ktoś mógłby podnieść zarzut, że niedużo przed Locke’m liberalną teorię pluralistyczną nakreślił Thomas Hobbes. Nie chcę się tutaj wdawać w tę dyskusję, stwierdzę tylko dla porządku, że nie jestem pewien, na ile rzeczywiście odczytywanie Hobbes’a na nasz współczesny sposób pokrywałoby się z percepcją wieku XVII. Nie chodzi mi o to, że pojmujemy Hobbes’a w sposób „błędny”, cokolwiek miałoby to znaczyć. O ile jednak Locke podświadomie, a może i w pełni świadomie, zdawał sobie sprawę, że jego teorie mają uniwersalistyczne roszczenia, o tyle nie wiem, czy Hobbes zdawał sobie sprawę z przeciwnych tendencji jego własnych prac.&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-size: 12px; line-height: 150%; text-align: justify; text-indent: 24pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia; font-size: 11px; line-height: 16px;"&gt;Główną tezą, jaką postaram się tu przedstawić i uzasadnić, jest twierdzenie, mam wrażenie, że niezbyt odkrywcze i kontrowersyjne, że współczesna doktryna liberalna uosabiana m.in. przez libertarian, ale również przez liberałów pokroju Rawlsa, Dworkina, czy Kymlickę, a wywodząca się od Johna Locke’a (u libertarian te korzenie są jawne, z kolei liberałowie w stylu Rawlsa i Dworkina dystansują się od Johna Locke’a, obie teorie jednak są w jednakowym stopniu uniwersalistyczne), jest doktryną europocentryczną i fundamentalistyczną. Gdyby wyrazić tę tezę jednym, prostym zdaniem, można powiedzieć, co następuje. Liberalizm polityczny, wywodzący się od Johna Locke’a, przez swoje roszczenia do uniwersalizmu jest doktryną fundamentalistyczną. Wydaje mi się, że powyższa teza została już dawno zaakceptowana przez świat akademicki, co może być uzasadnieniem niewielkiej liczby libertarian w tych kręgach, a z drugiej strony, jest kolejną poszlaką na naukową słabość doktryny libertariańskiej.&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-size: 12px; line-height: 150%; text-align: justify; text-indent: 24pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia; font-size: 11px; line-height: 16px;"&gt;Jak każdy libertarianin doskonale wie, John Locke sformułował doktrynę praw naturalnych, która opierała się na triadzie życia, wolności i własności. [k]&lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;ażdy człowiek dysponuje &lt;/i&gt;własnością&lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt; swojej &lt;/i&gt;osoby&lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;. Nikt oprócz niego samego nie ma do niej żadnego prawa. Możemy więc powiedzieć, że &lt;/i&gt;praca&lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt; jego ciała i &lt;/i&gt;dzieło &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;jego rąk są jego własnością. Jeśli więc jakaś rzecz, którą wydobędzie ze stanu, jaki jej natura nadała i w jakim ją pozostawiła, zostanie połączona z jego pracą, czyli czymś, co jest jego własnością, to ta rzecz staje się przez to jego własnością &lt;/i&gt;(Dwa traktaty…, s. 181) – tak brzmi słynny, skrócony passus idei prawa naturalnego. Oczywiście Locke czyni pewne zastrzeżenia, tzw. &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;proviso&lt;/i&gt;, ale nie jest to główny zarzut, jaki do Johna Locke’a można mieć (w gruncie rzeczy nie wydaje mi się, by dołączenie do teorii owego &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;proviso &lt;/i&gt;mogło być jakimkolwiek zarzutem). Locke czyni jeszcze jedno zastrzeżenie, które nas żywotnie będzie interesować, od którego wyjdziemy i wokół którego będziemy się obracać. Zanim jednak przejdziemy do sedna, pokuszę się o drobne wprowadzenie. Od razu powiem, żebym później nie zapomniał, że opieram się tutaj na artykule Mariusza Turowskiego, &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;Europocentryzm – technologia i ontologia kolonizacji&lt;/i&gt;, zamieszczonym na stronach 391-319 26-27 numeru &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;Nowej Krytyki&lt;/i&gt;. Locke’owska doktryna życie-wolność-własność może być, i była przez samego Locke’a odbierana w dwójnasób. Z jednej strony, wolność i własność to inne nazwy życia (a więc są to pojęcia, a także instytucje społeczne substytutywne), z drugiej strony – własność jest zbiorczą nazwą życia, wolności i majątku (&lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;Europocentryzm…, &lt;/i&gt;s. 306). Gdybyśmy pokusili się tutaj o wyznaczenie najważniejszej instytucji, musielibyśmy postawić na własność. Wynika to właśnie z uznania prawa do samoposiadaniu (czy lepiej: autowłasności) i stwierdzenia, że to we własności zawiera się życie, wolność i majątek. Własność jest zatem warunkiem podmiotowości.&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-size: 12px; line-height: 150%; text-align: justify; text-indent: 24pt;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia; font-size: 11px; line-height: 16px;"&gt;Powyższe rozważania same w sobie jeszcze nie zapalają nam w głowach czerwonej lampki – skoro każdy jest właścicielem siebie, a własność tworzy podmiotowość, znaczy, że każdy z nas jest podmiotem. Sprawa jednak nie jest tak prosta, na jaką wygląda, a to przez locke’ańskie tezy o sprawiedliwej wojnie. Co ma sprawiedliwa wojna do podmiotowości? No, coś, wbrew pozorom, ma. Zacznijmy może od tego, że nie za bardzo wiadomo, co u Locke’a oznaczała sytuacja wojny sprawiedliwej (przynajmniej ja ani u Locke’a, ani w Internecie nie znalazłem zbyt wiele w tym temacie). Można zasadnie domniemywać, jak sądzę, że wojna sprawiedliwa jest przede wszystkim wojną obronną, a więc „nieagresywną” – jej celem jest zapobieżenie naruszania praw własności, wolności i życia prawowitych członków społeczności (ew., jeśli wolicie, jednostek). Ludzie z natury posiadają pewne uprawnienia – do siebie, do owoców swojej pracy, itd., których inni nie mogą prawomocnie naruszać. Jeżeli by do tego doszło, usprawiedliwiony jest konflikt zbrojny (przypomnijmy sobie w jakim kontekście społeczno-politycznym Locke pisał te słowa!). Powtórzmy jeszcze raz, bo jest to niezmiernie istotne w kontekście następnych akapitów: wojna jest sprawiedliwa (usprawiedliwiona, uprawomocniona), gdy jej celem jest obrona, czy odzyskanie naturalnie przynależnych ludziom praw. Abstrahując od wojny, można tę tezę uogólnić do twierdzenia, że moralnie naganne i bezprawne jest inicjowanie agresji, obrona przed agresją jest więc uprawniona.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia; font-size: 11px; line-height: 16px;"&gt;Tak więc trawa, którą gryzie mój koń, darń, którą ścina mój sługa, czy kruszec, który wydobywam w miejscu, gdzie jestem wraz z innymi uprawniony to czynić, staje się moją &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;własnością&lt;/i&gt; […]. Moja &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;praca&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia; font-size: 11px; line-height: 16px;"&gt; wydobyła je ze wspólnego stanu, w którym znajdowały się uprzednio i ustanowiła w nich moją własność. (s. 182, podkr. w oryginale)&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 24pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia; font-size: 11px; line-height: 16px;"&gt;Problemem powyższego rozumowania jest to, że nie opiera się bezpośrednio na słowach Johna Locke’a, być może więc są to li tylko moje domysły, wysuwane z perspektyw libertariańskich. Jeżeli jednak mam rację i Locke rzeczywiście w ten sposób ujmował wojny sprawiedliwe, są w jego teorii niebezpieczne uogólnienia i zastrzeżenia. Na stronie 221 Traktatów czytamy o niewolnikach, &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;a więc ludzi&lt;/i&gt;[ach] &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;będących jeńcami wziętymi do niewoli w sprawiedliwej wojnie&lt;/i&gt;. Zdaniem Locke’a, jeńcy ci &lt;i style="mso-bidi-font-style: normal;"&gt;tracąc swe życie, a wraz z nim wolność i majątek, znajdują się w stanie niewoli i nie są zdolni do dysponowania żadną własnością, nie mogą więc w tym stanie być traktowani jako członkowie społeczeństwa obywatelskiego, którego przecież naczelnym celem jest zachowanie własności&lt;/i&gt;. W powyższym passusie mamy dwie ciekawostki. Przede wszystkim, okazuje się, że i wojna sprawiedliwa może być agresywna, w sensie: odbierać ludziom przynależne im z natury prawa. Po drugie, odbierając im (bądź ograniczając) prawa do dysponowania samym sobą (niewolnictwo) zostają wykluczeni z wolnego społeczeństwa. Sami stają się własnością.&lt;/span&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-size: 12px; line-height: 150%; text-align: justify; text-indent: 24pt;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;  &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-size: 12px; line-height: 150%; text-align: justify; text-indent: 24pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;span style="font-family: Georgia; font-size: 8pt; line-height: 150%;"&gt;Z jednej strony możemy w powyższym twierdzeniu dopatrywać się podstawy laborystycznej teorii wartości (choć raczej własności). Bardziej by mnie jednak interesowało uzasadnienie tejże. O ile przyjmujemy bez mrugnięcia okiem, że kruszec, który wydobywam i mogę wydobywać (i wydobędę) będzie należał do mnie, o ile możemy się jeszcze zgodzić z trawą, gryzioną przez konia, o tyle zupełnie nie jesteśmy w stanie uzmysłowić sobie przejścia od „darni, którą ścina mój sługa” do „mojej pracy, która wydobyła je ze wspólnego stanu”. Dochodzi tutaj do pomieszania osób i własności, odbierania ludziom prawa do swojego ciała („nikt nie ma do nie[go] żadnego uprawnienia, poza nim samym”, s. 181). Jeżeli praca i jej owoce są „przedłużeniem ciała” (określenie, bodaj, Bastiata), to moja własność jest tożsama ze mną. Mój niewolnik jest tożsamy ze mną; mój niewolnik jest mną, a jego praca jest moją pracą. Niewolnik jest moją własnością, przestaję widzieć w nim człowieka, któremu przynależą jakiekolwiek prawa – niewolnik jest żywym inwentarzem, niczym krowa, owca, czy koń (który gryzie trawę). Ta degradacja (niektórych) ludzi do roli przedmiotów była, z punktu widzenia teorii liberalnej niezbędna. Liberalizm, jako zjawisko historyczne był po prostu ontologią imperializmu. Nic dziwnego, skoro Locke zaangażowany był w działalność Royal African Company, „przedsiębiorstwa”, które wysługiwało się armią do zajęcia terenów Afryki Zachodniej, a następnie handlowało niewolnikami. Nie było to jedynie akcydentalne zajęcie; Locke współtworzył również konstytucję Karoliny, która uprawomocniała niewolnictwo. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-size: 12px; line-height: 150%; text-align: justify; text-indent: 24pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-size: 12px; line-height: 150%; text-align: justify; text-indent: 24pt;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-family: Georgia;"&gt;&lt;span style="font-family: Georgia; font-size: 8pt; line-height: 150%;"&gt;Myślę, że możemy pokusić się o stwierdzenie, że liberalizm był pierwotnie ideologią ekskluzywną, wykluczającą i bynajmniej nie emancypacyjną. Był wyrazem politycznych i ekonomicznych interesów konkretnych klas społecznych i nawet, jeśli by uznać, że „co było, a nie jest…”, nie należy o tym zapominać. Pozostaje pytanie, czy aby na pewno nie jest?&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5967158624560029700?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5967158624560029700/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/07/liberalizm-i-europocentryzm.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5967158624560029700'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5967158624560029700'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/07/liberalizm-i-europocentryzm.html' title='Liberalizm i europocentryzm'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-8411999608371111668</id><published>2011-07-01T00:18:00.003+02:00</published><updated>2012-01-23T00:28:23.101+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='komunitaryzm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='liberalizm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='libertarianizm'/><title type='text'>Prywata - debata</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeśli się zgadzacie, to zaczniemy prywatą, później przejdziemy do rzeczy bardziej umysłogimnastycznych, by skończyć ponownie prywatą. Jeśli się nie zgadzacie, to obawiam się, że i tak nie macie na to wpływu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W pierwszej więc kolejności chciałbym wszystkich odwiedzających przeprosić za tak długą nieobecność, ale nawał innych, niestety ważniejszych, obowiązków odtrącał mnie od zajęcia się tym, co zodiakalne byki lubią najbardziej (a bynajmniej nie jest to rozjebywanie w pył czerwonych, gdyż ponieważ dowiedziałem się ostatnio, że ponoć byki nie rozróżniają koloru czerwonego - chuj jeden zresztą wie, co tam byki widzą). Pierwsze przesłanki, że może mi brakować czasu pojawiły się już dawno temu, gdy jakiś cymbał postanowił, że doba będzie miała tylko 24 godziny. Później następny cymbał wymyślił, że nie można pracować więcej, niż 12 godzin dziennie, a następny cymbał, w tym momencie wkraczam ja, stwierdził, że jednak można, a nawet trzeba, bo przecież ktoś pracować musi, żeby nie pracować mógł ktoś. Tym sposobem oględnie dowiedzieliście się, że powodem mojej nieobecności był najzwyczajniej w świecie brak czasu. Brak czasu na sen, brak czasu na se... na bloga, brak czasu na cokolwiek. Na szczęście powoli wracamy do normy, a to z racji tego, że zaczynam urlop i w pracy pojawię się dopiero w okolicach połowy lipca. &lt;i&gt;Anyway&lt;/i&gt;, zdaję sobie sprawę, że pod moim poprzednim wpisem pojawiły się komentarze, na które wartowałoby było odpowiedzieć. Tym bardziej wszystkich chciałem przeprosić, że tego nie zrobiłem. Przede wszystkim przeprosiny należą się Maćkowi Dudkowi, któremu obiecałem odpowiedź w postaci odpowiednich cytatów. Jeżeli chcesz, Maćku, możemy uznać, że zdezerterowałem, ale naprawdę tak byłem zaganiany ostatnio, że nie miałem czasu.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W tym momencie pozwolę sobie przywołać tylko jeden cytat, który po mojemu, w pełni oddaje sens mojej argumentacji. Są to słowa Rothbarda z 67. strony &lt;i&gt;Manifestu&lt;/i&gt; (wyboldowanie moje):&lt;/div&gt;&lt;blockquote style="text-align: justify;"&gt;Wolność to stan, w którym prawa jednostki do posiadania własnego ciała i uczciwie nabytej własności materialnej nie są naruszane, nie spotykają się z agresją. Ktoś, kto kradnie, dokonuje inwazji i ogranicza wolność ofiary tak samo, jak ktoś bije inną osobę po głowie. Wolność i &lt;b&gt;nieograniczone prawo własności prywatnej&lt;/b&gt; są ze sobą ściśle związane.&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jacek Sierpiński wysunął zastrzeżenie, że wprowadzanie pojęcia suwerenności do teorii libertariańskiej jest przyprawianiem gęby. Jak sądzę, opiera się na tym, że suwerenność ma takie, a nie inne konotacje. Nie przekonuje mnie ten argument, ale by uczynić zadość Jackowi pozwolę sobie przeformułować moją tezę: właściciel jest nie tyle suwerenem, co hm..., jak by to skleić? Powiedzmy sobie tak (za Rothbardem, rzecz jasna): prawo do samoposiadania oznacza, że każdy człowiek ma wyłączne prawo do sprawowania kontroli nad swoim ciałem. Ponieważ dokonujemy tutaj sztuczki i przenosimy coś, co odnosi się do człowieka, do świata zewnętrznego, uznajemy, że właściciel ziemi ma prawo wyłącznej jej kontroli i tak dalej. Tyle Rothbard. Owszem, gdzieś tam w &lt;i&gt;Etyce wolności &lt;/i&gt;wspomina o jakiejś proporcjonalności, ale tak do końca to sam nie wie, czego chce, na co zwracał uwagę np. Mikołaj Barczentewicz. Jacek z kolei twierdzi, że tenże właściciel niekoniecznie&lt;i&gt; ma prawo całkowitego decydowania o ludziach, użytkujących tę nieruchomość&lt;/i&gt; [...], &lt;i&gt;albo zabicia dla kaprysu. Nawet, jeśli ktoś użytkuje jego nieruchomość&lt;/i&gt; [...]&lt;i&gt; bez jego zgody, to ma prawo użyć siły tylko w takim zakresie, jaki jest potrzebny do wymuszenia tego, by ten ktoś przestał tego użytkować&lt;/i&gt; [...]. Ale mi właśnie o to chodzi, że na jakiej podstawie "tylko w takim zakresie"? Przecież libertarianizm ma doprowadzić do tego, by takie rzeczy działały same z siebie: mamy aksjomat, naruszenie i sankcję, wszystko jest proste. Przecież w żadnym aksjomacie nie będziemy mieli rozważań nt. proporcjonalności. Libertarianizm w ostatecznym rozrachunku opiera się, choć nie chce tego przyznać i usilnie temu zaprzecza, na innych. Bo przecież sądy i zdrowy rozsądek. Po pierwsze więc nie zdrowy rozsądek a po drugie nie tyle sądy, co po prostu wspólnota. A skoro wspólnota, to tu wracamy już do Rawlsa, Sandela i sporu komunitarian z liberałami.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Skoro już przy tym sporze jesteśmy, to się na chwilę przy nim zatrzymamy. Powiem wam, że jest to chyba najbardziej interesujące zjawisko z zakresu filozofii polityki XX wieku. W samym obrębie sporu moglibyśmy wyróżnić kilka różnych płaszczyzn, na których odbywają się debaty między jednymi, a drugimi. Pozwolę sobie nie referować całego sporu, ponieważ zależy mi tylko na małym, malusim jego wycinku, który nijak się ma do całości (tzn. trochę ma, ale w tym momencie to jest nieistotne). Jeżeli ktoś chciałby przystępnego wprowadzenia do debaty, polecam &lt;a href="http://www.praktykateoretyczna.pl/Modrzyk.pdf"&gt;artykuł Ariela Modrzyka&lt;/a&gt;. Zacznijmy może od tego, że spór jest... dziwny. W gruncie rzeczy nigdy nie ustalono tego, czy spór jest o to, czy zachować liberalizm, czy go odrzucić, czy może po prostu o bardziej komunitarny liberalizm. Co do samych stron sporu, to i w obrębie poszczególnych ekip nie ma zbytniej jedności. Sandel i MacIntyre w ogóle się dystansują od komunitarian, obaj zresztą poruszają się na różnych płaszczyznach, możemy dostrzec gigantyczne różnice między np. Walzerem, a Bellah'em, między Taylorem i Etzionim. Z drugiej strony, by pokazać rozbieżności wśród stronników liberałów, wystarczy przywołać nazwiska, jakie się przewijają: Dworkin - Rawls - Nozick - Rorty. Na marginesie pozostawiam w gruncie rzeczy szalenie interesującą kwestię tego, jak to jest, tj. co jest w ich myśli takiego, że wszystkich możemy postawić po jednej stronie w kontaktach z komunitarianami. No bo powaga, gdzie w obrębie samego liberalizmu plasuje się Dworkin, a gdzie Nozick, tak? Rozumiecie ocb? Chodzi mi o to, że jednak istnieje coś, pytanie brzmi: co?, że możemy ich zaliczać do jednej ekipy?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dobrze, jako się rzekło, zostawiam to na marginesie. Skupić bym się chciał za to na pewnym sporze w liberalnej rodzinie, a konkretnie na czymś, co dla niektórych czytelników może być kompletnie marginalne, choć w istocie prowadzi do dosyć sporych i istotnych rozbieżności. Chodzi mi o polemikę, jaką z Rorty'm wszczął Will Kymlicka. Na wstępie już powiem, że nie znam odpowiedzi Rorty'ego na zarzuty Kymlicki, więc może daremny jest mój wkład.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zacznijmy może od przedstawienia postaci i samej fabuły konfliktu. Rorty jest postmodernistycznym, burżuazyjnym liberałem o mocnym nastawieniu (neo)pragmantycznym. Skoro liberałem i do tego pragmatycznym, to od razu na myśl przychodzi Dewey, jako - zdaniem Rorty'ego - heglowski liberał, tj. gościu, który etykę polityczną rozpatruje w kontekście konkretnych tradycji społeczno-historyczno-interpretacyjnych. Po drugiej stronie mamy liberałów kantowskich, typu Rawls, hołdujących ahistorycznej i ponadkulturowej koncepcji moralności (i nie tylko). Rorty jest chyba najbardziej komunitariańsko nastawionym liberałem, przez co podziela niektóre zarzuty, wysuwane m.in. przez Sandela. Kymlicka z kolei stara się obronić tezy Rawlsa nie tyle przez odrzucenie Rorty'ego, co raczej reinterpretowanie samego Rawlsa. Tutaj zresztą też ciekawa sprawa, bo sam Rawls w późniejszych pismach postanowił zrewidować niektóre ze swoich tez i przyjąć zarzuty komunitarian. Rorty z kolei doszedł do wniosku, że skoro późny Rawls zgodził się z pewną częścią krytyki komunitariańskiej, to ani chybi pisma wczesnego Rawlsa również można tak odczytywać.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Przechodząc do samego sporu w rodzinie, Rorty używa czterech argumentów przeciwko kantowskim liberałom. &amp;nbsp;Mnie interesuje tylko jeden, dotyczący języka i moralności. Moralność, zdaniem Rorty'ego - uważa Kymlicka - sprowadza się do stwierdzeń typu "My takich rzeczy nie robimy". Rorty powołuje się na Sellarsa, twierdząc, że moralność jest pewnym wyrazem "grupowych intencji", albo "my intencjonalnego". W celu odrzucenia twierdzenia Rorty'ego Kymlicka daje głos muzułmańskiej kobiecie, która powiada: "seksualna dyskryminacja jest zła". Ale przecież, zdaniem Kymlicki, wcale nie oznacza to, że powiedziała ona, jak by chciał Rorty, "my nie dyskryminujemy seksualnie" - wręcz przeciwnie, dyskryminujecie. Przeciwnie, twierdzi Kymlicka, ta kobieta &lt;i&gt;mówi to, co mówi, właśnie dlatego, że takie rzeczy &lt;/i&gt;są&lt;i&gt; tam robione, zawsze były robione i są mocno zakorzenione we wszystkich mitach, symbolach i instytucjach tamtejszej historii i ta,temtejszego społeczeństwa&lt;/i&gt;&amp;nbsp;[W. Kymlicka, &lt;i&gt;Liberalizm a komunitarianizm&lt;/i&gt; [w:]&amp;nbsp;&lt;i&gt;Komunitarianie. Wybór tekstów&lt;/i&gt;, wybór i wstęp P. Śpiewak, Warszawa 2004, s. 174]. Gdybyśmy więc przyjęli punkt widzenia Rorty'ego, musielibyśmy usłyszeć, że owa kobieta mówi: "Nie robimy tu takich rzeczy, chociaż je robimy".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Są dwa argumenty, jakie możemy wysunąć w odpowiedzi na tak postawiony zarzut i są to raczej argumenty komplementarne, niż alternatywne. Pierwszy z argumentów dotyczy precyzji wypowiedzi i zgodnie z nim, Rorty, mówiąc kolokwialnie, przegiął pałę i powiedział szybciej, niż pomyślał. Faktycznie bowiem, w ustach kobiety muzułmańskiej w Egipcie słowa "nie dyskryminujemy seksualnie" brzmiałyby (w obrębie tezy Rorty'ego) następująco: "nie dyskryminujemy seksualnie, ale dyskryminujemy seksualnie). Zwyczajnie więc, by zlikwidować sprzeczność możemy wysunąć tezę, iż moralność w intencji Rorty'ego dotyczy raczej potencji. Zgodnie z takim ujęciem, stwierdzenie "my takich rzeczy nie robimy" winniśmy zastąpić przez "my uważamy, że nie powinniśmy tego robić". Oczywiście, jest to tylko częściowe odrzucenie argumentu Kymlicki, a to z tego względu, że daje pozostaje nieszczęsny zaimek "my". Co bowiem może oznaczać, w ustach egipskiej muzułmanki stwierdzenie, że "my uważamy, że powinniśmy zaniechać dyskryminacji seksualnej", jeśli dyskryminacja seksualna jest tam na porządku dziennym, a nawet jest szeroko akceptowalna? Kim jest owo "my", o którym wspomina muzułmanka? Drugi argument, a w zasadzie kontynuacja powyższego, tylko na innym poziomie, jest właśnie poszukiwaniem desygnatu zaimka "my". Jest to argument typowo rorty'ański, tj. Rorty sam go przywołuje, ale czyni to w innym niż powyższy kontekście. Dylematy moralne, stwierdza Rorty,&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;stanowią na ogół odzwierciedlenie faktu, że przeważnie utożsamiamy się z rozmaitymi wspólnotami, na ogół żywiąc jednakową niechęć do marginalizowania siebie w stosunku do nich. Rozmaitość takich identyfikacji wzrasta wraz z poziomem wykształcenia, tak samo jak wraz z rozwojem cywilizacji wzrasta liczba wspólnot, z którymi dana osoba mogłaby się utożsamiać. [R. Rorty, &lt;i&gt;Obiektywność, relatywizm i prawda&lt;/i&gt;, Warszawa 1999, s. 298]&lt;/blockquote&gt;W świetle powyższych słów możemy pokrótce naszkicować nasz schemat argumentacyjny. Mnogość i złożoność relacji społecznych w obrębie jednej i więcej społeczności jest czymś naturalnym we współczesnym świecie. Jedna osoba może być wplątana w wiele, nierzadko sprzecznych (przynajmniej do pewnego stopnia) relacji. W świecie kultury zachodniej uważamy to za normalne, ostrożnie szacując, od ponad 100 lat. W świecie niezachodnim taki wynik szacunku byłby zdecydowanie przesadzony, co nie zmienia faktu, że złożoność relacji społecznych jest tam na porządku dziennym. W świetle tego stwierdzenie muzułmańskiej kobiety "my nie dyskryminujemy seksualnie" jest zbyt ogólne, by można było wysnuć z niego wniosek, dotyczący relacji między moralnością a faktycznością i potencją. Kobieta w gruncie rzeczy może należeć do społeczeństwa muzułmańskiego, gdzie dyskryminacja seksualna jest na porządku dziennym, ale może również postulować zaniechanie tego procederu. Jeśli tak, stwierdzenie "my nie dyskryminujemy seksualnie" odnosiłoby się do grupy jej stronników, którzy 1) rzeczywiście tego nie robią ("my nie robimy takich rzeczy") i 2) wysuwają postulat, dotyczący całego świata muzułmańskiego ("my uważamy, że nie powinniśmy tego robić"). Powyższy schemat argumentacyjny ciężko jest w sposób jednoznaczny określić, jako komunitarny, bądź liberalny. Z pewnością mamy tu do czynienia z działaniem w obrębie dwu wspólnot, a konkretnie jednej wspólnoty (muzułmańscy przeciwnicy dyskryminacji seksualnej) i wspólnoty do niej nadrzędnej, metawspólnoty (ogół świata muzułmańskiego). A przecież wspólnota muzułmańskich przeciwników dyskryminacji seksualnej jest z kolei fragmentem jeszcze innej metawspólnoty - przeciwników dyskryminacji seksualnej nie tylko w świecie muzułmańskim. Z której strony byśmy na to nie spojrzeli, mamy tutaj do czynienia z przenikaniem się różnych wspólnot, kultur i tradycji interpretacyjnych. Mamy też, co chyba jeszcze ważniejsze, próbę reformy, podważenia, swojej własnej (meta)wspólnoty właśnie od wewnątrz. Wymaga to pewnej krytycznej samoświadomości, mówiąc słowami Stanley'a Fisha. Fish zwraca uwagę, że &lt;i&gt;umysł nie jest strukturą statyczną, lecz złożeniem powiązanych przekonań, z których każde może wywierać nacisk na każde inne w ruchu, który może prowadzić do samoprzekształcenia.&lt;/i&gt; (S. Fish, &lt;i&gt;Interpretacja, retoryka, polityka&lt;/i&gt;, Kraków 2008, s. 258) - jest "projektem w ruchu".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy takiej interpretacji tezy Rorty'ego, zdaje mi się, że interpretacji dosyć bliskiej samemu Rorty'emu, zarzut Kymlicki wydaje się nietrafiony. Przynajmniej ten zarzut. Następne? Innym razem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obiecałem, że na koniec wracamy do prywaty. Otóż więc tak: 2 lipca, w sobotę, wyjeżdżam i do dnia 10., prawdopodobnie włącznie, nie będę miał dostępu do sieci. Oznacza to, że wszystkie komentarze, jakie się pojawią, zostaną przeze mnie przeczytane (i, miejmy nadzieję, skomentowane) dopiero po tym okresie. Na czas mojej nieobecności, chciałbym wam powiedzieć tyle: oglądajcie, kupujcie, ściągajcie, pamiętajcie, film &lt;i&gt;The United States of Leland&lt;/i&gt;, na polski przetłumaczony jako &lt;i&gt;Odmienne stany moralności&lt;/i&gt;. Najpiękniejszy film na świecie.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-8411999608371111668?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/8411999608371111668/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/07/prywata-debata.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8411999608371111668'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8411999608371111668'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/07/prywata-debata.html' title='Prywata - debata'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5333984957508822370</id><published>2011-05-30T11:04:00.002+02:00</published><updated>2011-05-30T11:38:39.016+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='libertarianizm'/><title type='text'>Dlaczego? - kilka uwag odnośnie libertarianizmu</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na pytanie "dlaczego?" możemy odpowiadać w dwójnasób. Z jednej strony możemy pytać o przyczynę, z drugiej - o cel. Przyczyną jazdy z niezapiętymi pasami może być dawanie odporu temu totalitarnemu systemowi, narzucającemu nam nazistowskie przepisy, choć celem wcale nie musi być chęć pozbycia się 100 złotych, a w niektórych przypadkach osiągnięciem kalectwa, bądź przeprowadzki. Albo mniej radykalnie: przyczyną alkoholizmu może być nadmierny pociąg do picia, a celem wcale nie musi być zrujnowanie sobie życia w duchu romantyzmu. &amp;nbsp;Zasadniczo przyczyna i cel mogą być tym samym. Mogą, ale nie muszą. Wydaje mi się też, że nieadekwatne byłoby tworzenie dychotomii przyczyna-cel, na wzór przyczyny i skutku. Skutek i cel bynajmniej nie są tym samym, a różnią się tym, że cel jest intencją. Oczywiście, skutek również może być celem. O co mi chodzi? Otóż możemy świat sobie przedstawiać, jako zachodzenie różnych zjawisk ze związkami przyczynowo-skutkowymi. Świat człowieka, jak uczy nas ekonomia austriacka, jest światem celowym. Człowiek działa, by osiągnąć jakiś cel. Oczywiście chęć osiągnięcia jakiegoś celu to jedno, to, co wyjdzie z danego działania, to drugie. I bynajmniej skutki naszych działań mogą być niezamierzone, tj. cele, jakie sobie stawialiśmy, były inne, niż zaobserwowane poniewczasie skutki. Takie jest życie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dobrze, mamy więc człowieka, jako&lt;i&gt; homo intentionale&lt;/i&gt;, zwierzę celowe (przepraszam za słabą łacinę, ale skończyłem się jej uczyć już dużo lat temu i mogę coś pochrzanić). Osobiście sądzę jednak, że oglądanie człowieka, jako &lt;i&gt;homo intentionale&lt;/i&gt; nie wytrzymuje próby czasu. Najdoskonalszym przykładem tego nieporozumienia jest chyba polityka. Nie znam żadnego wyborcy PO, który głosował na nią po to, by podniosła podatek VAT, na przykład. Ktoś powie zaraz z oburzeniem, że to właśnie nie jest cel, tylko skutek. I oczywiście będzie miał rację. Bo mi właśnie chodzi o to, że rozpatrywanie człowieka, jako intencjonalnego jest bez sensu. Nie jest istotne, jakie przyczyny kierowały człowiekiem, lecz to, jakie wywarł skutki. Jego cel, chęci i intencje służyć mogą jedynie do wybrukowania piekła - i tak to się zazwyczaj dzieje na przykład w polityce. Historia nie uczy nas celów różnych działań, czy to społecznych, czy politycznych, czy militarnych. Uczy nas skutków. O celach wspomina raczej w kontekście rozbieżności między jednymi, a drugimi. Historia jest przestrogą przed przyglądaniem się celom, nie skutkom.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Człowiek jednak na błędach się nie uczy, a już libertarianin w ogóle. Dla libertarianina świat człowieka jest światem celowym. Oczywiście, nie jest tak, że człowiek nie działa z chęci osiągnięcia jakiegoś celu. Działa. Rzecz w tym, że próba tworzenia z takiego twierdzenia aksjomatu i wyprowadzenie z niego całej etyki libertariańskiej jest, delikatnie mówiąc, krucha. Warto zauważyć na wstępie, że jest to twierdzenie tautologiczne w tym sensie, że każde działanie, niezależnie od tego, za jakie je byśmy uważali, musimy uznać za racjonalne i przyjąć za zasadne. W końcu skoro ktoś postanowił zadziałać w sposób A, to znaczy, że miał na względzie cel N, który zamierzał osiągnąć. Cel N miał być dla niego zmniejszeniem niedogodności, poprawieniem swojej pozycji, względem stanu wyjściowego. Jeżeli skutek był odwrotny, od zamierzonego celu, możemy powiedzieć, że zostały obrane złe środki do osiągnięcia danego celu. Jednak samo działanie możemy jako takie ocenić dopiero &lt;i&gt;post factum&lt;/i&gt; - uprzednio jedyne, co mogliśmy powiedzieć to to, że osobnik racjonalizując swoje położenie, swoje chęci i dostępne środki, postanowił uczynić A, by osiągnąć cel N. Konsekwencją takiego twierdzenia może jest pewien impas, polegający na przymusie uznania wszystkich działań, za działania racjonalne.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeżeli chcielibyśmy odrzucić ten wniosek, musielibyśmy odrzucić przyczynę. Oczywiście, możemy się tłumaczyć, że libertarianizm postrzega celowość w kategoriach subiektywnej racjonalności, co jednak wcale nie poprawia naszej sytuacji, a wręcz ją pogarsza. Osobiście proponuję odrzucić wstępne założenie i zająć się poważniejszymi sprawami. Taka mała rada, bo libertarianizm cały czas siedzi w bagnie myślenia celowościowego. Moja osobista opinia nijak się jednak ma do rzeczy, z punktu widzenia libertarianizmu, podstawowych.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jest takie pocieszne forum, na którym banda świrów gada o różnych pomysłach rodem z literatury &lt;i&gt;fiction&lt;/i&gt;, niekoniecznie &lt;i&gt;science&lt;/i&gt;. Jakiś czas temu pojawiła się dyskusja na temat włażenia komuś na chatę, tj. ziemię, bo tam gadamy o sytuacjach właścicieli ziemskich. Naszkicuję wam teraz sytuację, żebyście nie musieli wpadać na forum, na którym i tak was pewnie nie chcą. Otóż jest sobie kolo, który ma ziemię. Ma ziemię, ma chatę, ma płot i ma tabliczkę, że "no trespassing". I jest sobie banda świrów, znając życie - studentów, którzy chcą śpiącemu kumplowi zrobić kawał i wnoszą &amp;nbsp;go na teren posesji tego typa. Słowem, trespassują. No to nasz właściciel ziemski, który znalazł śpiącego przestępcę (naruszenie własności), postanawia pokazać gnojowi, jaki to "pan Wąski jest debeściak" i strzela mu w ryło. Załóżmy na razie, że pięścią. Student zrywa się na równe nogi i gotowy do bitki.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zatrzymajmy się na razie tutaj. Pytanie, jakie zostaje tutaj postawione teorii libertariańskie, jest następujące: czy nasz ziemianin mógł zrobić, co zrobił, tj. obić ryło? Wbrew pozorom, odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Spójrzmy na to najpierw z pozycji właściciela: moja ziemia i nie mój typek. Na nic takiego się nie zgadzałem, a wyraźnie nawet zaznaczyłem, żeby nie włazić. A on wlazł. No to bach, w ryło go. Sprawa wydaje się prosta, ale już z punktu widzenia naszego studenta rzecz jest bardziej skomplikowana: śpię sobie, śpię, aż tu nagle mnie jakiś buc w twarz bije. Więc zrywam się, chuj wie, gdzie ja jestem, i nie dam sobie mordy bić. Libertarianin ma w takiej sytuacji dwa dylematy. Pierwszy jest pytaniem "komu?", a drugi: "co?". Do kogo właściciel posesji powinien mieć uzasadnione roszczenia: do grupki dowcipnisiów, czy do ofiary dowcipu? Z jednej strony, to ofiara dowcipu narusza jego teren i to bez jego zgody. Z drugiej: przekroczenie płotu nie było studenta intencją. Jeżeli po intencjach ich poznacie, studenta należy zwolnić od wszelkiej odpowiedzialności. Podobnie jak pijanego pana Janka, zabójcę ciężarnej matki z córką, które przechodziły przez ulicę o niewłaściwym czasie. W końcu celem pijanego pana Janka nie było zabicie, a jedynie trafienie do domu po niezłych baletach. Czy libertarianin będzie bronił pijanego pana Janka? Oczywiście, znajdą się takie rodzynki, którzy będą bronić Josepha Fritzla, bo to w końcu jego rodzina i jego dom był. A ich jedynym zarzutem do włodarzy Korei Północnej będzie to, że nie zdobyli władzy w sposób zgodny z aksjomatami. Chciałbym jednak pogadać o ludziach inteligentnych. Pozwolę więc sobie założyć, że inteligentny libertarianin weźmie pod uwagę nie tyle cel, ile skutek. A skutek jest taki, że pan Janek zabił dziecko i ciężarną, a student narusza własność bez zgody właściciela.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugi dylemat tej sytuacji odnosi się do pytania "co?". W moim przykładzie doszło do obicia ryja, w forumowym oryginale była mowa o odstrzeleniu nie tylko jajec. Oczywiście pytanie "co?" jest uproszczoną wersją prawdziwego dylematu, który można wyrazić pytaniem: co może właściciel? Jeżeli własność definiujemy, jako prawo do wyłącznego, trwałego użytkowania, na przykład łopaty, to oznacza to, że ja, będąc właścicielem, jestem jedyną osobą, która bez pytania kogokolwiek o zgodę, może rzeczonej łopaty używać. Mogę nią kopać rowy, albo nawet zniszczyć, ale nie mogę nikogo tą łopatą zdzielić, bo wtedy już dotykamy nie swojej własności. Jeśli ktokolwiek inny by chciał używać mojej łopaty, musi się mnie spytać o zgodę, a ja muszę mu ją wyrazić. Innymi słowy, to ja decyduję o swojej własności. Jeżeli więc ktoś wkracza na mój teren bez mojej zgody, to mam prawo mu to wkraczanie skutecznie wybić z głowy. Na przykład strzałem w potylicę?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Różnie mówią. Rothbard na przykład wspominał coś, ale tylko czasami, o proporcjonalności; o tym, że żaden sąd, czy agencja arbitrażowa nie uniewinni typa, który odstrzelił małemu dziecku głowę, bo jego (dziecka) piłka wpadła na posesję właściciela. Problem władzy i własności jest casusem Fritzla. Abstrahując jednak od współczesnych systemów społeczno-politycznych, problem ten w libertarianizmie jest dosyć istotny. Co może właściciel na swojej działce? Z jednej strony - może wszystko: to w końcu jego działka, a na prywatnym terenie obowiązują prywatne reguły. Europa tysiąca Lichtensteinów i tak dalej. Właściciel jest suwerenem. Odwołując się do teorii Carla Shmitta, którą w gruncie rzeczy libertarianin powinien akceptować, tj. do stwierdzenia, że suwerenem jest ten, który ma prawo wprowadzenia stanu wyjątkowego na danym terenie, możemy zauważyć, że możność wprowadzenia stanu wyjątkowego jest atrybutem władzy. Truizm, wiem. Ale truizm dosyć istotny. Otóż wprowadzenie stanu wyjątkowego jest symbolicznym dookreśleniem, kto na danym terenie ustala reguły. Jeśli więc właściciel, wracając do naszego przykładu, odstrzeli studentowi głowę, a następnie sąd orzeknie, że była to kara niewspółmierna do winy, okaże się, że to nie właściciel określa zasady przebywania na swoim terenie. Właściciel nie jest suwerenem. Właściciel nie jest właścicielem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz wyobraźmy sobie, że właściciel nie zgadza się na skazujący wyrok i nie ma zamiaru poddać się karze - wypłacić odszkodowanie rodzinie, czy co tam sąd wymyśli. Wraca sobie z powrotem do chacjendy i żyje spokojnie. Co mogą zrobić sędziowie i ich zwolennicy w takim sporze? Mogą zrobić - i jest to tak naprawdę jedyne "skuteczne" działanie - wjazd na chatę i siłowe uregulowanie należności. W takiej sytuacji jednak idzie się jebać właściciel, jego suwerenność i aksjomat nieagresji. Znajdujemy się w jakimś wulgarnym stirneryzmie. Dostrzegam tutaj jeden manewr, który libertarianin może zastosować, by uzasadnić ograniczenie władzy właściciela. Otóż może libertarianin odwoływać się do zasad, tj. do aksjomatów, z których można wyprowadzić całą etykę libertariańską, włącznie z zasadą proporcjonalności kary, itd. Innymi słowy: prawo naturalne. Jeśli jednak mam być szczery, uważam, że to jest słaby argument. Pomijając już cały, wątpliwy zresztą, proces dedukcji, trzeba zadać pytanie, co skłoni właściciela, by uznał za wiążące prawo naturalne z całym jego inwentarzem?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cały czas bowiem opieramy się na tym, że właścicel, niby-suweren, nie wyraził zgody na przekroczenie jego płota przez studenta, włodarzy z sądu, czy wujka Zbyszka. Jego prawo, by takiej zgody nie wyrazić, a w związku z tym - nie mają oni prawa wkraczać na jego terytorium. Libertarianin nie może powoływać się w takiej sytuacji na domniemanie zgody - takie zjawisko nie występuje w teorii libertariańskiej. Rothbard wspominał o domniemanej zgodzie tylko w jednym wypadku - by uzasadnić twierdzenie, że państwo opiera się na przymusie (znany przykład z jednym anarchistą w kraju). Domniemana zgoda nie jest zgodą, a jedynie przypuszczeniem zgody - musi ona być wyrażona &lt;i&gt;explicite&lt;/i&gt;, jeśli ma być obowiązująca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętacie jeszcze przykład Rothbarda z dwoma alternatywami odrzucenia uznania wyłączności własnego ciała? Wtedy, że albo wszyscy mają wszystkich, albo nikt nie ma nikogo? Rothbard twierdzi, że skutkiem przyjęcia każdej z tych dwóch alternatyw jest niechybna śmierć rasy ludzkiej: jeśli nikt nie ma nikogo, nawet siebie, to nikt nie może nic zrobić, a więc nawet zachować życia. Nie będziemy się nad Rothbardem znęcać i nie zapytamy, co to w ogóle znaczy, że ktoś nie może nic zrobić? Co to znaczy "nic" w tym kontekście? Nie będziemy szukać odpowiedzi. Co do drugiej alternatywy, chciałbym zwrócić uwagę na uzasadnienie Rothbarda. Otóż twierdzi on, a powtarza za nim Hoppe, że jeśli wszyscy mają wszystkich, to nikt nie może zrobić - ponownie - nic, bez uprzedniej zgody każdego bez wyjątku na świecie. Wszechświatowy komunizm, rozumiecie. Ponownie, nie będziemy się znęcać i nie będziemy pytać, dlaczego akurat wszechświatowy, itd. Chodzi o to, że domniemana zgoda nie ma racji bytu - albo &amp;nbsp;ktoś wyraził zgodę explicite, albo nie wyraził zgody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Libertarianizm nie radzi sobie z wieloma pytaniami. Jeśli mam być szczery, uważam, że jest to problem dogmatyzmu. Ale to jest libertarianizmu problem, nie mój. To libertarianizm musi sobie z tym poradzić.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5333984957508822370?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5333984957508822370/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/05/dlaczego-kilka-uwag-odnosnie.html#comment-form' title='Komentarze (16)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5333984957508822370'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5333984957508822370'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/05/dlaczego-kilka-uwag-odnosnie.html' title='Dlaczego? - kilka uwag odnośnie libertarianizmu'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>16</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-1692733626076728135</id><published>2011-05-20T16:41:00.001+02:00</published><updated>2012-01-23T00:25:47.935+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='libertarianizm'/><title type='text'>Semantyka</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tak to już jest na tym najdoskonalszym ze światów, że nazywamy to, co już jest. Nie "jest" w sensie "mogę dotknąć, kopnąć, się potknąć", tylko w sensie szerszym: coś, czego w jakiś, niekoniecznie namacalny, sposób doświadczam (choćby i w wyobraźni). Tak sądzę. Mamy na ten przykład słowo "stół", które po naszemu oznacza, nikt by się nie domyślił, stół. Ale mamy słowo "zamek", które w zależności od kontekstu, może oznaczać na przykład średniowieczną budowlę, suwak, albo hm... mechanizm, służący do zamykania drzwi na klucz. Nie odkrywam chyba Ameryki, pisząc, że kontekst ma znaczenie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie wiem, czy wiecie, ale na świecie istnieją jednorożce. Powaga. Kiedyś ludzie byli inni niż teraz i wierzyli np. w Boga, wiedźmy, wróżki, czarcie moce, szatany i inne temu podobne. Obecnie pozostał nam jeszcze Bóg, od biedy szatan, a w grupie dziewcząt 13+ doszedł jeszcze wampir z wilkołakiem. Za to w jednorożce już nie wierzymy. Kiedyś wierzyli, a ich istnienie prosto z Jawy Małej (obecnie Sumatra) relacjonował Marco Polo. Wedle naszego podróżnego kupca jednorożce nie są podobne do (tutaj satyryczny opis Umberto Eco) &lt;i&gt;wdzięcznych białych jelonków ze spiralnym rogiem&lt;/i&gt;. Wyglądają raczej, jak... no, sami to sobie wyobraźcie:&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;blockquote style="text-align: justify;"&gt;niewiele co mniejsze od słoni. Sierść mają podobną do bawolej, a nogi jak słonie. Mają róg jeden na czole bardzo wielki i czarny. Lecz mówię wam, że nie atakują rogiem tym, lecz językiem: gdyż na języku mają kły bardzo długie [...]. Głowę mają na kształt odyńca i zawsze noszą ją pochyloną ku ziemi; przebywają chętnie w błocie i mule. Szkaradny jest widok tego zwierzęcia [...].&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No i kto bez cioci wikipedii i wujka google'a wie, o jakich to jednorożcach pisał Marco Polo? Jasne, że o nosorożcach.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wszystko powyższe jest niejako wprowadzeniem do sedna niniejszego wpisu. Otóż obserwuję od jakiegoś czasu próbę "odzyskania" libertarianizmu. Już wyjaśniam. Od jakiegoś czasu w polskim światku libertariańskim używany jest termin "vulgar libertarian". Sęk w tym, że termin ten był do tej pory stosowany raczej w formie prześmiewczej i ironicznej głównie przez tę grupę libertarian, do której w sposób śmiertelnie poważny, powinien być odniesiony. Z racji takiego, a nie innego odbioru "wulgarnego libertarianizmu", został ukuty inny termin - propertarianizm, po raz pierwszy chyba wspomniany na jednej dyskusji na Liberalis.pl. Co ciekawe, termin propertarianizm, zdaje się, że tożsamy z "vulgar libertarian" Carsona, został przyjęty z jednej strony (nazwijmy ogólnie, lewicy libertariańskiej) entuzjastycznie, a z drugiej... W gruncie rzeczy, neutralnie, bowiem nie jest w żadnej mierze sprzeczny z tym, co oferuje nam Rothbard, Hoppe, czy 95% współczesnej tradycji libertariańskiej.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W międzyczasie zaistniało pojęcie &lt;i&gt;true libertrarian&lt;/i&gt;, znaczące mniej więcej to samo, co dwa powyższe stwierdzenia. Różnica była jedynie konotatywna: tam, gdzie przeciwnicy mówili o "vulgar libertarian", tam zwolennicy określali się, jako "trv libertarian" (bo taka pisownia weszła do użytku). Obecnie pojawił się jeszcze termin hardcore propertarian (w skrócie: HP), którego konotacja różni się w zależności od przyjętej przez nas strategii interpretacyjnej.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dostrzegam tutaj, być może na wyrost, pewną tendencję do zastępowania słowa libertarianizm innymi, bardziej trafnymi i konkretnymi nazwami. Uważam, że jest to aspekt pozytywny, może bowiem pomóc przywrócić libertarianizm na bardziej inkluzywne i otwarte społecznie tory. Ale to nawiasem mówiąc.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wracając jeszcze na chwilkę do naszego kontekstu konotatywnego, naszej wspólnoty interpretacyjnej, chciałbym jeszcze wspomnieć coś o naruszaniu netykiety, a konkretnie o trollowaniu. Jak wszyscy wiemy, trolle to tępe, wielkie i silne stworzonka o skłonnościach napinowych. Otóż wracając do tego o czym napisałem na samym początku, tj. tego, że nazywamy to, co możemy w jakiś sposób doświadczyć i ponieważ sądzę, że większość czytelników tego bloga obraca się w tym samym środowisku ideowym, co ja, chciałbym, i - wreszcie - ponieważ możemy znaleźć wspólne doświadczenia pod tym względem, chciałbym wprowadzić nowe słówko. Z powyższych powodów pozwolę sobie mieć nadzieję, że nie będzie ono należało do mojego słownika prywatnego, ale znajdzie powszechne, przynajmniej do pewnego stopnia, zastosowanie. Słowo to wiąże się i z trollem i z "trv libertarianinem". To słówko to&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;b&gt;TRVL&lt;/b&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-1692733626076728135?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/1692733626076728135/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/05/semantyka.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/1692733626076728135'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/1692733626076728135'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/05/semantyka.html' title='Semantyka'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-6883209569711353082</id><published>2011-05-08T22:30:00.002+02:00</published><updated>2011-07-12T02:14:59.600+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='libertarianizm'/><title type='text'>Przerost formy nad treścią</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wy wiecie, że ja się chwalić nie lubię i skromny jestem. Powiem wam jeszcze, że jestem hardkorem. No bo jak nazwać człowieka, który już nie uważa się za libertarianina, libertarianizm uważa za głupi, a mimo to nadal czyta o libertarianizmie, albo libertarian? Ba! wydaje na to ciężko zarobione pieniądze! Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Czytam obecnie najświeższego Hansa Hermanna Hoppe'go, wydania Fijora (&lt;i&gt;Ekonomia i etyka własności prywatnej...&lt;/i&gt;).&amp;nbsp;Zaznaczam, że nie przeczytałem jeszcze całej książki, więc to, co niżej przeczytacie, odnosić się będzie jedynie do tej części, którą mam już za sobą.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zanim pogadamy o kwestiach merytorycznych, chciałbym kilka słów powiedzieć na temat samej formy wydania. Nie podoba mi się. Ani mi się nie podoba twarda oprawa (nie uważam, by tego typu książki warte był twardych opraw), ani tłumaczenie, ani wiele innych rzeczy. Po kolei. A, może zacznijmy od plusów: podoba mi się, że książka jest szyta. Ja wiem, że to nie ma lekko i albo szyjemy twardą oprawę, albo kleimy miękką. A mnie się i tak podoba szycie i nie podoba twarda. Dobrze, jeśli mam być szczery, uważam, że Fijor mógłby sobie darować twardą oprawę i szycie i zamiast tego zainwestować w korektę. Ilość błędów jest wręcz ma_sa_krycz_na i zaczyna się już na stronie ze stopką redakcyjną. I weź tu człowieku decyduj teraz, czy cytować z błędem, czy poprawić (i ew. zaznaczyć, że cytat modyfikowany), czy w ogóle nie cytować. Ja wiem, że na rynku wydawniczym rządzi cięcie kosztów (inaczej jest u tych, co naprawdę rządzą, ale to nie ma związku), no ale na litość boską, tu już nie chodzi o interpunkcję! Zresztą, gdyby chodziło tylko o interpunkcję (która &lt;i&gt;nota bene &lt;/i&gt;również pozostawia wiele do życzenia), to bym olał sprawę - w końcu 3/4 Polaków nie wie gdzie, kiedy i po kiego chuja stawiać przecinki. Ale mamy na przykład coś takiego (zwróćcie uwagę na tłumaczenie, jest.... kapitalne?):&lt;/div&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Wyjaśniliśmy już strategiczne funkcje wszystkie z nich, poza jedną: z jakiego powodu nie są to ne:one normalnymi elementami gospodarki, zdeterminowanymi przez siły popytu i podaży, czy nawet zwykłymi dobrymi uczynkami, lecz działaniami redystrybucyjnymi, mającymi na celu stabilizację a, jeśli to możliwe, zwiększenie wolumenu zdobywanego przez państwo - w drodze wyzysku - dochodu i bogactwa. (s.97)&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Witki opadają, mam nadzieję, nie tylko mi. W stopce co prawda jest wpisany ktoś do korekty, ale to chyba ten ktoś, niczym ta blondynka z kawału, "korektorował" monitor. Słabiutko wygląda indeks, ma zbyt dużą czcionkę i wali po oczach. Nie ma też w indeksie nazwisk, przewijających się w przypisach - a szkoda, bo gościu jak się do kogoś odwołuje, to głównie w przypisach. Można więc by było dodać numer strony przy nazwisku jakiegoś ziomka i dyskretnie dopisać literkę "p", albo "ff". Nie inaczej wygląda sprawa bibliografii: w układzie alfabetycznym zaczyna się od Hayeka, a pozycje przytaczane i cytowane w przypisach nie zostały w niej uwzględnione. Jestem skłonny zaakceptować za to okładkę. Wreszcie bez żadnych bazgrołów - stonowana i poważna. W przeciwieństwie do reszty książki.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No właśnie, reszta książki. Zacznijmy może tak: kiedyś już powiedziałem, co myślę o HHH. Podtrzymuję tamto zdanie, a niezorientowanym powtórzę: HHH jest bucem. Dlaczego tym razem? Książka składa się z dwu części: ekonomicznej i filozoficznej. Pierwsza zawiera 8 rozdziałów, druga -7. Trudno zresztą nazwać to rodziałami, to raczej artykuły, zupełnie bez związku (ok, związek jest, ponieważ HHH na wciąż pisze o tym samym i jest w swoim bucostwie strasznie monotematyczny). W dodatku - wtórne: na 15 rozdziałów (artykułów) mamy jeden premierowy, jeden zmodyfikowany i jeden napisany przy współpracy dwóch innych ziomów. Reszta - z odzysku. Można co prawda powiedzieć, że libertarianie są zieloni - recycling. Można, tylko po co?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Może część z was uważa, że to żaden problem, że niektóre z tych artykułów były już raz, lub częściej (!) publikowane. Jasne. Żaden problem. Żadnym problemem jest też to, że część akapitów została przeniesiona w różne miejsca za pomocą "ctrl+c ctrl+v". No dobra, może przesadzam - u Rothbarda zmieniała się kolejność, u Hoppe'go też mamy drobne zmiany. Na stronie 60. możemy przeczytać:&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;Własność można nabyć albo przez zawłaszczenie, produkcję i umowy, albo przez wywłaszczenie i wyzysk zawłaszczających, producentów i zawierających umowy. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z kolei na stronie 92 czytamy, co następuje:&lt;/div&gt;&lt;blockquote style="text-align: justify;"&gt;Zdobycie i pomnażanie bogactwa możliwe jest albo poprzez pierwotne zawłaszczenie, produkcję i wymianę opartą na umowach, albo przez wywłaszczenia i wyzysk właścicieli, producentów oraz osób prowadzących interesy oparte na umowach wymiany. Nie ma innych sposobów. Obie metody są dla ludzkości naturalne.&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Podstawy tłumaczenia również wam podam, żebyście mogli poznać sztukę kreatywnego tłumaczenia: (1) &lt;i&gt;One can acquire property either through homesteading, production, and contracting, or else through the expropriation and exploitation of homesteaders, producers, or contractors. There are no other ways.&amp;nbsp;Both methods are natural to mankind.&lt;/i&gt; i (2)&amp;nbsp;&lt;i&gt;One can acquire property either through homesteading, production and contractual exchange, or by exprorpriating and exploiting homesteaders, producers, or contractual exchangers.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;i&gt;There are no other ways.&amp;nbsp;Both methods are natural to mankind.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wy nie wiecie, ale ja wiem, dlaczego on to powtarza. To jak z rzucaniem zaklęć - będziesz powtarzać, to może staną się prawdą. Już, już się odczepię od tłumacza, tylko jeszcze jedną rzecz wam pokażę (raczej odnośnie Hoppe'go, niż tłumacza). Na stronie 19. przeczytałem, że &lt;i&gt;każde dobro może wciąż zmieniać swoje cechy; może nawet z publicznego czy prywatnego dobra stać się publicznym bądź prywatnym złem i vice versa&lt;/i&gt;. Powaga, Hoppe sam pisał "public or private bad or evil"! Co to ma w ogóle, kurwa, być?!?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;***&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Myślałem, że uda mi się to szybko załatwić, ale nie dotarłem jeszcze nawet do połowy. Pozwolę więc sobie skrócić moje obiekcje i skupić się tylko na kilku sprawach. Zacznijmy może od opodatkowania. Hoppe po kilkunastostronnicowym wywodzie dochodzi do wniosku, że w &lt;i&gt;jakikolwiek sposób by tego nie wyrazić, nie można uciec od wniosku, że opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa i tym samym względne zubożenie&lt;/i&gt; (s. 59). No więc ja bym chciał wysunąć następującą tezę: jeżeli opodatkowanie jest sposobem na utrudnienie formowania bogactwa, to znaczy, że w jakiś sposób negatywnie wpływa na akumulację kapitału w postaci gotówki. A gdzie trzymamy gotówkę? Na koncie. A skoro na koncie, to znaczy, że w banku. Jeżeli wpłacamy pieniądze do banku, to on tworzy (rezerwa cząstkowa) xxx gotówki więcej, niż dostał. Do czego to prowadzi - każdy libertarianin wie: boom&amp;amp;bust, czyli cykl koniunkturalny. Możemy więc wyprowadzić logicznie poprawny wniosek, że opodatkowanie jest formą zapobiegania cyklom koniunkturalnym. Ba, możemy wyprowadzić wniosek, że były prezes Jarosław Kaczyński, jako trzymający gotówę w skarpecie, jest kryptolibertarianinem!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;To było w kwestii formowania bogactwa. A teraz zubożenie. Oczywiście, względne, bo jak zmierzyć bezwzględne? Chciałbym zwrócić przy tym uwagę, że równie poprawny byłby wniosek, że opodatkowanie służy względnemu wzbogaceniu społeczeństwa. Jakim cudem? Zacznijmy od definicji:&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;Opodatkowanie jest przymusowym, nie opartym na umowie transferem określonych zasobów fizycznych (obecnie najczęściej, choć nie tylko, pieniędzy) [...] od osoby lub grupy osób, która pierwotnie je posiadała, do innej, która obecnie je posiada [...] (s. 45).&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Weźmy te pieniądze. Wyobraźmy sobie taką akcję: gościu ma kasę. Opodatkowują go. Przekazują jego kasę w formie redystrybucji komuś innemu. Kasę miał gościu A, a ma gościu B. Transfer? Transfer. A dlaczego nie zrobili na odwrót, tj. nie zabrali gościowi B i nie przekazali gościowi A? Może dlatego, że gościu B to menel jakiś, który kasy nie miał, a gościu A do burżuj, który kasę miał? Zamiast odwoływać się w tym miejscu do piramidy potrzeb Maslowa, chciałbym się powołać na prawo malejącej użyteczności krańcowej, czy tam marginalnej. Jeżeli ktoś ma dużo kasy, to zabranie mu nadwyżki ponad jakimś, arbitralnie ustalonym progiem, będzie jego zubożeniem. Z drugiej strony, jeżeli ktoś nie ma kasy, to wręczenie mu jej będzie jego wzbogaceniem. Prawo malejącej użyteczności krańcowej może nam pozwolić wysunąć wniosek, że de facto opodatkowanie, czyli redystrybucja dochodu jest wzbogaceniem społeczeństwa - zabieramy typkowi A, a dajemy typkowi B, który wyżej ceni pierwszą pomarańczę, niż A - 16-tą. Niech żyją podatki!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Fajnie Hoppe gada na temat pieniędzy. Na przykład zgodnie z amerykańskim mitem self-made man'a uważa, że [p]&lt;i&gt;ieniądz został wynaleziony przez nastawionego na własny interes człowieka &lt;/i&gt;(s. 87). Jest to tak fascynujące i wiekopomne twierdzenie, że aż dziw, że królowa brytyjska, czy tam księżna, czy kto tam teraz rządzi, nie wręczyli Hoppe'mu tytułu sir. A jeszcze lepiej, Hoppe powinien wskazać palcem tego człowieka, który ten pieniądz wymyślił (a przynajmniej jego szczątki), żeby powstało nowe miejsce kultu. W końcu tak wielki odkrywca, jak odkrywca pieniądza nie mógł pozostać anonimowy i swą sławą powinien zdmuchnąć Dżizaza z kart biblijnej historii.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ale nie jest to najmocniejsza teza odnośnie pieniędzy. Otóż w pewnym momencie Hoppe mówi wprost, że&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;myśleć o wolnym rynku w odniesieniu do konkurujących banków, ale i konkurujących pieniędzy, byłoby fundamentalnym nieporozumieniem co do istoty pieniądza. Konkurujące pieniądze nie są wynikiem działań na wolnym rynku, lecz zawsze stanowią rezultat przymusu, narzuconych przez rząd przeszkód na drodze racjonalnych zachowań gospodarczych. (s. 89).&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Myślicie, że nowomowa? Możliwe, w końcu&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;Zamiast mówienia o państwowym kapitalizmie monopolistycznym [jak chcą marksiści - sc], bardziej stosowne byłoby nazywanie obecneg[o - brak literki, sc] systemu "finansowanym przez państwo socjalizmem monopolistycznym, albo "socjalizmem burżuazyjnym". (s. 105).&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Naczytał się Foucault'a i teraz wszędzie widzi dyskursy władzy. Świr.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wiąże się to z hoppe'ańską teorią stosunków międzynarodowych i wojen. Hoppe twierdzi bowiem, że &lt;i&gt;im bardziej liberalne jest państwo wewnętrznie, tym bardziej prawdodobne, że zajmie się agresją. Wewnętrzny liberalizm czyni społeczeństwo bogatszym; bogatsze społeczeństwo, któremu można zabierać, czyni bogatszym państwo, a bogatsze państwo oznacza coraz więcej zakończonych powodzeniem wojen zaborczych &lt;/i&gt;(s. 111).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Czaicie ten argument? Pamiętacie Małego księcia i rozmowę z pijakiem? Pijak pił, żeby zapomnieć, że się wstydzi, że pije. Odnoszę wrażenie, że Hoppe też powinien się napić. Albo przestać. W gruncie rzeczy Hoppe, będąc pod wielkim, do czego sam się przyznaje, wpływem Rothbarda, wyprowadza rothbardiańskie wnioski, tylko tak... dookoła. Już Rothbard twierdził bowiem, że Stany Zjednoczone w trakcie zimnej wojny były stroną napastliwą, w przeciwieństwie do Sowietów, którzy to &lt;i&gt;wypracowali politykę zagraniczną, którą libertarianie uznają za jedynie słuszną i uzasadnioną&lt;/i&gt; (&lt;i&gt;O nową wolność...&lt;/i&gt;, s. 358).&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Najbardziej żałosna jest jednak "analiza" teorii klasowych marksizmu i libertarianizmu (czy szkoły austriackiej). Jest tak żałosna, że musiałbym naprawdę wiele kartek zapełnić, żeby poważnie o niej napisać. Tutaj ograniczę się tylko do jednej drobnostki. Otóż Hoppe twierdzi, że Marks bardzo dobrze opisał, w jaki sposób pierwotna własność kapitalistyczna powstała w wyniku rabunku, grodzenia i podbojów. Sam Hoppe twierdzi, że jest to "generalnie prawdziwe". &lt;i&gt;Trzeba być jednak świadomym faktu&lt;/i&gt;, pisze dalej,&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;że Marks wprowadza pewien trick. Zajmując się badaniami historycznymi i wzmagając oburzenie czytelnika brutalnością stojącą za ukształtowaniem się wielu kapitalistycznych fortun, omija tak naprawdę omawiane zagadnienie. Odciąga uwagę od faktu, że jego teza jest tak naprawdę zupełnie inna: dokładniej, że jeśli nawet mielibyśmy "czysty" kapitalizm, by tak to ująć (taki, w którym pierwotne przejęcie kapitału było wyłącznie rezultatem zawłaszczeń), czyli pracę i oszczędności, kapitalista, który zatrudniłby robotników do pracy z tym kapitałem, mimo wszystko dokonywałby wyzysku. (s. 130, pisownia oryginalna - sc).&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Żeby być uczciwym ze sobą, muszę zauważyć, że to nie Marks, tylko Hoppe dokonuje tutaj tricku. Może ktoś z was wie, dlaczego niby to Marks miałby wyobrażać sobie czysty kapitalizm Hoppe'go i pisać o nim, a nie o kapitalizmie, jaki znał? Co kogokolwiek w ogóle obchodzi, jaki kapitalizm sobie wymyślił Hoppe i co to ma do Marksa?!?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie wiecie? Otóż ja wiem. Wiem to ze strony 47., gdzie przeczytałem, że [d]&lt;i&gt;oświadczenie nie może pokonać logiki&lt;/i&gt;. Tym gorzej dla faktów.&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span class="apple-style-span"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="EN-US"&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-6883209569711353082?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/6883209569711353082/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/05/przerost-formy-nad-trescia.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6883209569711353082'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6883209569711353082'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/05/przerost-formy-nad-trescia.html' title='Przerost formy nad treścią'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-2326615155616435880</id><published>2011-04-28T00:36:00.003+02:00</published><updated>2011-04-28T09:10:37.508+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Uwrażliwianie</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie lubię pisać o moich doświadczeniach czytelniczych. W ogóle nie lubię pisać o książkach. Ciężko mi to idzie. Zauważyłem zresztą, że pisanie o czymkolwiek ciężko mi idzie. Nie mam już tej lekkości słowa, którą widziałem kiedyś. Napisałem już tutaj ponad 50 notek, ale naprawdę niewiele jest takich, które naprawdę uważałbym za dobre. Naturalnie, nie uważam, by były to beznadziejne wpisy - gdyby tak było, nie moglibyście ich nigdzie przeczytać. Tak, jak na przykład nie możecie przeczytać wierszy, czy opowiadań, które kiedyś namiętnie pisałem. Z bólem serca więc powtarzam, że nie lubię i nie umiem pisać o książkach, które przeczytałem. Skoro tak jest, tym bardziej powinniście docenić to, co poniżej napiszę.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Skończyłem właśnie czytać smutną książkę. Smutna, to naprawdę najbardziej adekwatny przymiotnik, jaki mogę znaleźć. &lt;i&gt;Prowadzący umarłych&lt;/i&gt; to zapis rozmów chińskiego pisarza Liao Yiwu z ludźmi, z którymi wywiadów się nie przeprowadza. Wśród jego rozmówców są m.in. handlarz ludźmi, a konkretnie kobietami, chłop, który obwołał się cesarzem, ogłosił niepodległość swojego cesarstwa, a teraz siedzi w chińskim pierdlu, szczery komunista, ogłoszony jako prawicowiec, były właściciel ziemski, kierownik komitetu sąsiedzkiego, czerwonogwardzista, kontrrewolucjonista, ojciec chłopaka, który zginął na Tian'anmen, hiena cmentarna, złodziej, czy lunatyk, który nieświadomy swojej przypadłości, zapisał się do wojska.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wszystkie rozmowy, poza kilkoma zupełnie niezwiązanymi z głównym wątkiem, dotyczą rozwoju Chin i ich przeszłości. Począwszy od rewolucji komunistycznej i walce z nacjonalistami, przez Wielki Skok Naprzód, Wielki głód, Rewolucję Kulturalną, otwarcie na świat, aż do współczesności. &amp;nbsp;Więcej można się z tych rozmów dowiedzieć, niż z niejednego podręcznika do historii Chin.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Trudno nam sobie wyobrazić tamten klimat polityczny. Jeżeli byście mnie spytali, czy pod koniec lat 40. poszedłbym z komunistami, nie potrafiłbym wam odpowiedzieć. Fajnie po przeczytaniu tej książki powiedzieć, że te komuchy to straszne skurwysyny były. Bo były i tego nie da się ukryć. Ale nie wiem, jak sam bym się wtedy zachował. Kto czytał np. &lt;i&gt;Efekt lucyfera&lt;/i&gt;, albo nie jest idiotą (czyt. propertarianinem), ten wie, o czym mówię. Nie wiem, jak bym się zachował na miejscu byłego właściciela ziemskiego, oskarżanego o niewyobrażalne zbrodnie przeciwko ludziom pracy, albo na miejscu biednego chłopa, który zabił swoją 3-letnią córkę, by ugotować jej mięso i dać jeść rodzinie. Ta książka poraża.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Fajnie nam się rozmawia, czy komuniści to byli raczej pragmatycy, czy idealiści. W dyskusjach nam wychodzi, że albo pragmatycy, którym się nie udało zrobić dobrze (ew. celowo zrobili dobrze tylko sobie), albo idealiści, bo komunizm to zbrodnia nie tylko na umyśle, ale i na ludzkości, a w ogóle to jakim cudem komuniści wygrywali tu, i tam, i siam. Odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta: ano dlatego, że to były złote lata komunizmu. Komunizm był w Rosji, komunizm był w Chinach, Azji Południowo-Wschodniej, Ameryce Południowej, w Europie. To był złote lata komunizmu. A w Chinach, po przeczytaniu tej książki, ma się wrażenie, że każdy był komunistą. Każdy napiętnowany prawicowiec był komunistą. Bo pewnie był.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Bardzo mocno w pamięć wbił mi się fragment rozmowy z czerwonogwardzistą. Liu Weidong, bo tak się nazywał, zapisał się do Czerwonej Gwardii w 1966 roku. Swoje przeżył, swoje zrobił, a wielu czytelników zupełnie szczerze nazwałoby go kutasem, skurwysynem i komuchem. Z tym ostatnim by się zresztą zgodził, ale to różnice między denotacją a konotacją. Liu Weidong kończy rozmowę tymi słowy (a ja nimi kończę wpis):&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pamiętam, że podczas rewolucji kulturalnej mieliśmy poczucie, że jesteśmy niepokonani, i chcieliśmy zbawić za pomocą komunizmu cały świat. Nigdy bym nie przypuszczał, że tak skończę. Nawet sam siebie nie umiem zbawić.&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-2326615155616435880?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/2326615155616435880/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/04/nie-lubie-pisac-o-moich-doswiadczeniach.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2326615155616435880'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2326615155616435880'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/04/nie-lubie-pisac-o-moich-doswiadczeniach.html' title='Uwrażliwianie'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-6306372445081127205</id><published>2011-04-23T23:53:00.001+02:00</published><updated>2011-04-23T23:57:28.427+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='libertarianizm'/><title type='text'>Ockham, Rothbard i kosmici</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wiecie, że Rothbard się do Ockhama nie stosował? Wiem, że to mało interesujące, bo Rothbard w ogóle do innych to się rzadko stosował. &lt;em&gt;Nie należy mnożyć bytów nad potrzebę&lt;/em&gt; i tak dalej... Jasne, że to nie do końca Ockham, ale o tym już mało kto wie. Kiedyś już, kiedyś, pół roku dobre temu, &lt;a href="http://smootnyclown.blogspot.com/2010/08/czlowiek-rezonansu.html"&gt;wytykałem&lt;/a&gt; Rothbardowi, że się gościu powtarza. Chodziło mi konkretnie o fragment, związany z samoposiadaniem i ewentualnym jego odrzuceniem. Po cholerę mnożyć&amp;nbsp;fragment do trzech książek? Żeby co, więcej ludzi je przeczytało?&amp;nbsp;Bez jaj. Może żeby mocniej wbić im to do głowy? Ale po co takie bzdury komukowiek wbijać? Załóżmy jednak, że miał Rothbard sobie tylko znane powody (jak nie wiadomo o co chodzi, to... wiadomo o co chodzi), by zastosować taki "manewr". &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Pozwolę sobie zacytować tutaj stosowny ustęp z &lt;em&gt;Etyki wolności&lt;/em&gt;, poczynając od strony 127:&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Odłóżmy na moment bardziej złożone przypadki własności realnej, koncentrując się na kwestii ludzkiego prawa do swojego własnego ciała. Mamy tu dwie alternatywy: albo możemy ustanowić zasadę, że każdy człowiek powinien mieć prawo pełnego posiadania swego ciała, albo też możemy założyć, że &lt;em&gt;nie&lt;/em&gt; może on mieć takiego prawa. Jeśli przyjmiemy, że człowiek &lt;em&gt;powinien&lt;/em&gt; mieć takie prawo, uznajemy libertariańskie prawo naturalne wolnego społeczeństwa [...]. Jeśli jednak takiego prawa &lt;em&gt;nie &lt;/em&gt;powinien mieć, jeśli żaden człowiek &lt;em&gt;nie&lt;/em&gt; ma prawa do pełnego i stuprocentowego samoposiadania, to mamy do czynienia z jednym z dwóch modeli: (1) modelem "komunistycznym", Powszechnego i Równego Cudzoposiadania, albo (2) Częściowego Posiadania Jednej Grupy przez Drugą, a więc z systemem rządów jednej klasy nad drugą. Są to jedyne logiczne alternatywy dla stuprocentowego samoposiadania przez wszystkich ludzi.&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zauważacie przy tym, że co do ilości alternatyw, Rothbard stosuje brzytwę aż nadgorliwie? Pomińmy w tym momencie rozważania nad tymi alternatywami, a skupmy się na tym nieszczęsnym samoposiadaniu. Kilka stron dalej Rothbard dodaje, że &lt;em&gt;społeczeństwo pełnego samoposiadania dla wszystkich polega na pierwotnym fakcie naturalnego samoposiadania przez każdego człowieka oraz na fakcie, że kazdy człowiek może żyć i prosperować tylko wtedy, gdy korzysta&amp;nbsp;z prawa wolnego wyboru&lt;/em&gt; [...]. Zwróćcie uwagę na dwie rzeczy: skąd i na jakiej podstawie wzięło się Rothbardowi, że człowiek może funkcjonować TYLKO wtedy, gdy korzysta z prawa wolnego wyboru? I zwróćcie też uwagę na masłomaślaność tego zdania: samoposiadanie wszystki polega na samoposiadaniu przez każdego człowieka. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest jednak jeszcze coś innego. Pisze Rothbard, że wyjaśnienie tego nie jest takie proste, gdyż [l]&lt;em&gt;udzie nie są bezwładnymi wiankami unoszącymi się na wodzie; są bytami, istototami, które mogą przetrwać tylko poprzez zmaganie się z zasobami materialnymi i przekształcanie ich&lt;/em&gt; (szkoda, że do tego się ograniczył). I gościu zaraz potem z pełną powagą (!!!) wraca do "naszej wyspy Crusoe i Piętaszka".&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dobrze, wróćmy do rzeczy. Nie ulega dla Rothbarda wątpliwości, że każdy człowiek posiada sam siebie. Współcześnie używa się kategorii samoposiadani (&lt;em&gt;self-ownership&lt;/em&gt;), choć niegdyś mówiło się raczej o "autowłasności" (&lt;em&gt;proprietor of his own&lt;/em&gt;) - tak zresztą definiuje sprawę Locke, od którego Rothbard chciałby wyjść (cichaczem odrzucając zresztą zastrzeżenia Locke'a co do własności, tzw. &lt;em&gt;proviso&lt;/em&gt;). Skoro tak, tzn. skoro posiada sam siebie, to przyłączając do siebie coś, tj. "mieszając swoją pracę", uzyskuje prawo do... no właśnie, do czego? Z pewnością do posiadania, tj. bieżącego użytkowania - skoro użytkuje, to użytkuje. Rothbard jednak idzie dalej i wychodząc od samoposiadania (ustawicznego użytkowania swojego ciała), przechodzi do praw własności, tj. wyłącznego użytkowania przedmiotów trzecich. Między posiadaniem a własnością istnieje pewna różnica, którą dostrzegał Locke (a przynajmniej skłaniałbym się do takiego twierdzenia w oparciu właśnie o jego ograniczenia własności), a której nie widzi, albo celowo pomija, Rothbard. Pytanie, dlaczego Rothbard przechodzi od posiadania do własności, pozostaje, i chyba pozostanie, pytaniem odwartym. Jeżeli jednak mnie byście się chcieli spytać, czy wiem, skąd Rothbardowi się to wzięło, to mogę wam powiedzieć, co o tym sądzę. Otóż sądzę, że Rothbardowi wzięło się to z dupy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz kosmici, bo pewnie was zaintrygowali. Otóż na gruncie początkowo przywoływanego twierdzenia Ockhama, chciałbym powiedzieć, że piramidy egipskie stworzył kosmita, pstrykający palcem. Po co tworzyć tysiące bytów niewolniczych, skoro wystarczy jeden ufoludek? No, chyba, że chodzi o jakość, nie ilość....&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-6306372445081127205?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/6306372445081127205/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/04/ockham-rothbard-i-kosmici.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6306372445081127205'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6306372445081127205'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/04/ockham-rothbard-i-kosmici.html' title='Ockham, Rothbard i kosmici'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-4226454555150943370</id><published>2011-04-17T23:17:00.000+02:00</published><updated>2011-04-17T23:17:39.463+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>Reklama</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Jak ktoś odwiedził blog Krzyśka, to już wie. A jak nie odwiedził, to ja go informuję. Ukazała się już po polsku książka Carsona &lt;em&gt;Studies in mutualist political economy&lt;/em&gt;. Niemniejszym a większym polecam wszystkim. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://carson.liberalis.pl/"&gt;Tutaj w pdf&lt;/a&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-4226454555150943370?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/4226454555150943370/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/04/reklama.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4226454555150943370'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4226454555150943370'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/04/reklama.html' title='Reklama'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-6715521454644438118</id><published>2011-04-10T22:10:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:09:48.297+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kultura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Notatki na marginesach</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zaczniemy&amp;nbsp;z grubej rury. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Do you know why Beyonce sings "To the left/To the left"?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Because Niggers don't have rights.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Porozmawiajmy o tekstach. W tym o literaturze. Zasadniczo rzecz biorąc, uważam, że literatura pełni, a przynajmniej może pełnić, ważną funkcję. Skupiam się na literaturze, ale równie dobrze mógłbym mówić o filmie, muzyce, czy sztuce. Mówię o literaturze, bo o reszcie nie mam zbyt dużego pojęcia. A, póki pamiętam, jeśli już mowa o filmie, to oblukajcie sobie&amp;nbsp;&lt;em&gt;The other&amp;nbsp;guys&lt;/em&gt;, słabo przetłumaczoną na &lt;em&gt;Policję zastępczą&lt;/em&gt;.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Niestety główną rolą literatury jest rozrywka. Nie uważam bynajmniej, że literatura w ogóle nie powinna służyć rozrywce. Powinna. Literatura trochę nam mówi o życiu. Czasami mówi nam o życiu, które chcielibyśmy mieć, a czasami - o takim, którego pożyczylibyśmy swoim wrogom. Oczywiście możemy też ruszyć w stronę fantastyki (fantasy i s-f), która o życiu mówi nam mniej. Wszyscy widzimy różnicę między Ludlumem, Sapkowskim a Grocholą. Pozwolę sobie jednak kompletnie olać taki podział i zaproponować inny. W moim podziale Grochola, Ludlum, Sapkowski, czy&amp;nbsp;Coelho stoją w jednym rzędzie. Trzymają się za rączki i bronią swojej wersji historii. Powiem wprost, że jest to ten rodzaj literatury, którym niezbyt poważam. Owszem, Ludluma, czy Sapkowskiego fajnie się czyta, natomiast w żadnym razie nie uważam, by była to literatura warta zachodu. A może właśnie jest to literatura warta Zachodu? By wyrazić rzecz jaśniej: uważam, że powyżsi autorzy piszą książki typowo rozrywkowe. Książki, których nie warto kupować, bo poza jednorazowym przeczytaniem nie będzie po co do nich wracać. Emocje i rozrywkę na podobnym poziomie może zaoferować kino. A jest przy tym formą wizualną i prostszą, a więc z większym potencjałem. Potwierdzają to przeróżne badania, dotyczące poziomu czytelnictwa (jakkolwiek nie uważałbym ich w żadnej mierze za miarodajne, ani też aspirujące do miarodajności). Oczywiście, jeśli jedna kobieta codziennie sypia z innym facetem, a jej siostra w ogóle nie sypia (w domyśle: z facetami), to statystycznie obie puszczają się co drugi dzień. Niemniej uważam, że ciekawie wyglądałyby statystyki sprzedaży bestsellerów i oglądalności (w kinie) różnych filmów[1]. Najlepiej na przełomie kilku lat. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dobrze, mamy pierwszą drużynę. Po drugiej stronie stoją m.in. Eco (choć ja osobiście za głupi jestem, żeby wyciągnąć z Eco tyle, ile bym chciał), Conrad, Mann, czy Nabokow. Pozwolę sobie nie wspomnieć przy tym o Orwellu i całej masie innych pisarzy, którzy "zmienili moje życie". W ich książkach rozrywka ustępuje miejsca, powiedzmy, refleksji. Refleksji, uściślijmy, niekoniecznie stricte filozoficznej. Ba!, wręcz z rzadka filozoficznej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uważam raczej, że funkcja literatury jest, a przynajmniej być powinna, społeczna. Literatura (ale również film, czy sztuka[2]) może - powinna! - przede wszystkim uwrażliwiać. Tak, jak to czyni Carlos Fuentes, albo Alice Walker, albo Yann Martel, albo... No, na podorędziu mam jeszcze kilka nazwisk. Co znaczy, że literatura powinna uwrażliwiać? Otóż wedle mojej projekcji, rolą literatury jest ukazanie, czy uświadomienie nam cierpienia. Ponieważ, jak napisałem w poprzedniej notce, uważam, że ludziom należy się szacunek, za istotną uważam minimalizację cierpienia. Sama świadomość, że cierpienie istnieje, że - być może - to my jesteśmy jego przyczyną, może przynieść zmianę takiego stanu rzeczy. Literatura może nam pomóc w dostrzeżeniu siebie&amp;nbsp;w innych postaciach, czy to fikcyjnych, czy rzeczywistych - tak, jak to zrobiła na przykład &lt;em&gt;Chata wuja Toma&lt;/em&gt;[3].&amp;nbsp;Szukajmy książek, które, powtarzając za Rorty'm, zmieniają nasze życie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko to, co powyżej napisałem o roli literatury przechodzi teraz w naszą rolę, rolę czytelników tejże literatury. Czytanie, albo wyczytywanie, literatury nie jest rzeczą prostą. Nie jest to zresztą wyłącznie problem literatury. Wszelkie aspekty, nazwijmy to, sztuki[4] pobudzają nasze zmysły estetyczne. Dopiero przeżycie estetyczne może być wprowadzeniem do ujęcia etycznego, a więc społecznego[5]. Fundamentem, na którym budowane jest znaczenie tekstu jest doznanie estetyczne, a więc subiektywne. Autor jest tylko przyczynkiem do budowania znaczenia - to on przyniósł nam litery, słowa, zdania. To, co my zrozumiemy z tych stron jest zaś w dużej mierze niezależne od autora[6]. Wyczytywanie literatury w pewien konkretny, określony sposób uzależnione jest po części treścią, że tak powiem, empiryczną dzieła, kontekstem jego napisania, naszą wiedzą i erudycją i wreszcie - &lt;i&gt;last, but not least&lt;/i&gt; - kontekstem, w którym się znajdujemy. Oczywiście na ten nasz kontekst składa się m.in. to, co już przeczytaliśmy, to w jaki sposób myślimy, to co myślimy, czy nawet, gdzie. To nie jest więc tak, że interpretacja dzieła jest dowolna. Interpretacja jest uzależniona kontekstowo. To kontekst ma przywilej dowolności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Interpretacja dzieła zależy od odbiorcy. Tyle interpretacji, ilu odbiorców. Nie chcę wnikać w dywagacje, czy i ewentualnie jakie interpretacje są lepsze, niż inne, i dlaczego. W tym temacie powiem tylko, że nie uważam wszystkich interpretacji za równie dobrych i "poprawnych", co, mam nadzieję, wystarczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Abstrahując już od literatury, chciałbym zwrócić uwagę na rolę interpretacji w codziennym życiu. Ostrzegam od razu, że mogę dokonać niemałej herezji tym, co zaraz napiszę. Otóż opierając się na klasycznej definicji prawdy[7],&lt;i&gt; adaequatio rei&lt;/i&gt; i tak dalej, uważamy, że zdanie "Ziemia jest okrągła" (w przybliżeniu) jest prawdziwe, ponieważ Ziemia jest okrągła (w przybliżeniu). Innymi słowy, a konkretnie słowy Ajdukiewicza,&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Myśl m jest prawdziwa - to znaczy: myśl m stwierdza, że jest tak a tak, i rzeczywiście jest tak a tak.&lt;/blockquote&gt;Nie chodzi o to, że myśl jest z rzeczywistością identyczna - ciężko o myśli powiedzieć, że jest identyczna z czymkolwiek, poza nią samą. Raczej chodzi o pewną&lt;i&gt; zgodność &lt;/i&gt;(&lt;i&gt;adaequatio&lt;/i&gt;). Chciałbym to powiązać z pewnym dualizmem, zapożyczając tytuł od Foucault, słów i rzeczy. Twierdząc, że słowa (myśl m) są zgodne z rzeczywistością, twierdzimy tym samym, że te słowa (ta konkretna myśl m) są językowym odpowiednikiem przestrzennej (materialnej?) rzeczywistości. Słowa są reprezentacją rzeczywistości. Różne są procedury dochodzenia do tej relacji słów do rzeczy. To wszystko zależy, od czego wychodzimy - jeśli rozpoczynamy od myśli, będziemy szukać tej rzeczywistości, którą dana myśl będzie urzeczywistniać. Jeśli wychodzimy od rzeczywistości, musimy odpowiednio "doprecyzowywać" myśl tak, by ta zgodność była jak najpełniejsza[8]. Z której strony byśmy nie wychodzili, naszym zadaniem jest szukanie jak najściślejszego podobieństwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobieństwo jest tutaj sprawą kluczową. Pozwólcie, że teraz troszkę zagmatwam. Patrząc na stół, mogę powiedzieć o nim "to jest stół", ponieważ mam we łbie (i większość władających językiem polskim ma) pewną ideę wyglądu i funkcji stołu, a przedmiot, o którym mówię, odpowiada tej idei. Nie znaczy to, że przedmiot musi wyglądać tak, jak wygląda moja idea stołu. Ten, na który patrzę, może mieć okrągły blat i jedną nogę, albo może być wręcz dębową ławą, albo łamanym "półstołem", przytwierdzanym do ściany, jak kiedyś się widywało. Spoko, ze stołem sprawa jest jeszcze względnie prosta. Pomyślcie sobie o zamku...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chodzi mi o dwie rzeczy. Zwróćcie uwagę, że z jednej strony pewna idea (w przywoływanym wypadku, idea stołu) jest konkretnie naszą ideą, tj. pewien stół &lt;i&gt;an sich&lt;/i&gt; u każdego człowieka będzie wyglądał inaczej (choć oczywiście nie na tyle, by być kompletnie "niewspółmiernym" z idealnymi stołami innych ludzi); z drugiej jednak strony wszelkie "nasze" &lt;i&gt;ding an sich&lt;/i&gt;'y nie są do końca nasze - wykształciły się w konkretnym kontekście, tj. klimacie kulturowym, wychowaniu, edukacji, etc. To wszystko ma wpływ na to co i jak myślimy.&amp;nbsp;Wróćmy teraz do podobieństwa. Mówiliśmy już, że klasyfikując rzeczy do myśli, szukamy między nimi podobieństw, które pomagają nam zwiększyć zakres zgodności. Widząc dwukropek i zamykająca nawias klamra ":)" przywołują w nas ideę uśmiechniętej gęby. Obrazek fajki skłania nas do mylnego stwierdzenia, że to fajka. &amp;nbsp; I tak dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pareidolia. Pareidolia jest tym zjawiskiem, które ułatwia nam, czasem aż do przesady, przez co nawet utrudnia, dopatrywanie się znanych kształtów w przypadkowych, niespotykanych wcześniej szczegółach. Widzimy serduszka w chmurach, twarz diabła w dymie po zamachach w Nowym Jorku, twarze na skałach, penisy z konarów drzew i tak dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałbym już zmierzać do końca, gdyż i tak mi się tekst rozciągnął. Mam nadzieję, że dosyć wyraźnie widać związki i zależności między dwoma częściami tego wpisu. Na koniec mam tylko jeden test dla czytelników. Czy dostrzegacie znajomy kształt na &lt;a href="http://static.globalgrind.com/i/CIT/I89/556/9.440438.jpg"&gt;tym zdjęciu&lt;/a&gt;?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;[1] Miałem nadzieję, że obejdzie się bez adnotacji przypisopodobnej, ale nic to. Zdaję sobie sprawę z niemiarodajności badania sprzedaży książek i oglądalności kinowej. Niestety wielu badaczy, którzy zajmują się projektowaniem takich badań, nie dostrzega tego błędu.&lt;br /&gt;[2] Oglądnijcie sobie np. &lt;em&gt;Mississippi burning&lt;/em&gt;, albo &lt;em&gt;A time to kill&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;[3] Mówię tu o literaturze, ale prywatnie podrzuciłbym wam temat reportażu, który w genialny sposób może realizować rolę, którą przypisuję literaturze. Jeśli chodzi akurat o moje zdanie nt. reportaży, to na piedestale stawiam Jeana Hatzfelda (w ogóle tematyka rwandyjska, czy szerzej: afrykańska, trafia w samo moje sedno), czy Froberga. Ale poczytajcie też reportaże o Bałkanach, albo o Turcji Szabłowskiego. &lt;br /&gt;[4] Mówię "nazwijmy to", gdyż tutejsze rozumienie sztuki jest bardzo płynne i mieści się w niej zarówno literatura, malarstwo, rzeźba, muzyka, film, architektura, fotografia, jak również wszystko, co w odbiorcy może wywołać odpowiednią reakcję. Zamiast budować ściany wokół pojęcia sztuki, proponuję jak najbardziej inkluzywne podejście.&lt;br /&gt;[5] Można powiedzieć, być może na wyrost, że mamy tutaj do czynienia z dychotomią estetyka-etyka, gdzie estetyka jest wyłącznie subiektywną i autokreatywną interpretacją, a etyka przenosi nas na poziom intersubiektywny i społeczny. Wynika to z mojego przekonania, że problemy etyczne rozpatrywane muszą być tylko w społecznym kontekście, a wszelkie dywagacje nt. etyki Robinsona Crusoe są niepotrzebnym i nieistotnym słowotokiem.&lt;br /&gt;[6] Celowo dodałem zwrot "w dużej mierze", by nie padł zarzut, że kompletnie zlewam postać, a zarazem funkcje, autora.&lt;br /&gt;[7] Zaznaczam tylko, że prywatnie odszedłbym od klasycznej definicji prawdy, ale nie chce mi się chyba o tym dyskutować w tym momencie, dlatego w tekście ograniczam się tylko do niej.&lt;br /&gt;[8] Przyszło mi w tym momencie do głowy, że połączenie tych procedur w jedną (na zasadzie: myśl-rzeczywistość-myśl), może odpowiadać procedurom stosowanym w naukach empirycznych; teza/hipoteza-eksperyment-wnioski.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-6715521454644438118?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/6715521454644438118/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/04/notatki-na-marginesach.html#comment-form' title='Komentarze (12)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6715521454644438118'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6715521454644438118'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/04/notatki-na-marginesach.html' title='Notatki na marginesach'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>12</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-651090707496504926</id><published>2011-03-15T23:20:00.002+01:00</published><updated>2011-04-10T23:10:35.814+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kultura'/><title type='text'>Miscellanea, w tym coming out part II</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Uważam, że ludziom należy się szacunek. Taki ze mnie dziwak. Szacunek. Ale nie w stylu przepuszczenia babci w autobusie, albo odburknięcie "dzień dobry" w sklepie. Nie. Wielu ludziom zdaje się, że istnieją tylko dwa sposoby mówienia o ludziach w ogólności - językiem praw, albo językiem przywilejów. Ponieważ uważam, że ludziom należy się szacunek, odmawiam władzy językowi przywilejów. Z kolei co do języka praw... Obawiam się, że z niego wyrosłem. Był taki czas, że bardzo chętnie się nim posługiwałem, a kto mnie zna, ten może potwierdzić. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeżeli komuś zależy na tłumaczeniu, to już tłumaczę. Uważam, że każdy człowiek, bez względu na pochodzenie, wyznanie, wygląd, rasę, płeć, rozmiar mózgu (kobiety), lub penisa (mężczyźni), że każdy taki człowiek powinien być przez nas traktowany zasadniczo tak samo. Bynajmniej nie znaczy to, że osoby&amp;nbsp;z jednym mózgiem mamy wysyłać do kopalni, a z dwoma - na konkursy miss mokrego podkoszulka*. Nie oznacza to, byśmy wydłubali sobie oczy i nie widzieli między ludźmi różnic. Nie oznacza to też, byśmy szanowali wszystkich równo, niezależnie od wszystkiego.&amp;nbsp;No, stało się, powiedziałem to słowo, które dla niektórych brzmi gorzej, niż dla Żydów "Holocaust". Równość. Tak (tu wchodzą bębny), jestem egalitarystą. Nie chodzi jednak o to, by równe były, że się wyrażę, "wyniki", albo równy był "start". Rzecz w tym, że ani jedno, ani drugie nie jest możliwe do zrealizowania**. Mój egalitaryzm - i powtarzam to już któryś raz w przeciągu miesiąca - opiera się na inkluzywnym podejściu do ludzi. Opiera się na tym, by jak najwięcej różnic było jak najmniej istotnych dla naszego postrzegania drugiego człowieka. Myślę, że część moich czytelników nie wahałaby się nazwać tego liberalizmem, albo humanitaryzmem. A nazywajcie to jak chcecie. Ja uznaję to za wyznacznik mojego egalitaryzmu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;I chyba tylko dzięki temu mogę bez popadania w błędne koło twierdzić, że ludzie to kretyni, idioci, durnie i debile. Oczywiście, nie wszyscy ludzie. Ale gdy mówię, że ludzie mają dwie ręce i dwie nogi, to chyba się samo przez się rozumie, że nie wszyscy. Nie wszyscy ludzie są idiotami. Ba, wśród osób, które znam, idioci to wyraźna mniejszość. Problem w tym, że stykam się z różnymi ludźmi. I niestety, ale fikcyjny test niezidiocenia zalicza... no, powiedzmy, że mało kto. Można więc powiedzieć, że dokonałem empirycznej weryfikacji tezy o zidioceniu. Każdy z was zresztą może zrobić to samo. Stawiam jeny przeciwko orzechom, że się teza wybroni. I piszę to publicznie, ponieważ wierzę, że moi czytelnicy debilami nie są. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do rzeczy. Nie żyjemy w "erze post-". Jeżeli ktoś wam będzie wmawiał takie rzeczy, nie wierzcie. Tak samo, jak nie wierzycie w świętego Mikołaja, albo w ciążę za pomocą seksu oralnego, albo w to, że Korwin jest politykiem, albo w to, że Tusk jest mężem, a PO partią stanu. Nie wierzcie w takie rzeczy. Jeżeli więc nie żyjemy&amp;nbsp;w erze post-, to niby w jakiej? Przecież w jakiejś erze żyjemy, nie? Otóż żyjemy w erze pop. Żyjemy w erze handlu. Żebyśmy coś przyjęli, ktoś nam to musi sprzedać. Reklama proszku do prania? Goła dupa. Reklama książki? Goła dupa. Reklama nowej płyty Feel? Goła dupa. Lizak? Goła dupa. Płyn do mycia naczyń? Goła dupa. Konto w banku? Goła dupa. Odwrócony kretyd hipoteczny? Goła dupa. Prawdę mówiąc, uważam, że przykre jest, że tak jest. Oczywiście rozumiem intencje twórców reklam, współczesnych handlarzy&amp;nbsp;- sprzedać jak nawięcej, jak najdrożej. Smutne, że to działa. Żyjemy więc w smutnej erze pop, w czasach MTV.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Znowu odszedłem od tematu. Jeżeli wywnioskowaliście z powyższego, że jestem przeciwnikiem reklam, to źle wywnioskowaliście, a ja nie mam zamiaru się z tego tłumaczyć, bo to kompletnie obok sedna. Sedno jest&amp;nbsp;z kolei takie, że wszelkie treści, nazwijmy je "ambitne", żeby zostały przyjęte, muszą być podane możliwie najsłabiej, jak się da - w przeciwnym razie zostaną kompletnie olane. Powstaje więc problem: albo godzimy się z pewną formą elitaryzmu ideowego (bo głównie w temacie idei chciałbym się pokręcić), albo godzimy się na to, że to, co mamy do przekazania będzie rozmyte, a przez to - coraz słabiej widoczne. Albo nikt nas nie zauważy, albo zauważy cała masa, tylko nie będzie o tym wiedzieć. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;[pozwolę sobie dopiero tutaj zamieścić motto dzisiejszego odcinka]&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;em&gt;Jak frustrujące musi być odkrycie, że na imprezę autentyczności spóźniłeś się równo sto lat!&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Zadie Smith,&lt;em&gt; Jak zmieniałam zdanie. Eseje okolicznościowe.&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mam urlop. Zaległy. Tutaj tego nie widać, bo urlop bynajmniej nie oznacza, że ma się więcej czasu na pisanie na blogu. Świat tak nie funkcjonuje. Korzystając jednak z tych niepracujących dni, ponadrabiałem część zaległości filmowych. Obejrzałem dwa postapokaliptyczne filmy: &lt;em&gt;Księgę ocalenia&lt;/em&gt; z Denzelem (Washington'em) i &lt;em&gt;Drogę&lt;/em&gt; z Viggo Mortensenem (na podstawie powieści Cormaca McCarthy'ego o takim samym tytule). Chciałbym pokrótce pomówić o pierwszym z tych filmów. Denzel Washington gra tam typka o imieniu Eli (tytuł oryginalny to &lt;em&gt;The book of Eli&lt;/em&gt;), który, początkowo, nie wiadomo po co łazi po pustkowiach "na Zachód". W międzyczasie, tj. między jedną sceną wędrowną, a inną sceną wędrowną możemy doświadczyć wszystkich uciech postapokaliptycznego świata. Napadów, przemocy, gwałtów, wojen o wodę, itd. Eli dociera do czegoś, co kiedyś, preapokaliptycznie było miastem, a obecnie, postapokaliptycznie jest... miastem ponownie. Odbudował je ze swoją świtą Gary Oldman, grający postać o imieniu Carnegie (sic!). Carnegie jest czytelnikiem. Zbiera wszystkie książki, jakie ocalały. A w zasadzie - jego świta zbiera. Zależy mu jednak na jednej książce, która ponoć ocalała. Szuka jej. I można powiedzieć, że jest po hollywood'zku coraz bardziej zdesperowany. W międzyczasie okazuje się, że ta książka, ten jeden, jedyny ocalały egzemplarz, jest&amp;nbsp; w posiadaniu Eli'ego. Ta książka to nie tylko książka. Jeśli ktoś potrafi jej używać, a Carnegie, jak się zdaje, potrafi, to książka staje się bronią. Potężniejszą, niż niejeden rewolwer i karabin. Eli też potrafi używać tej książki - kule się go nie imają, a on sam posługuje się bronią białą z uroczą wręcz gracją. Biblia. Ta książka to Biblia. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie jest to, i chwała twórcy Biblii, tandetny, metafizyczno-mistyczny obraz o Słowie Bożym. Zresztą po filmie przewija się motywm, że to właśnie przez tę księgę świat wygląda tak, jak wygląda. To, co ja wyniosłem z tego filmu to przesłanie, że idee, myśli, mogą być potężnym orężem. Orężem w walce z... No właśnie w walce z czym bronią może być idea? Ze światem? Nieistotne.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Obejrzałem też &lt;em&gt;Incepcję&lt;/em&gt;. Zacznę może dygresją. Otóż przejrzałem sobie filmografię tego całego Di Caprio i powiem wam, że grał w całkiem niezłych filmach. Przyznam się wam też, że gościa tak z przymrużeniem oka traktowałem do tej pory, a to niezły aktor (obejrzyjcie sobie choćby &lt;em&gt;W sieci kłamstw&lt;/em&gt;). Dobrze, wracając do Infiltracji. Jeśli chodzi o treść, to dobry film. Jak na hollywood'zkie standardy, to wręcz świetny. Di Caprio gra tam niejakiego Dom'a Cobba, wytrawnego złodzieja, okradającego ludzi z tajemnic. Wyobraź sobie, śpisz, a tu ci się jakiś gościu do snu włamuje. To właśnie Di Caprio. I nie myśl sobie, droga czytelniczko, że sen będzie sexy. No więc Di Caprio wykrada myśli. Oczywiście myśli nie tylko dla myśli. To ma większy sens. Weźmie z twojej głowy na przykład szyfr do sejfu, a później, jak ty będziesz spać, on wejdzie do domu i zabierze gotówkę. Taki cwaniak. Najświeższe zlecenie jest jednak innego rodzaju - zamiast wykradać dla swojego zleceniodawcy jakąś myśl, on ma ją w "obiekcie", czy "ofierze" zaszczepić. Nie jest to jednak takie proste - umysł pracuje na kilku poziomach i skuteczne zaszczepienie musi się odbyć na każdym z nich (a nie wiadomo nawet, czy takie zaszczepienie idei jest w ogóle możliwe!). &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;To, co wyczytałem w &lt;em&gt;Incepcji&lt;/em&gt;, co kilkakrotnie przez nią się przewijało, to pytanie, gdzie w takim razie leży granica między naszym snem, a rzeczywistością? Gdzie kończy się świat, a zaczyna projekcja? Gdzie w tej osi znajdziemy ideę?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Oba filmy&amp;nbsp; (&lt;em&gt;Księga ocalenia&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;Incepcja&lt;/em&gt;) niosą sobą przesłanie, dotyczące idei. Mówią, że tak naprawdę to idee kształtują nasz świat. Że idee kształtują nas, a my kształtujemy idee. Mówią, że idee mogą być bronią. Bronią wielce skuteczną i niebezpieczną. Problem w tym, że ciężko w powszechnej percepcji znaleźć takie odczytania. W &lt;em&gt;Księdze ocalenia&lt;/em&gt; widzimy tandetną, chrześcijańską bajkę, manipulację i mistycyzm, a w &lt;em&gt;Incepcji&lt;/em&gt; -&amp;nbsp;dobre kino &lt;em&gt;science fiction&lt;/em&gt; o czytaniu w myślach, z fajnymi efektami specjalnymi i gwiazdami w rolach głównych. Albo coś ma przesłanie, albo się sprzedaje. &lt;em&gt;Tertium non datur&lt;/em&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;*&amp;nbsp;W nawiązaniu do starego kawału, według którego to mężczyzna ma dwa mózgi, a myśli tym bardziej ukrwionym.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;** Drobna uwaga w tym miejscu: oczywiście do zrealizowania jes, pytanie tylko, czy jesteśmy gotowi zaakceptować wszystkie konsekwencje realizacji tychże postulatów? Stoję na stanowisku, że nie.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-651090707496504926?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/651090707496504926/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/03/miscellanea-w-tym-coming-out-part-ii.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/651090707496504926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/651090707496504926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/03/miscellanea-w-tym-coming-out-part-ii.html' title='Miscellanea, w tym coming out part II'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-3636247765611609886</id><published>2011-03-10T20:23:00.000+01:00</published><updated>2011-03-10T20:23:46.133+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>Geniusz</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W jednym z ostatnich numerów polskiej edycji &lt;em&gt;Scietntific American&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;Świata Nauki&lt;/em&gt;, pojawił się felieton na temat wyników badań o postrzeganiu żarcia. Dwa talerze: jeden&amp;nbsp;z wielkimi frytkami i hamburgerem, a drugi z wielkimi frytkami, hamburgerem i sałatką. Otóż okazało się, że większość badanych szacuje, że zestaw drugi jest mniej kaloryczny, niż pierwszy. Jakby jakość jednego dania mogła pozytywnie wpływać na kaloryczność reszty. Sytuacja troszkę straszna i troszkę absurdalna. Zupełnie jak w tym znanym kawale, gdzie gościu zamawia wielki zestaw, dodatkowego Big Maca, dodatkowe frytki, to_tamto_siamto, i na dodatek colę zero, bo "jestem na diecie".&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Amerykanie to są idioci, to wszyscy wiemy nie od dziś. Ciekawi jesteście, czy w innych zakątkach świata również żyją tacy głupi ludzie? W zasadzie to ciekawe, że to nas nie interesuje tak bardzo, jak to, czy czarny lud z dziczy umie liczyć i zna wartość perłowych paciorków. Być może wynika to&amp;nbsp;z tego, że Amerykanin to jednak "swój chłop", blada twarzy i zachodnia popkultura. Mamy popliteraturę, popfilm, popfilozofię. To nas z Jankesami łączy. A przy okazji Jankes jest idiotą, ale to nie ma związku. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;A może właśnie ma? Może ta Jankeska popinteligencja tak naprawdę wcale nie jest Jankeska? Może ona jest po prostu zachodnia? Oglądałem wczoraj Panoramę. Mówili tam o jakimś pomyśle na oddłużanie samorządów, czy coś. No dobra, tak kątem oka oglądałem. Ale poniższe pamiętam doskonale. Otóż powiedział pan prowadzący_mówiący_sprawozdający, że obecnie zadłużenie Wrocławia wynosi 5% budżetu, co równe jest 150 milionom złotych. Jeżeli jakiś tam pomysł wypali, to w 2015 zadłużenie Wrocławia będzie musiało się skurczyć do 1%, czyli 30 mln. Oznacza to, powiedział prowadzący_mówiący_sprawozdający, że Wrocław będzie musiał zmniejszyć wydatki pięciokrotnie. Pięciokrotnie! - tak ten gościu powiedział. Czaicie to? Jeżeli 5% budżetu to 150 milionów, to budżet równy jest 3 miliardom. Jeżeli mamy go zmniejszyć pięciokrotnie, to... Radzę wam wyprowadzać się z Wrocławia.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Najlepiej do Hong Kongu. Trzymając poziom notki, chciałbym nadmienić, że oprócz Panoramy oglądałem wczoraj też Teleexpres,&amp;nbsp; czy jak się pisze jego nazwę. Dowiedziałem się z niego, że ponad 550 tysięcy mieszkańców Hong Kongu dysponuje co najmniej milionem. Czaicie to? 1 na 10 mieszkańców jest milionerem. Pieprzyć Wrocław. Jedźcie do Hong Kongu. Przy odrobinie szczęścia i wam się uda być tym 1/10.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-3636247765611609886?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/3636247765611609886/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/03/geniusz.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/3636247765611609886'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/3636247765611609886'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/03/geniusz.html' title='Geniusz'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-2659116122955334728</id><published>2011-03-01T22:48:00.004+01:00</published><updated>2011-04-10T23:10:51.994+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>O wnioskowaniu ciąg dalszy</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Uprzednio&amp;nbsp;w dwóch historyjkach chciałem pokazać dwie argumentacje. Na chwilę obecną chciałbym zająć się tylko drugim przykładem, tj. wnioskowaniem z lesbijki, czyli dedukcji. Jak wiadomo, dedukcja, jeśli wyprowadzona poprawnie, jest kapitalną formą wnioskowania. Na przykład w klasycznym już przykładzie z Sokratesem: "Wszyscy ludzie są śmiertelni; Sokrates jest człowiekiem; Więc Sokrates jest śmiertelny". Jak wiadomo, Grecy, słabi z logiki, miast dojść do tego na podstawie "racjonalnej analizy natury człowieka i wszechświata" (czy jakoś tak), postanowili przeprowadzić eksperyment, dając tym samym początek bogatej i w perspektywie czasu płodnej tradycji empiryzmu. W gruncie rzeczy są Grecy usprawiedliwieni, wiadomo nie od dziś, że częściej spotykaną wersją powyższej argumentacji, jest wersja następująca: "Wszyscy ludzie są śmiertelni; Sokrates jest śmiertelny; Więc Sokrates jest człowiekiem".&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Mówiąc już poważnie, uważam, że gdyby powiedzieć "Wszyscy ludzie żyją w poleis; Sokrates żyje w polis; Zatem Sokrates jest człowiekiem", byłoby - na gruncie Greckim, oczywiście - rozumowaniem nie tylko prawomocnym, ale nawet konkluzywnym. Wniosek powyższego może być więc tylko jeden: wnioskowanie może być poprawne, lub niepoprawne. Inne być nie może. Mamy oczywiście w pamięci uwagę Neuratha:&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jeżeli wyprowadzenie czegoś słusznego na podstawie fałszywych przesłanek oraz poprawnego rozumowania nie byłoby możliwe, ludzkość nie istniałaby od dawna.&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Czuć w tym stwierdzeniu, przynajmniej ja je wyczuwam, inspiracje Russell'em. W obawie przed Jasiem, chciałbym jeszcze dodać, że oczywiście Neurath mógł się mylić (a więc jesteśmy zajebiści), a autor, a zarazem właściciel bloga, nie bierze odpowiedzialności za treści w nim występujące.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mając już to wyjaśnione i zastrzeżone możemy przejść do rzeczy, czyli do tych wnioskowań. Zasadniczo chodzi mi o dwa przykłady. Jeden przykład uosabia Noam Chomsky, a drugi - Jerzy Vetulani. Zanim jednak przejdziemy do rzeczy, krótkie wprowadzenie. Czytam obecnie książkę Vetulaniego &lt;i&gt;Mózg: fascynacje, problemy, tajemnice&lt;/i&gt;, na którą składają się teksty już publikowane w różnych czasopismach popularnonaukowych, czy branżowych, bardziej naukowe referaty i teksty wcześniej niepublikowane. Książka zasadniczo jest ciekawa, ale niestety bardzo nierówna. Ta nierówność, jeśli chodzi o aspekty merytoryczne, wynika przede wszystkim z różnych form zamieszczonych w niej artykułów. Kilkudziesięciostronnicowy, naukowy referat z PAU i artykuł do &lt;i&gt;Dużego Formatu&lt;/i&gt;, czy się tego chce, czy nie, prezentują zupełnie różny poziom naukowy. Nie ukrywam, że bardziej kręci mnie ten pierwszy. Pierwsza część książki dotyczy m.in. sfery moralności. Możemy tam przeczytać, że z różnych badań wynika, że ludzie z różnych kultur, z różnych kontynentów, wzorców wychowawczych, środowisk itd. wykazują podobny, nazwijmy to, zmysł etyczny. Podobnie reagują na różne dylematy moralne, podobnie reagują na różne działania i podobnie oceniają zachowania osób trzecich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z tychże badań ich pomysłodawca, Marc Hauser, wysnuł wniosek, i odnoszę wrażenie, że Vetulani się z nim zgadza, że w mózgu ludzkim musi istnieć jakiś uniwersalny wzorzec, w nawiązaniu do Chomsky'ego "gramatyka moralności", która byłaby w różnych kulturach, miejscach na świecie i czasach w historii człowieka, zbliżona w ogólnych zasadach. Istnieje więc, zdaniem Hausera, taka uniwersalna gramatyka moralności, która umożliwia &lt;i&gt;powstanie systemów moralnych, na których opierają się więzi społeczne&lt;/i&gt; (określenie Vetulaniego).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powyższy wniosek jest analogiczny do wniosku, jaki wyprowadził ze swoich badań dobre pół wieku temu Noam Chomsky. Chomsky zwrócił uwagę, mówiąc w telegraficznym skrócie, że w językach na całym świecie możemy zaobserwować, że mają one swoją, nierzadko sformalizowaną, strukturę gramatyczną. A jednak dzieci w trakcie nauki języka, początkowo bez żadnego formalnego wykształcenia, są w stanie opanować duże ilości zwrotów i prawideł gramatycznych. Zdaniem Chomsky'ego jest to dowód na istnienie niejako "w mózgu" uniwersalnej gramatyki, wspólnej wszystkim ludziom, jako gatunkowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście nie przeżyłem tyle, co Hauser, Chomsky, czy Vetulani. Zapewne nie przeżyłem nawet połowy ich żyć (-ia). Nie przeprowadziłem też pewnie tylu badań. Ośmielę się jednak zwrócić uwagę, że oba powyższe przykłady dedukcji są błędne. Zasadniczo rzecz wygląda tak, że w obu tych teoriach przyjmujemy jakieś przesłanki (Hauser: taka, a nie inna forma etyki jest sprawą nieprzygodną, ponadkulturową i powszechną; Chomsky: [wstaw zamiast "forma etyki" "gramatyka językowa"]) i następnie z nich wyprowadzamy jakiś wniosek (istnieje "uniwersalna gramatyka", albo "uniwersalna etyka"). Po pierwsze, takie rozumowanie jest nieprawomocne - wniosek nie wynika z przesłanek w sposób konieczny (choć dałoby się przesłanki przeformułować w ten sposób, by wynikał, co byłoby tautologiczne). Po drugie, uważam, że rozumowanie powyższe jest niekonkluzywne, bowiem nie uznaję za poprawne przesłanek, z których wychodzą obaj badacze. Uważam, że opierają się one na argumencie z analogii, który w tym przypadku jest nieuprawniony. To, że w różnych kulturach podstawowe zasady etyczne są zbliżone treścią do siebie, bynajmniej nie musi oznaczać, że są one uniwersalne i nieprzygodne tj. konieczne. Nietrudno sobie wyobrazić, że taki, a nie inny system etyczny jest sprawą przygodną i "konkretną", a jego podobieństwa z innym systemem etycznym wynikają jedynie z przypadku. Uważam więc, że nie tylko przesłanki są błędne, ale również z tych błędnych przesłanek wnioski nie wynikają w sposób konieczny. Skoro tak, proponuję odrzucić obie teorie.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-2659116122955334728?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/2659116122955334728/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/03/o-wnioskowaniu-ciag-dalszy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2659116122955334728'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2659116122955334728'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/03/o-wnioskowaniu-ciag-dalszy.html' title='O wnioskowaniu ciąg dalszy'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-6004945982386361024</id><published>2011-02-22T20:31:00.002+01:00</published><updated>2011-03-01T20:37:05.023+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia w żartach'/><title type='text'>[żart] III, albo o wnioskowaniu</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tym razem dwie historie. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jedzie facet autobusem. Udało mu się znaleźć miejsce siedzące. Po kilku przystankach autobus się zapełnił, a gościu przypomniał sobie, że nie skasował biletu. Myśli: &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"kurna, jak wstanę, to zaraz jakiś babol stary mnie podsiądzie i resztę drogi będę musiał stać. Może poproszę kogoś, żeby mi skasował bilet?".&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp;Zaczyna się więc rozglądać, komu by tu bilet podać i spostrzega faceta w garniturze, z bukietem kwiatów. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"O, do kobiety jedzie, myśli facet. Wciąga powietrze i myśli dalej: mocne, drogie perfumy. Do ładnej kobiety jedzie. A w tym mieście są dwie ładne kobiety: moja kochanka i moja żona".&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"Do kochanki jadę ja, więc on pewnie do mojej żony. Ale moja żona ma dwóch kochanków. Marka i Pawła. Marek jest w delegacji, więc to nie on..."&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Paweł, skasujesz mi bilet?&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do baru wchodzi stary kowboj i zamawia drinka. Kiedy tak siedzi, sącząc whisky, przysiada się do niego młoda kobieta.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Czy jest pan prawdziwym kowbojem? - pyta, obracając się&amp;nbsp;w jego stronę.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Cóż, całe życie mieszkałem na ranczu - zaczyna mężczyzna. - Przeganiałem konie, naprawiałem ogrodzenia i znaczyłem bydło, więc chyba jestem.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Bo ja jestem lesbijką - mówi na to kobieta. - Przez cały dzień myślę o kobietach. Jak tylko wstanę rano, zaczynam myśleć o kobietach. Niezależnie od tego, czy biorę prysznic, czy oglądam telewizję, wszystko przypomina mi o kobietach.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nieco później do kowboja przysiada się jakieś małżeństwo. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Czy jest pan prawdziwym kowbojem?&amp;nbsp;- pytają małżonkowie.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- Do tej pory wydawało mi się, że tak - odpowiada kowboj. - Ale teraz wychodzi na to, że jestem lesbijką.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-6004945982386361024?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/6004945982386361024/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/02/zart-iii-albo-o-wnioskowaniu.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6004945982386361024'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6004945982386361024'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/02/zart-iii-albo-o-wnioskowaniu.html' title='[żart] III, albo o wnioskowaniu'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-4716678190594413124</id><published>2011-02-19T21:55:00.002+01:00</published><updated>2011-04-10T23:11:07.457+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Kain i Babel, czyli coming out</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie będę gadał o żadnym Kainie, żeby nie było. Możemy jednak uznać, że powód tego niegadania o Kainie (a gadał o nim nie będę, bo Kain nic mnie nie interesuje) jest tym &lt;em&gt;coming out'em&lt;/em&gt;. &lt;em&gt;Coming o&lt;/em&gt;ut wziął się zresztą stąd, żeby trochę prywaty pouprawiać. Zachęcił mnie do niego, nie wiem, czy świadomie, Maciek Dudek, który pod ostatnim wpisem wyraził chęć podyskutowania na poważnie ze mną i z Jasiem. No a w takiej dyskusji to nie ma przebacz, &lt;em&gt;pokaż lekarzu, co masz w garażu&lt;/em&gt;. Problem w tym, że ja do swojego garażu w ogóle rzadko zaglądam, więc ciężko mi powiedzieć, co tam trzymam. Raczej jestem domowym majsterkowiczem, który idąc na spacer znajduje jakiś złom i myśli, że może mu się przydać. Biorę więc w łapę (ten złom) i zanoszę do garażu. No i to tak sobie leży. Kiedyś może wyjdzie z tego fajny wehikuł, no a może nie. Wracając na ziemię, obecnie na blogu raczej sobie "aleatorycznie krytykuję", nie (po tłumaczenie odsyłam &lt;a href="http://trikzter.blogspot.com/"&gt;do Krzyśka&lt;/a&gt;)? Albo głośno myślę.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wracając do &lt;em&gt;coming out'u&lt;/em&gt;, czyli prywaty. Dawno mnie tu nie było, nie? Cóż, prawdę mówiąc, chciałem poczuć się jak gwiazda i być gdzieś indziej. Wybrałem Toma Hanksa, zapuściłem wykurwiście długą&amp;nbsp;brodę i byłem &lt;em&gt;cast away&lt;/em&gt;&amp;nbsp;poza światem. Z tydzień temu na przykład dowiedziałem się, że w Egipcie są jakieś zamieszki, a w Sudanie - referendum. Dobrze mi z tym było. Tak więc wracam do tego. Tzn. niedługo pewnie się ogolę, może będę częściej tu zaglądał, ale i tak zamierzam być poza światem*.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No dobra, kończmy tę prywatę w miejscu publicznym. Teraz Babel, czyli wieża Babel, czyli język. Zacznijmy dowcipem (jedna uwaga: dowcip w formie drukowanej, czytelnej jest mniej śmieszny, niż opowiadany "z werwą"). &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Pewien Anglik postanowił wynająć w Polsce pokój w hotelu. Wieczorem dzwoni do recepcji i mówi:&lt;br /&gt;- Two tea to room two.&lt;br /&gt;Chwila ciszy (szłyszycie to mlaskanie i ciamkanie przy żuciu gumy?), po czym słychać odpowiedź:&lt;br /&gt;- Tra tata tata.&lt;/blockquote&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Czyli co, 2+2=5? - pewnie bym zaraz usłyszał. Wierzcie, lub nie, ale w dyskusjach nad znaczeniem, prawdziwością, czy językiem jest to chyba najczęstszy - i jeden z głupszych - argumentów. No bo, jeżeli prawda jest względna (bo przecież&amp;nbsp;zależna od kontekstu, przyjętej aparatury pojęciowej, background'u, "przedzałożeń", czy choćby kultury, znaczy tyle, co "względna"), to co za problem kłócić się, że 2+2=5? Przy odpowiednio zakutołbistej logice można jeszcze dojść do wniosków (i różni ludzie naprawdę do nich dochodzili!), że Żydzi zabijali się sami, PRL był złotym okresem w dziejach ludzkości, a Generał Franco przyniósł Hiszpanom wolność (tak samo zresztą postąpił Pinochet, czy ktoś w ogóle śmie w to wątpić?). 2+2=5. Pfff, trzeba być chyba debilem, żeby tak uważać, nie? Przecież wiadomo, że istotą "2", jest to, że jej dwukrotność daje "4", a istotą "4" jest to, że składa się z dwóch "2". Żaden język, rzeczywistość, jak w mordę strzelił. Kopiemy w kamień, nie? [a teraz niech mi ktoś, kto bez cienia ironii uznaje powyższy wywód za prawdziwy, pokaże w rzeczywistości "2" i "4"].&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli jednak chcielibyśmy, a nie ukrywam, że czasami bym chciał, pogadać sobie o tym wszystkim&amp;nbsp;poważnie, to wartowałoby zacząć od początku.&amp;nbsp;Ja proponuję tak:&amp;nbsp;Ajdukiewicz twierdził, że zdanie "Kwadrat to prostokąt równoboczny" jest zdaniem analitycznym, a&amp;nbsp;jego prawdziwość zależy od prawdziwości składających się na nie słów. Jeżeli więc uznajemy, że to zdanie jest prawdziwe, to przyznajemy poszczególnym słowom sens, który te słowa w języku polskim zawierają. Jeżeli więc ktoś uzna zdanie "kwadrat to prostokąt równoboczny" za nieprawdziwe, znaczy to tyle, co stwierdzenie, że poszczególne słowa (bądź pojedyńcze słowo) rozumie inaczej, niż to jest w języku polskim przyjęte (na przykład może uważać, że kwadrat, to figura, powstała z 3 prostych, przecinających się po dwie). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli więc, wracając do tandetnego przykładu z dodawaniem, ktoś zgadza się, że "dwa plus dwa równa się cztery", znaczy to, że przyjmuje&amp;nbsp;i akceptuje "polski sens" słów, z których to równanie się składa. Anglik nie przyjmie takiego znaczenia i zapewne w ogóle nie zrozumie, ocb.&amp;nbsp;Zapewne zrozumiałby - i pewnie nawet by się z tym zgodził -&amp;nbsp;jakieś "two plus two equals four", czy jak by to w&amp;nbsp;tym imperialnym języku brzmiało. Ktoś może powiedzieć, że z pewnością by zrozumiał, gdyby mu napisał, że "2+2=4", co już ani chybi jest dowodem na pewną rzeczywistą oczywistość tego twierdzenia. Ale taka pisownia znaczy tyle, że tak, a nie inaczej wyglądające znaczki uznajemy za niosące odpowiedni sens. Nie zastanawiałem się, przyznam szczerze, na ile to, o czym mówię, może być skojarzone z teorią nazw własnych Russella, czy Kripkego. Myślę przy tym, na marginesie, że to, o czym mówię, mogłoby w dosyć kreatywny sposób być połączone z dywagacjami na temat tego, czym jest ta "istota", czy ta "wewnętrzna prawda", dzięki której uznajemy, że znaczek "2"&amp;nbsp;zawiera w sobie takie, a nie inne znaczenie. A co za tym idzie, dlaczego przy całej zmienności świata posługujemy się pewnymi stałymi, typu "natura" (np. ludzka), "istota", "rzecz sama w sobie" (&lt;em&gt;ding an sich,&lt;/em&gt; jak wymyślił wielki bonza z Królewca; &lt;em&gt;copyright by&lt;/em&gt;&amp;nbsp;Nietzsche).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając, przynajmniej trochę, do języka, prawdy, czy czego tam jeszcze. Kiedyś w rozmowie z Krzyśkiem, a było to w czasach, kiedy jeszcze ekonomia znajdowała się w obrębie moich zainteresować (tak dawno!) mówiliśmy sobie o cenach, wartościach i innych pierdołach. Powiedziałem mu wtedy, o ile dobrze pamiętam, że cenę traktuję jako pewną zobiektywizowaną wartość. Krzysiek stanowczo zaoponował, a ja nie bardzo potrafiłem uzasadnić swojej tezy. Nie wiem, jak by ta rozmowa wyglądała dzisiaj, ale powiem wam, o co mi chodziło. Powiem wam czyli, w jaki sposób traktuję "obiektywizację". Otóż obiektywizacja nie polega na odkrywaniu jakichkolwiek stałych i niezmiennych prawd, istot samych w sobie, czy natur. Obiektywizacja jest raczej intersubiektywizacją. Jest konwencją, efektem współżycia społecznego, wypadkową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli więc obiektywizacja, a więc i prawda, jest konwencją, to warto zastanowić się, o co z tą konwencją tak naprawdę chodzi. Wróćmy na chwilę do Ajdukiwicza, który, formułując w latach 30. teorię&amp;nbsp;"skrajnego konwencjonalizmu", napisał:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Chemy tu mianowicie sformułować i uzasadnić twierdzenie, że nie tylko niektóre, ale wszystkie sądy, które przyjmujemy i które tworzą cały nasz obraz świata, nie są jeszcze jednoznacznie wyrażone przez dane doświadczenia, lecz zależą od wyboru aparatury pojęciowej, przy pomocy której odwzorowujemy dane doświadczenia. Możemy jednak wybrać taką lub inną aparaturę pojęciową, przez co zmieni się cały nasz obraz świata. To znaczy: póki ktoś posługuje się pewną określoną aparaturą pojęciową, póty dane doświadczenia zmuszają go do uznania pewnych sądów. Same te dane doświadczenia nie zmuszają go jednak bezwzględnie do uznania tych sądów. Może on bowiem obrać inną aparaturę pojęciową, na gruncie której te same dane doświadczenia nie zmuszą go do uznania owych sądów, gdyż w nowej aparaturze pojęciowej te sądy w ogóle już nie występują.&lt;/blockquote&gt;Zdaje mi się, że jest to na tyle widoczne we wszelkich dyskusjach ideologicznych (których niżej niepodpisany doświadczył całkiem sporo), że nie muszę tego uzasadniać. No dobrze, zostawmy na razie Ajdukiewicza i skupmy się na językach. Mógłby ktoś zapytać, że no dobra, konwencja to konwencja, ale jednak na jakiejś podstawie przyjmuje się taką, a nie inną aparaturę pojęciową. Czy nie słusznie byłoby przyjmować ją na podstawie jej prawdziwości? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż stawiam tezę, że bynajmniej. Jeżeli naprawdę interesują was powody, które skłaniają mnie do takiego odrzucenia, to oto najgłówniejszy: prawdziwość jest konwencją. To, czym się kierujemy w wyborze aparatury pojęciowej, jest jej praktyczność. Przyczyną jest to, co możemy za jej pomocą zrobić. Zaryzykuję tutaj też tezę, że jest to nawet zbieżne z tezami neopozytywizmu. Ostatnio przywoływałem Neuratha, dziś pora na Bertranda Russell'a**:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Nauka zachęca więc do zaniechania poszukiwań prawdy absolutnej na rzecz czegoś, co można by nazwać prawdą "techniczną", a co przysługuje każdej teorii, którą można skutecznie wykorzystać w wynalazczości, lub przewidywaniu przyszłości. Prawdziwość "techniczna" jest stopniowalna: teoria, która umożliwia więcej wynalazków i więcej trafnych przewidywań, jest prawdziwsza niż ta, która umożliwia ich mniej. "Wiedza" przestaje być mentalnym zwierciadłem wszechświata, stając się jedynie praktycznym środkiem manipulowania materią.&lt;/blockquote&gt;Do powyższego wywodu mam tylko jedno zastrzeżenie. Wydaje mi się, że stopniowalność tej "prawdy technicznej" jest zupełnie niepotrzebna. Oczywiście, można ją stosować, natomiast jest pytanie, czy gdyby pominąć tę stopniowalność, istotnie zmieniłby się sens powyższego wywodu? Zdaje mi się, że nie, dlatego też chętnie posługuję się alternatywnym prawem grawitacji, czyli wielkim trollem z uniwersalnym magnesem. Gdyby ktoś nowy tu zajrzał i nie wiedział, ocb, akcja jest taka. Jako "ludzie zachodu", "ludzie racjonalni", czy "cywilizowani" uznajemy pewne prawidła, które rządzą przyrodą. Na przykład prawo grawitacji, czy ściślej - prawo powszechnego ciążenia. W odniesieniu do Ziemi obserwujemy, że kamień, który rzucimy do góry [przy założeniu, że nie jesteśmy Herkulesem, Supermanem, albo innym &lt;em&gt;Übermensch&lt;/em&gt;'em], spadnie na Ziemię. Mamy więc prawo grawitacji, że przedmioty się przyciągają - w tym przypadku Ziemia kamień (ew. jeśli ktoś woli kamień Ziemię). Załóżmy jednak, że gdzieś tam w dalekiej Amazonii żyje nieodkryte plemię (które przy dzisiejszym tempie wycinki odkryjemy&lt;em&gt; coming soon&lt;/em&gt;), które nie zna czegoś takiego, jak prawo grawitacji. Nie chodzi o to, że nie zaobserwowali oni, że kamień spada na Ziemię. Zaobserwowali. Szwendając się jednak po różnych miejscowych skałkach i jaskiniach znaleźli kiedyś skałę, która w jakimś stopniu przyciągała do siebie ich kamienne paciorki. Wywnioskowali stąd, że gdzieś tam pod ich stopami istnieje wielka ilość, ew. wielkie stężenie, takiej skały który przyciąga rzucone kamienie. Ponieważ lud taki ma również swoje wierzenia, przesądy itp., wierzą oni, że Królem Ziemi jest wielki troll. Łącząc te dwa "fakty" doszli do wniosku, że Król Ziemi trzyma w dłoni wielki magiczny kamień i przyciąga wszystko, co się zbytnio od niego oddali. Dlatego drzewa nie rosną w nieskończoność, a ptaki nie wylatują hen w te małe białe w nocy świecące. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gra? Gra i trąbi. Oczywiście my, jako "ludzie cywilizowani", mający w pamięci średniowiecznego golibrodę Ockhama pamiętamy, że nie ma po co mnożyć bytów (a nie pamiętamy, że sam zainteresowany napisał: &lt;em&gt;Nie wolno przyjąć niczego bez uzasadnienia, że ono jest, musi ono być oczywiste albo znane na mocy doświadczenia, albo zapewnione przez autorytet Pisma Świętego&lt;/em&gt;), możemy jedynie pobłażliwie się uśmiechnąć. Mimo tego politowania, widocznego na naszych twarzach, cały czas pozostaje pytanie, czy nasz system z prawem grawitacji jest lepszy, niż ten ich, z trollem i uniwersalnym magnesem? Stoję na stanowisku, że nie. Tzn., nie, że jest gorszy. Uważam, że mamy ograniczone możliwości oceny tego. Dzieje się tak, ponieważ - i mam wrażenie, że stoję tu na stanowisku Fisha - nasze myślenie jest wbudowane w pewien racjonalizujący system. To, co uznajemy, z czym się zgadzamy i dlaczego, podlega takiej a nie innej ocenie, ponieważ jesteśmy w takim, a nie innym kontekście. Myślimy za pomocą takich, a nie innych dyrektyw. Mając jeszcze w pamięci radykalny konwencjonalizm, musimy przyznać, że prawo grawitacji lepiej nam służy (stąd uznajemy, że jest prawdziwe), niż teoria trolla z magnesem (stąd jest fałszywa). Musimy jednak pamiętać, że one nam lepiej służą. Nie mamy możliwości, by bezstronnie ocenić, które twierdzenie lepiej by służyło ludom amazońskim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim przejdę do następnej części, chciałbym pokrótce podsumować przyjęte przeze mnie stanowisko. Przede wszystkim, stawiam tezę (choć raczej przychylam się do tezy), że to, w jaki sposób postrzegamy świat, zależy od tego, z pomocą jakich dyrektyw to robimy. Oznacza to, że mniej ważne jest to, jak myślimy, ważniejsze natomiast - za pomocą czego myślimy. Konsekwencją takiego poglądu jest dla mnie odrzucenie prawd absolutnych, ducha dziejów, natury, esencji, czy istoty i skupienie się raczej na konwencjach. Można więc najogólniej powiedzieć, że prezentuję stanowisko antyfundacjonistyczne. Ponadto uważam, że nie jesteśmy żadnymi tabulami rasami, a nasze widzenie świata jest już zakorzenione w obrębie "wspólnot interpretacyjnych" (zdaje się, że w&amp;nbsp;ten sposób poszerzam znaczenie, które nadał temu zwrotowi Fish; może i faktycznie - zdaje się). Wszystko to prowadzi do wniosku, że pewne twierdzenie uznajemy za prawdziwe z innych powodów. Uważam, że tym powodem jest pragmatyzm. I, jak zapewne już zauważyliście, duże znaczenie przypisuję językowi. Który traktuję zresztą również konwencjonalnie, w przeciwieństwie do np. Chomsky'ego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powyższe tezy połączone w jeden względnie spójny pogląd mogą prowadzić do różnych wniosków. Możemy na przykład zwrócić uwagę, że Hitler sobie pragmatycznie uznał, że Niemcy i Aryjczycy to rasa panów, czyli &lt;em&gt;Übermensch&lt;/em&gt;'e&lt;em&gt;,&lt;/em&gt; a Żydzi - &lt;em&gt;Untermensch&lt;/em&gt;'e&lt;em&gt;. &lt;/em&gt;Dając już spokój staremu, martwemu dekadentowi (dekadent chciał być nadczłowiekiem, czyż to nie ironia?!), współcześnie co i rusz jesteśmy świadkami przyjmowania różnych aparatur pojęciowych. &lt;em&gt;A jedni mówią, że PRL była cool, a drudzy mówią, że nie&lt;/em&gt;, śpiewał Kazik&amp;nbsp;i coś w tym&amp;nbsp;niewątpliwie jest. Jedni mówią, że kapitalizm jest super, a drudzy mówią, że kapitalizm sam sobie kręci (produkuje) sznur. Jedni mówią, że człowiek jest od seksu, a inni, że od porodówki. I tak dalej w ten deseń. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sęk w tym - i właśnie na tym teraz chciałbym się skupić -, że przyjęcie takiej, a nie innej aparatury pojęciowej ma wpływ na kształtowanie naszej polityki, czyli naszego, mówiąc za Arendt, współ-bycia, &lt;em&gt;être-ensemble&lt;/em&gt;. Język nie jest bynajmniej neutralny, bo i ciężko nam by było ocenić, co miało by to oznaczać. Język zawsze jest nacechowany i naładowany znaczeniami, bo jest konwencją. A jeżeli jest konwencją, to znaczy, że jest zmienny. Te dwie cechy języka kierują nas w pewnym kierunku. Otóż, jeżeli język nie jest neutralny, to znaczy to, że przyjęty i powszechnie używany język może być przez różnych ludzi różnie oceniany. Oznacza to, że język może być źródłem krzywdy jednego człowieka względem drugiego. Warto też tutaj zaznaczyć, że nie tylko co się mówi, może ranić, ale też kto. Inaczej brzmi, gdy w Harlemie jeden ziom do zioma mówi "nigger", a inaczej, gdy mówi tak w Harlemie jakiś biały policjant. Inaczej brzmi, gdy jakiś facet śmiertelnie poważnie mówi o kurach domowych, a inaczej, gdy rozmawiają sobie dwie psiapsióły na wychowawczym. Truizmem jest, że punkt widzenia zależy od punktu siedzienia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli więc uznajemy, że słowa mogą ranić (a mówiąc szerzej, słowa mogą służyć jednemu człowiekowi przeciw drugiemu), to możemy na tej podstawie dokonać trzech wyborów. Możemy powiedzieć, że owszem, (1) mogą ranić, ale&amp;nbsp;tak być właśnie powinno, bo takie jest życie, że się go nie da przetrwać w prezerwatywie, (2) ranią, ale tak to już jest z językiem, nic na to nie poradzimy (co jest sprzeczne z wymienioną przez nas drugą cechą języka, tj. zmiennością), albo (3) możemy uznać, że faktycznie, ranią, ale&amp;nbsp;można i powinno się to zmienić. Trzecia możliwość wyboru prowadzi do postulatu takiej zmiany języka, czy paradygmatu, by był on jak najbardziej delikatny, tj. by nie dotykał, nie ranił osób trzecich, poniekąd zmuszonych do korzystania z niego. Jest to więc postulat nieagresywnego języka. Jeżeli teraz uważamy, że przeciwdziałanie, czy minimalizowanie okrucieństwa jest czymś, do czego warto dążyć, możemy trzecią możliwość określić, jako nasz cel. Możemy uznać, jak Rorty, że jest to typowy liberalizm (za Judith Shklar, która uznaje, że liberałowie to ludzie, dla których okrucieństwo jest najgorszą rzeczą jakiej się dopuszczamy). Jaś Skoczowski z kolei uważa, że jest to już nie liberalizm, tylko libertarianizm. Jakkolwiek chcielibyśmy określić ten pogląd, musimy pamiętać, że nasz język wspólnotowy jest słownikiem sprawiedliwości i solidarności. A to z kolei oznacza, że powinien być coraz bardziej inkluzywny. A więc mniej okrutny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*W momencie, gdy kończę pisać te słowa, po mojej brodzie zostały jedynie obraźliwe&amp;nbsp;fotografie.&lt;br /&gt;**Przy okazji chciałbym stanąć w obronie Russella przeciwko Gwiazdowskiemu i innym "pożal się boże" logikom. Otóż Gwiazdowski &lt;a href="http://liberalis.pl/2011/02/16/robert-gwiazdowski-ronbo-part-ii/"&gt;przywołał&lt;/a&gt; komentarz Russella z czasów przedwojennych. Miał tedy Russell powiedzieć, że "Wielka Brytania powinna się rozbroić, bo nawet jak Niemcy dokonają inwazji, to Anglicy nie będą im sprzedawali żywności i się będą musieli wycofać". Już widziałem te szydery pt. "ale ten Russell głupi był, jak but". Więc ja, już post factum, chciałbym powiedzieć, że Niemcy nie dokonali inwazji na Wielką Brytanię (z kilku powodów, główny był ten, ze Hilter był debilem). Co prawda naloty było, ale tam był Dywizjon 303, itd. A! I nie zapominajmy, że w pierwszych tygodniach wojny Brytyjczycy zbombardowali Berlin... ulotkami antywojennymi.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-4716678190594413124?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/4716678190594413124/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/02/kain-i-babel-czyli-coming-out.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4716678190594413124'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4716678190594413124'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/02/kain-i-babel-czyli-coming-out.html' title='Kain i Babel, czyli coming out'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-2464379636047904352</id><published>2011-01-06T23:54:00.001+01:00</published><updated>2011-04-10T23:11:21.626+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='libertarianizm'/><title type='text'>Dwa w jednym</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Wiecie, kim jest Raj Patel? Nie? Ok, ja też nie za bardzo. Muza wydała jednak jego książkę, na okładce której przeczytałem, że pracował dla Banku Światowego, potem WTO, potem był doradcą ONZ, a potem przeszedł jakieś katharsis i zwrócił się przeciwko swoim byłm pracodawcom.&amp;nbsp;Jeśli to jeszcze dla was mało, to dodam, że o książce &lt;em&gt;Wartość niczego&lt;/em&gt; Naomi Klein napisała, że jest wspaniała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;img height="277" id="il_fi" src="http://t3.gstatic.com/images?q=tbn:BFD3dKlpRK0f4M:http://www.muzaklub.com/galerie/w/wartosc-niczego-raj-pate_2801.jpg&amp;amp;t=1" style="padding-bottom: 8px; padding-right: 8px; padding-top: 8px;" width="182" /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej Patel tłumaczy, dlaczego obecny system społeczno-gospodarczy, nazywany przez&amp;nbsp;Patela wolnym rynkiem, jest zły. Punktem wyjścia są zeznania Greenspana przed Komisją Izby Reprezentantów. Wszyscy pamiętamy tamten kontekst, więc pozwolę sobie tego nie przywoływać. Wszyscy wiemy też, kim jest Greenspan. Patel, kreśląc sylwetkę byłego szefa FED zwraca uwagę, że&lt;em&gt; ten pełnoprawny członek brygady wolnego rynku siadywał u stóp Ayn Rand&lt;/em&gt;, która to była czirliderką skrajnej szkoły wolnorynkowych libertarian, którą sama nazwała "obiektywizmem". Patel zwraca przy tym uwagę, że Greenspan, przyjmując posadę w FED, zachował się jak hipis, który stąpił do marines (s. 8-9). Oczywiście związki ideologiczne Greenspana i Rand ten pierwszy omawia w swojej &lt;em&gt;Erze zawirowań&lt;/em&gt; i nie są one tak gładkie, jak by Patel tego chciał, choć niewątpliwie sporo prawdy w jego słowach jest. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W drugiej części autor ukazuje, jak w różnych częściach świata ludzie starają się zmienić ten system. Skupia się głównie na wyzwaniach żywnościowych (tzw. suwerenność żywnościowa), ale możemy też przeczytać trochę np. o budżecie partycypacyjnym, ruchu wolnego oprogramowania, czy zapatystach. Z pewnością są to fajne tematy, niemniej jednak jak dla mnie - zdecydowanie zbyt pobieżnie poruszone. Być może wynika to z tego, że o budżecie partycypacyjnym można było sporo się dowiedzieć z jednego z ostatnich numerów Przeglądu Anarchistycznego. Dużo informacji na zbliżone tematy zawiera też książka, nieżyjącego już, Rafała Górskiego &lt;em&gt;Bez państwa. Demokracja uczestnicząca w działaniu&lt;/em&gt;. Gdyby jednak książkę Patela potraktować, jako pewien manifest, no to jeszcze ujdzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdecydowanie jednak najmocniejszą stroną książki są dwa akapity. Wróćmy na chwilkę do Greenspana i Rand. W pewnym momencie Patel napisał:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Są dwie książki, które mogę wywrzeć niezatarty wpływ na życie czternastoletniego mola książkowego - &lt;em&gt;Władca pierścieni&lt;/em&gt; oraz &lt;em&gt;Atlas zbuntowany&lt;/em&gt;. Jedna to infantylny sen na jawie, jej czytelnik może wyrosnąć na karłowatego emocjonalnie i upośledzonego społecznie dorosłego, któremu znaczna część dnia będzie upływać na wymyślaniu sposobów, jak upodobnić życie do powieści fantasy. Druga książka traktuje o ograch. (s. 210)&lt;/blockquote&gt;Kapitalne. Po prostu kapitalne, nie mam więcej pytań. Drugi akapit to w zasadzie dowcip:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;- Ilu ekonomistów szkoły chicagowskiego potrzeba, żeby wkręcić żarówkę?&lt;br /&gt;- Ani jednego. Gdyby należało ją wymienić, rynek już by to zrobił. (s. 17)&lt;/blockquote&gt;W gruncie rzeczy, czytając pierwszą część tej książki, zastanawiałem się, na ile to, co pisze Patel odnosić się może do libertarian i ich analizy. Nie będę ukrywał, że moją uwagę skupiałem raczej na libertarianach o typowo austriackim podejściu do ekonomii (przy czym zawężam to podejście do Misesa i Rothbarda - być może, zapewne, błędnie, jednak mam wrażenie, że to na nich opiera się większość libertarian, przynajmniej na polskiej ziemi). Oczywiście wiem, że przeciętny libertarianin, czytając Patela, zatrzymałby się na pierwszych kilku stronach i dalej nie ruszył. Wszystko przez ten nieszczęsny wolny rynek, który obwinia Patel. Libertarianin w życiu wolnego rynku by nie obwiniał - wręcz przeciwnie, uznałby go za najlepsze remedium. Mnie tylko dziwi,&amp;nbsp; dlaczego wolny rynek nie był jeszcze bohaterem odcinka &lt;em&gt;Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?&lt;/em&gt;. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zasadniczo mógłbym się nawet przychylić do tezy, że książka Patela akurat do libertarian (przynajmniej pod tym względem) nic nie ma, jednak to nie efekt takiej, a nie innej definicji. Niezależnie od tego, na ile zgadzam się z definicją Patela, a na ile nie, definicja libertarian jest tak abstrakcyjna, że aż niepraktyczna. To, co mnie jednak przekonało do tego, że książka nie traktuje o libertarianach i ekonomii austriackiej, to przytoczony wyżej dowcip. Otóż Patel w swojej krytyce skupia się na domniemanej racjonalności rynku, która jest podstawą szkoły chicagowskiej. Austro-libertarianie tymczasem opierają się na subiektywnej racjonalności poszczególnych rynkowych podmiotów. Ma to dwa, a nawet trzy,&amp;nbsp;zasadnicze problemy. Po pierwsze, takie rozumienie racjonalności jest &lt;em&gt;de facto&lt;/em&gt; "puste" - pasuje do niego dosłownie każda decyzja. Dzieje się tak dlatego, że jednostka, dokonując jakiegokolwiek&amp;nbsp;wyboru, decyduje się na takie działanie, które w najlepszym stopniu zaspokoi jej potrzeby (kupię nowy jacht, oddam biednym, przejdę na dietę, rozwiodę się, zainwestuję w akcje, itp.), w związku z czym każda jej decyzja będzie dla niej racjonalnie wybrana (oczywiście w chwili podejmowania decyzji). Jest to więc kompletnie bezużyteczne podejście. Jeśli by się jednak przy nim upierać, możemy dojść do wniosku, że skoro podmioty są racjonalne (subiektywnie) i te podmioty składają się na "rynek", to rynek też jest racjonalny (subiektywnie). W tym wypadku subiektywność rynku polega na niczym innym, jak na tym, że wszystko, co się na rynku dzieje, jest racjonalne. No, chyba, że zakładamy, że (subiektywny) racjonalizm to by istniał na "wolnym rynku", a ponieważ wolnego rynku nie ma, to i nie ma racjonalizmu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odchodząc już od rynku, ale pozostając przy racjonalizmie. Przeczytałem kiedyś gdzieś, obecnie nie pamiętam już, gdzie, że Kartezjusz wpadł na&amp;nbsp;pomysł racjonalizmu (tak, celowo tak napisałem), ponieważ doszedł do wniosku, że oparcie się na doświadczeniu zmysłowym jest zawodne. Skoro jest zawodne (pomyślcie o tych wszystkich fatach morganach i wypchanych skarpetkami stanikach), to trzeba znaleźć inną drogę poszukiwania pewności. No i wymyślił chłopak, że wystarczy pomyśleć. Do dziś niektóre szkoły filozoficzne nie są w stanie się z tego otrząsnąć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może dokonam nadużycia, gdy stwierdzę, że racjonalizm kartezjański odrzuciło w pierwszej połowie XX wieku Koło Wiedeńskie. Ktoś mi zaraz przywoła Philippa Franka, który&amp;nbsp;z sympatią się o Kartezjuszu wypowiadał. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że&amp;nbsp;w zestawieniu, kończącym pierwszą część Naukowej koncepcji świata. Neurath z kolei uważał Wittgensteina z czasów &lt;em&gt;Traktatu&lt;/em&gt; za metafizyka. Na marginesie, czy wiecie, że Neurath 30 lat przed Feyerabendem postulował coś na kształt anarchizmu metodologicznego? Napisał: &lt;em&gt;ten, kto szuka, może posłużyć się dowolną metodą&lt;/em&gt;. Hans Hahn mówi wprost: &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;[u]znajemy się za kontynuatorów kierunku &amp;nbsp;e m p i r y s t y c z n e g o &amp;nbsp;w&amp;nbsp; filozofii, zatem stoimy w zdecydowanej opozycji do każdego&amp;nbsp; r a c j o n a l i z m u, który czy to uważa rozumowanie za jedyne, czy to za wyżej uprawnione w porównaniu z doświadczeniem źródło poznania.&lt;/blockquote&gt;Scjentyzm, jak go opisuje Neurath, opiera się nie tylko na logice i matematyce (do czego przyznaje się też kartezjański racjonalizm), ale też na antymetafizyce i empiryzmie (które racjonalizm traktował pobieżnie i nie do końca poważnie). W innej pracy Neurath dosyć pozytywnie wypowiada się o pragmatyzmie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pragmatyzm, ujmijmy to krótko, zasadza się na przekonaniu, że słuszność danych teorii, czy idei, powinna być określana przez wzgląd na ich praktyczne konsekwencje. Jest dość późno, więc wybaczcie, że nie będę grzebał w szafce w poszukiwaniu małego tomiku Jamesa, by zaszczycić tę notkę odpowiednimi cytatami. Śmiem twierdzić, ciekawe ile osób uważa, że na wyrost, że Rothbard przy całym swoim ograniczeniu, doskonale zdawał sobie sprawę z czegoś takiego, jak pragmatyzm. Otóż zdawał sobie sprawę, że - i będę powtarzał ten cytat do znudzenia - &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;libertarianizm ostatecznie zwycięży, ponieważ tylko i wyłącznie on jest zgodny z naturą człowieka i świata. [...]&lt;br /&gt;Libertarianizm zwycięży, ponieważ jest prawdziwy i proponuje właściwą strategię dla ludzkości, a prawda w końcu zwycięży.&lt;/blockquote&gt;Skoro więc tak rzeczy się mają, nikt nie może libertarianizmu, a zarazem natury człowieka i świata, podważać. Ponieważ libertarianizm jest debeściak, to zwyciężyć musi. I to jest ta praktyczna konsekwencja - libertarianizm jest debeściak, a każdy, kto tego nie uznaje ma prawo zamknąć mordę i się nie wychylać. Oto kwintesencja libertarianizmu.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-2464379636047904352?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/2464379636047904352/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/01/dwa-w-jednym.html#comment-form' title='Komentarze (40)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2464379636047904352'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2464379636047904352'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2011/01/dwa-w-jednym.html' title='Dwa w jednym'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>40</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-2534487906675869969</id><published>2010-12-30T17:57:00.002+01:00</published><updated>2011-04-10T23:11:50.631+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>Postanowienia noworoczne</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Wiem, wiem. Nowego roku jeszcze nie ma, sylwestra nawet jeszcze nie było. Problem w tym, że nie wiem, kiedy będę miał następnym razem czas, żeby cokolwiek we względnym spokoju napisać (a teraz właśnie mam), więc z moich postanowień noworocznych wyspowiadam się teraz. W zasadzie, to nie wiem, czy aby dobrze robię, gdy się z nich spowiadam. Być może to jak z życzeniami, nie powinno się ich zdradzać, bo inaczej będzie wtopa. Nie przypominam sobie, żebym miał kiedyś jakieś noworoczne postanowienia, a co za tym idzie - nie pamiętam, żebym zachowywał je w tajemnicy. Ma to swoje zalety - na przykład brak jakichś wielkich rozczarowań. Te rozczarowania&amp;nbsp; to jest w ogóle kapitalna sprawa. Zróbcie sobie kiedyś eksperyment z brakiem oczekiwań wobec siebie. Będziecie wtedy wszystkim zachwyceni. No i nie będziecie rozczarowani.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do myśli przewodniej. Chciałbym w przyszłym roku trochę częściej pisać. Wątpię, jeśli mam być szczery, żeby mi wyszło, bo z czasem obowiązków przybywa, a doba za Chiny Ludowe nie chce się rozciągnąć. Niemniej jednak, chciałbym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To jest takie moje postanowienie poboczne. Drugie postanowienie, również związane, przynajmniej pośrednio, z blogiem. Szykuje mi się drobna, naprawdę kosmetyczna zmiana. Otóż zakładka "Biblioteczka" pod obecną postacią zniknie. Głównym powodem takiej zmiany jest brak czasu na uzupełnianie książek. Odkąd się pojawiła, edytowałem ją chyba ze dwa razy (w porywach - trzy). Tymczasem gdybym chciał dodawać na bierząco wszystkie tytuły, które przeczytałem, albo kupiłem i czekają na przeczytanie, musiałbym ją uaktualniać średnio raz w tygodniu. Brak czasu wyklucza jednak taką częstotliwość, stąd też decyzja o zwinięciu interesu. Zwyczajnie statyczna zakładka, która statyczna być nie powinna trochę się rozjeżdża z moimi własnymi planami i oczekiwaniami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie znaczy to, że coś w stylu bibliografii bloga zniknie zupełnie. Nie zniknie, ale zostanie zmodyfikowane. Głównym moim postanowieniem na przyszły rok jest przeczytanie 55 książek. Nie książek, które już czytałem, tylko zupełnie nowych, świerzych i nieznanych. Począwszy od 1. stycznia* zamierzam przez następne 52 tygodnie roku przeczytać 55 książek. Dlaczego akurat tyle? Cóż, moje średnie tempo czytania to jakieś 50 stron dziennie, co daje ok. 350 w tygodniu. 350 stron to zdaje mi się taka przeciętna ilość, jeśli chodzi o książkę. Jasne, Rawls ma więcej, ale na przykład Quine - mniej. Średnia mnie obchodzi. Załóżmy więc, że czytam książkę na tydzień, co przy czytaniu nieustannym daje 52 książki w roku. Ponieważ w życiu trzeba się rozwijać, powiększam liczbę do 55. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tutaj pojawia się miejsce dla nowej biblioteczki. Począwszy od pierwszego stycznia zamierzam zapisywać (z numeracją), co czytam, tj. wszystkie dane bibliograficzne, ile dni mi to zajęło i ile liczy stron. Mam nadzieję, że uda mi się za rok napisać, że dopiąłem swego i przeczytałem te 55 tytułów. Z czasem, jak książki będą się pojawiać na liście, będziecie mogli sobie porównać tematykę książek i tematykę bloga. I zobaczycie, jakie to są fajne zbieżności. A może ktoś zerknie na ostatnie pozycje, jakie miałem na warsztacie i przyjdzie mu do głowy jakaś fajna książka, którą mógłby mi polecić? Będę zaszczycony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem trzymajcie kciuki, bo do jutra, żeby wyczyścić sobie konto, przeczytać muszę jeszcze ok. 300 stron:)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Oznacza to, że napoczęte już książki muszę skończyć do końca roku, by wyzerować sobie konto. Jeśli tego nie zrobię, w przyszłym roku będę je czytał od początku. W tym momencie kończę dwie książki, które pewnie uda mi się jutro skończyć. Są to &lt;em&gt;Najswpanialsze widowisko świata&lt;/em&gt; Dawkinsa i &lt;em&gt;Ilu&amp;nbsp;przyjaciół potrzebuje człowiek?&lt;/em&gt; Dunbara.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-2534487906675869969?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/2534487906675869969/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/postanowienia-noworoczne.html#comment-form' title='Komentarze (13)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2534487906675869969'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2534487906675869969'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/postanowienia-noworoczne.html' title='Postanowienia noworoczne'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>13</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-7211011755137222407</id><published>2010-12-13T00:46:00.001+01:00</published><updated>2011-04-10T23:12:01.845+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Udawanie Greka</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Na misesie pojawił się &lt;a href="http://mises.pl/blog/2010/12/06/huerta-de-soto-mysl-ekonomiczna-w-starozytnej-grecji/"&gt;tekst&lt;/a&gt; Jezusa Huertusa, tj. Huerty de Soto nt. myśli ekonomicznej w Starożytnej Grecji. Zanim go sobie odpalicie, zastrzegam, że poziom, jeśli chodzi o filozofię, to masakra. Gdzieś na równi z poziomem morza, co oznacza, że widywałem już gorsze filozoficznie teksty. No, ale nie pisał ich żaden profesor, więc nie wiem, czy się liczy. Co do poziomu merytorycznego jeśli idzie o ekonomię, to nie chcę się wypowiadać, bo to trochę pokręcona kwestia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W każdym bądź razie na przykładzie tego jednego tekstu chciałbym zasygnalizować, co takiego u libertarian leży i kwiczy (jakby cokolwiek nie leżało i nie kwiczało). Oczywiście, z tego co wiem, to de Soto nie podejmuje kwestii politycznych w typowo libertariański sposób, ale jednak zalicza się do anarchokapitalistów (chyba równo w zeszłym roku we Wprost był z nim wywiad, w którym mówił o sobie, jako o anarchokapitaliście). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do rzeczy. Otóż gościu w tym tekście napisał takie coś:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Prawdą jest, że Arystoteles podzielał błędy Sokratesa i Platona, jako że nie rozumiał ani prawa zwyczajowego, ani rynku, ani pozostałych instytucji społecznych jako spontanicznych porządków; &lt;strong&gt;nie był tez w stanie dokonać rozróżnienia pomiędzy społeczeństwem obywatelskim a rządem&lt;/strong&gt; [...]. [podkreślenie moje - sc]&lt;/blockquote&gt;Wiecie, że libertarianie chętnie nawiązują do Greków? Chętnie, ale niezbyt świadomie i niezbyt inteligentnie. Tak, tak. Kojarzycie takie hasło, jak sąd skorupkowy? No dokładnie, wklepcie w wikipedię. Otóż sąd skorupkowy mógł doprowadzić do wykluczenia jakichś dziwnych typków ze społeczności - normalnie, zbierali się obywatele i sobie na ostrakach zapisywali, kogo to nie lubimy, więc z miasta wywalimy? I delikwent na 10 lat musiał wyjeżdżać. Ostracyzm był więc formą wykluczenia ze społeczności. Libertarianie też często mówią o ostracyzmie, o bojkocie, banicji, czy wykluczeniu. Problem jednak w tym, choć problem to chyba niezbyt dobre słowo, że coś, co u Greków było bardzo surową karą, u libertarian raczej taką nie będzie. Trywializując. Żyć bez ludzi może tylko dzika bestia - powiedział któryś z Greków. Niezależnie od tego, czy rację miał, czy nie miał, wszyscy jeszcze ze szkoły pamiętamy (choć znając nasz system szkolnictwa, to pewnie nie), że Grecy politykę pojmowali, jako formę obywatelskiego spełnienia. Etos obywatelski wymagał uczestnictwa w polityce, przez co jakakolwiek działalność społeczna z definicji była polityczną, a polityczna - społeczną. Indywidualizm? Panie, daj pan spokój.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No wiem, wiem, strrrrasznie spłycam (?)&amp;nbsp;sprawę, ale naprawdę chcę się z tym szybko uwinąć. U libertarian z kolei działalność społeczna jest sprzeczna z działalnością polityczną. Do powiedzenia jednego Greka ktoś dodał ze dwa tysiąclecia późnie, że albo bogiem - i libertarianin to podłapuje. Indywidualizm? No a jakże by inaczej? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kara, która dla Greków była bolesna, bo wymagała porzucenia swojej ojczyzny na 10 lat, porzucenia swoich obowiązków i praw (ale przede wszystkim obowiązków)&amp;nbsp;obywatelskich (na 10 lat, nie dożywotnio), dla libertarianina jest co najwyżej naganą, zwróceniem uwagi. Wszystko wynika z tego, że Grecy upatrywali człowieka nie jako wyizolowaną esencję, ale właśnie jako wytwór wspólnoty, wyraz uspołecznienia - ujmowali go, jako część większej całości - jako obywatela. Libertarianie z kolei zdają się zapominać, że nie wszystkie zależności społeczne są wynikiem rynkowych, nazwijmy to,&amp;nbsp;transakcji. Zupełnie pomijają, w jak wiele kontekstów jesteśmy wrzuceni i od ilu jesteśmy &lt;em&gt;de facto&lt;/em&gt; uzależnieni, na które mamy cokolwiek ograniczony wpływ. Libertarianie ze swoim indywidualizmem, skądinąd bardzo przeze mnie cenionym, etosem samorealizacji zapominają, że w kontekst jesteśmy już wrzuceni - nie kreślimy go sami, a co najwyżej dookreślamy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko to mogą być banały. No bo są. Dla kogoś, kto filozofię i historię opanował w stopniu ponadlicealnym, czyli powyżej mojego, to są takie masakryczne uogólnienia, że aż się za głowę łapie. No ja wiem. Ale sęk w tym, że, jak widać, nie wszyscy to wiedzą. I ja wiem, że tych Greków to się już nawet nie czyta, bo oni to ze dwa i pół tysiaka lat temu żyli, że, heloł, no ale... Kurwa, Hannah Arendt to chyba znane nazwisko, nie? Więc jeśli już mamy jej koncepcję polityczności (jak ostatnio, tu również polecam Chantal Mouffe i Alana Badiou) i jej powrót do Greków, to, na Sokratesa!, nie piszmy, że głupi Grecy nie rozumieli różnicy między społeczeństwem obywatelskim&amp;nbsp;i rządem. Bo wtedy do chyba jednak my czegoś nie rozumiemy...&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-7211011755137222407?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/7211011755137222407/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/udawanie-greka.html#comment-form' title='Komentarze (79)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7211011755137222407'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7211011755137222407'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/udawanie-greka.html' title='Udawanie Greka'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>79</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5424402784124454950</id><published>2010-12-12T10:53:00.001+01:00</published><updated>2011-03-16T15:14:01.693+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='blog'/><title type='text'>Wcale nie reklama</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Wreszcie. Po kilku miesiącach oczekiwania pojawił się pierwszy wpis. Gorąco zapraszam wszystkich tutaj:&lt;br /&gt;&lt;a href="http://trikzter.blogspot.com/"&gt;http://trikzter.blogspot.com/&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Na blog Krzyśka.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5424402784124454950?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5424402784124454950/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/wcale-nie-reklama.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5424402784124454950'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5424402784124454950'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/wcale-nie-reklama.html' title='Wcale nie reklama'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-8686824243354315745</id><published>2010-12-04T14:30:00.002+01:00</published><updated>2011-04-10T23:12:13.730+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>O wyższości homosiów nad innymi gatunkami</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Robin Dunbar w swojej książce na temat ewolucji języka (a w zasadzie pewnych rytuałów społecznych - o języku to jest tam może od połowy książki) zwraca uwagę, że iskanie u naczelnych (naprawdę nie wiem, skąd się w tytule wzięły te pchły, skoro tam o iskaniu jest - to uwaga na temat tłumaczenia, poza tym całkiem znośnego) pełni bardzo ważne funkcje społeczne. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po kolei. Jeżeli małpka A iska małpkę B, małpka B się rozluźnia i czuje lekko na haju (iskanie, skubanie, czy masowanie powoduje zwiększone wydzielanie endorfin), a nawet zasypia. Oznacza to, że jest wtedy całkowicie bezbronna i musi całkowicie zaufać małpce A. Jeżeli więc się wkrótce obudzi, to z dużym prawdopodobieństwem pójdzie się małpce A za euforyczny hay odwdzięczyć i poiskać ją. Wtedy tamta się zrelaksuje, zaśnie i będzie bezbronna. Działanie takie jest więc nie tylko budowaniem zaufania, nie tylko nieagresywnym ćpaniem, ale też budowaniem sojuszy społecznych. Ty iskasz mnie, ja iskam ciebie. Jeśli ciebie zaatakują, to ci pomogę, ale ty pomożesz mnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rewelacja. U homosiów, tj. u ludzie to tak nie do końca działa. No ale, umówmy się, ludzie to po prostu gatunek debeściaków. Mamy domy. Mamy zamki w drzwiach. Po cholerę mamy cementować sojusze jakimś iskaniem? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No właśnie, po cholerę? My nie cementujemy sojuszy iskaniem. Robimy to albo na zasadzie: &lt;em&gt;lepiej się do nas przyłącz, bo jak nie..&lt;/em&gt;., albo: &lt;em&gt;słuchajcie, nie musimy tego tak załatwiać, może się do was przyłączę?.&lt;/em&gt; A, nawias tutaj - wiecie, co to jest liberalny autorytaryzm? Cholera, miało być bez polityki, ale tak z tymi sojuszami mi pasuje. Otóż liberalny autorytaryzm to reżim niedemokratyczny, w którym istnieją jakieś tam swobody (np. można palić w barach), ale przede wszystkim - który jest popierany przez rząd Stanów Zjednoczonych. No wiem, wiem - rewelacja. Niestety to nie moje, &lt;em&gt;copyright by&lt;/em&gt; Michael Walzer.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do rzeczy. U nas iskanie jako umacnianie sojuszy by nie przeszło. Po pierwsze, kto by chciał kogoś wyiskać? Po drugie, zbyt długo by to trwało (otóż, i do tego właśnie zmierzam od początku, nasz gatunek wymyślił dużo szybsze i skuteczniejsze narzędzie, które iskanie zastępuje). Po trzecie... umówmy się, więcej endorfin wydzieli ci się podczas śmiechu, albo czegoś tam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No właśnie. Bo mi chodzi o te endorfiny i nieagresywne ćpanie. Ponieważ mamy domy, drzwi i zamki w drzwiach, możemy sobie pozwolić na dużo skuteczniejszy narkotyczny hay. I udało nam się to. Otóż dowodem na wyższość homosiów nad innymi gatunkami jest wynalezienie pozycji 69.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-8686824243354315745?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/8686824243354315745/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/o-wyzszosci-homosiow-nad-innymi.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8686824243354315745'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8686824243354315745'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/o-wyzszosci-homosiow-nad-innymi.html' title='O wyższości homosiów nad innymi gatunkami'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-8096784252731023556</id><published>2010-12-02T19:47:00.000+01:00</published><updated>2010-12-02T19:47:17.561+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>Z*ma</title><content type='html'>Zima znów zaskoczyła wszystkich. No bo, bądźmy szczerzy, kto by się, kurwa, spodziewał, że w grudniu będzie śnieg padał. Przecież zazwyczaj o tej porze to się topless opalamy. A jeszcze przy globalnym ociepleniu (dla niepoznaki nazywanym teraz zmianami klimatycznymi)...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasami mam wrażenie, że jestem za głupi na to, co się dzieje na świecie. W związku więc z tym chciałbym zainicjować społeczną akcję grzewczą pod znamiennym hasłem&amp;nbsp;i własnoręcznym logo:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/TPfpikYFcsI/AAAAAAAAAxg/vZ_eO-d-NOU/s1600/akcjon.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="388" ox="true" src="http://2.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/TPfpikYFcsI/AAAAAAAAAxg/vZ_eO-d-NOU/s400/akcjon.JPG" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-8096784252731023556?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/8096784252731023556/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/zma.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8096784252731023556'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8096784252731023556'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/12/zma.html' title='Z*ma'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/TPfpikYFcsI/AAAAAAAAAxg/vZ_eO-d-NOU/s72-c/akcjon.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-8945532561649086307</id><published>2010-11-08T13:26:00.001+01:00</published><updated>2010-11-08T13:26:15.702+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia w żartach'/><title type='text'>[żart] II</title><content type='html'>Idą wybory. Z pewnością zauważyliście. Nadejście wyborów łatwo jest poznać, bo co chwila mijacie na ulicy wlepione w was mordy polityków. Ewentualnie kandydatów na polityków. Kilka już dobrych dni temu marta.luter u wyrusa &lt;a href="http://tekstowisko.blogspot.com/2010/11/wszystko-mozna.html"&gt;napisała&lt;/a&gt; kapitalny komentarz, właśnie na temat wyborów, który niniejszym bez pytania zamieszczam:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Fajne plakaty wyborcze rozwiesiła Platforma. "Robią" mosty,szkoły, boiska - nie politykę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak sobie pomyślałam,że to jednak szczere chłopaki. Wiadomo,że politykę robi im Ławrow, to co będą ściemniać:)&lt;/blockquote&gt;Kapitalne.&lt;br /&gt;I teraz żart. Ciasny, ale własny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Dlaczego determinista chodzi głosować?&lt;br /&gt;- Bo nie ma wyboru.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-8945532561649086307?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/8945532561649086307/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/11/zart-ii.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8945532561649086307'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8945532561649086307'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/11/zart-ii.html' title='[żart] II'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-217298848174867218</id><published>2010-10-31T21:45:00.002+01:00</published><updated>2011-04-10T23:12:28.974+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Śmierć</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Tak się złożyło, że byłem dzisiaj na cmentarzu. W ogóle tak się składa, że raz w roku się tam zjawiam. Przyznam szczerze, że nie bardzo pamiętam, jak to było rok temu, ale dzisiaj zaobserwowałem przecudny festiwal. I bynajmniej nie żaden pokaz mody, czego się w gruncie rzeczy obawiałem najbardziej. Pomyślcie. Idziecie na cmentarz. Czego się spodziewacie przed wejściem? Tzn. czym handlować mogą ludzie przed cmentarzem? No, z całą pewnością jakieś znicze (ale gdzie w tym okresie zniczami nie handlują?), jakieś wieńce, zapałki, czy inne pierdoły. A poza tym? Mi by jeszcze przyszło do głowy, że może jakieś odpustowe żarcie, obwarzanki etc. Nie spodziewałbym się już innych towarów. Po tym jednak, co zaobserwowałem, postawię śmiałą tezę, że, może nie za rok, ale za dwa, cmentarze będą zdominowane galeriankami (cmentarianki?). Jak się okazało, przed cmentarzem można się całkiem nieźle i drogo ubrać (bo to przecież pokaz mody, a i zmarły może zza grobu podejrzeć, czy aby się wstydzić przed kumplami nie trzeba), kupić ciacho i chlebek, jakąś zabawkę dzieciakowi, balonika (i to dmuchanego helem!), a gdyby kto się na dłużej zapędził, to watę cukrową, albo american hot-doga sobie może strzelić. Festyn, normalnie festyn.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy śmierci będąc. Za sprawą ostatnio wydanej książki Zadie Smith wróciłem do Barthes’a. Po kolei: Znak ze jakieś półtora miesiąca temu wydał &lt;em&gt;Jak zmieniałam zdanie. Eseje okolicznościowe&lt;/em&gt;, Zadie właśnie Smith. &lt;em&gt;De facto&lt;/em&gt; są to różne eseje literacko-filozoficzne, w tym jeden dotyczący Barthes’a. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyrus zacytował ostatnio Archera (taki kolo od książek sensacyjnych), który ponoć mówił coś o pisaniu, jako opowiadaniu historii. Wyrus ponoć też gada, że dobre pisanie, to ciekawe historie no i w ogóle tak z Archerem na jedno kopyto grają. Nie wiem, na ile to, co zaraz powiem, będzie sprzeczne z tym, co mówi Archer&amp;amp;wyrus, bo mam wrażenie, że będziemy gadać trochę obok, ale mnie się wydaje, że to chodzi o coś innego. Przyznam szczerze, że ciężko mi się czytało naprawdę wiele książek. I nie mówię tutaj o Foucault, którego zrozumieć można chyba tylko po uprzednim przeczytaniu i sprawdzeniu &lt;em&gt;Narkotyków&lt;/em&gt; Witkacego, ani o Kuhn’ie, który sam zresztą przyznawał, że nigdy nie miał lekkości pisania, ani też o sobie samym (mi lekkość pisania uciekła już wiele lat temu). Chodzi mi o zwykłą prozę. Ciężko mi się czytało na przykład Orwella, albo Irvine’a Welsh’a. Co nie znaczy, że uważam te książki za słabe, czy niewarte uwagi. Wręcz przeciwnie. Moja teza jest raczej taka, że najlepsze książki to takie, które autor pozwala pisać czytelnikowi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Krytyka Polityczna ma swoje wydawnictwo. Całkiem, naprawdę, zgrabne. No i tym swoim wydawnictwem puścili ostatnio książkę, bodaj, Michała Zygmunta &lt;em&gt;Lata walk ulicznych&lt;/em&gt;, czy coś takiego. Książki nie czytałem, a obrazki, jakie odkryłem po pobieżnym przeglądnięciu bynajmniej mnie do tego nie zachęciły. Nie to, że widzę coś złego w szkicu, na którym jeden facet robi drugiemu facetowi laskę (przecież można zinterpretować faceta robiącego, jako krótko ściętą, pozbawioną cycków niezbyt urodziwą kobietę), ale po prostu mój zwulgaryzowany zmysł estetyczny jeszcze do tego nie dorósł. Tym niemniej książkę w końcu przeczytam, a to za fragment, który Krytyka puściła na okładce. Bo w ogóle okładka jest z widełkami. &lt;em&gt;Brasilian cover&lt;/em&gt;, czy jak to się nazywa. Mamy tam dialog Młodego i Starego (mogę coś pokręcić, bo będą już ze dwa tygodnie, jak go przeczytałem). Zaczyna się od rozmowy kwalifikacyjnej. Jeden pyta drugiego, co to takiego jest. No i drugi odpowiada w dosadnych słowach, że to lizanie dupy gościowi, któremu byś laski do ryja nie dał, czy jakoś tak, ale musisz mu tę dupę lizać, bo inaczej zdechniesz z głodu. A tak, to nie zdechniesz z głodu, tylko będziesz oddawał połowę swojego dnia za gównianą kasę, która choćbyś nie wiem, jak się starał, i tak nie starczy do pierwszego. Czy jakoś tak. No i następuje konstatacja: - Ekonomia. – Często używasz tego słowa? – Ja nie, ale to słowo często używa mnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za to jedno, kurewsko, ale to jak bardzo kurewsko genialne zdanie przeczytam tę książkę. Tako rzeczę ja, postmodernistyczny prostak i cham (tak zostałem określony przez jednego ziomka po moim tekście &lt;em&gt;Biorąc lewa poważnie&lt;/em&gt;). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do śmierci, Barthes’a i mojej tezy. Pierwszy raz Śmierć autora czytałem na tyle dawno, by nic z niej nie tylko nie pamiętać, ale i nie rozumieć. Za sprawą Zadie Smith i jej eseju na temat Barthes’a i Nabokowa, wróciłem do tego pierwszego. Przy okazji sięgnąłem też po &lt;em&gt;Kim jest autor?&lt;/em&gt; Foucault. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapewne chcielibyście poznać jakąś dobrą pointę do tej historii. Jakieś wnioski, spostrzeżenia, albo przynajmniej kilka słów rozwinięcia. Hm… nie bardzo wiem, co wam dać. Pamiętacie historię, gdy Wielce Szanowna Noblistka Szymborska postanowiła typowo maturalnie zinterpretować własny wiersz? Co autor miał na myśli i te sprawy. I, zdała, dostała ze 30%. Interpretacja. Nie co autor miał na myśli, bo nie autora pytamy, ale co czytelnik ma na myśli, bo jego dotyczy pytanie. Wylukajcie sobie w guglu teksty piosenek zespołu pn. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. I powiedzcie mi później, co autor miał na myśli. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc robimy tak: zabieramy tekstowi autora. Zabieramy tekstowi sens, nadawany mu przez autora. I dopiero produkujemy tekst. Zadie Smith zwraca uwagę, że &lt;em&gt;zdaniem Barthes’a, ideologicznie związanego z postmarkstowską analizą tekstu, zły czytelnik był konsumentem, a idealny – producentem&lt;/em&gt;. Wykluczenie, czy odsunięcie (ew. zdystansowanie – te dwa ostatnie zwroty używa Barthes) autora ma dwa powody. Choć na pierwszy rzut oka tego nie widać, oba mają filozoficzny charakter. &lt;em&gt;Autor jest tylko tym, kto pisze, tak jak&amp;nbsp; j a&amp;nbsp; jest tylko tym, kto mówi&amp;nbsp; j a.&lt;/em&gt; Zlikwidujmy więc ten, cokolwiek wątpliwy, abstrakcyjny podmiot. Zastąpmy go konkretem: zastąpmy go każdorazowym czytelnikiem, słuchaczem, interpretatorem. Drugi powód odsunięcia autora od tekstu niejako wynika z pierwszego. Autor stanowi dla tekstu, słowami Barthes’a, hamulec bezpieczeństwa – jest ostatecznym znaczonym tekstu. Ujmuje jego sens. Pojawia się pytanie, co autor miał na myśli. Usunięcie autora ze sceny burzy ten punkt widzenia. Literatura &lt;em&gt;odżegnując się od przypisania tekstowi&lt;/em&gt; […] &lt;em&gt;jakiejś „tajemnicy”, czyli ostatecznego sensu, wyzwala aktywność, którą można by nazwać aktywnością kontrteologiczną, a właściwie rewolucyjną, gdyż odmowa położenia kresu sensowi to w ostatecznej instancji odrzucenie samego Boga i jego hipostaz: rozumu, nauki, wiary&lt;/em&gt;. Foucault pogłębia analizę Barthes’a. Zwraca uwagę, że nie możemy po prostu autora ze sceny ściągnąć. Musimy go zgrabnie ukryć, nadać mu drugo-, czy nawet trzeciorzędną rolę, ale mieć na oku. Autor jest funkcją. Wyobraźmy sobie próbę w teatrze, gdy aktor, grający główną rolę zapomina fragmentu tekstu. Zjawia się głos, podpowiedź, słowo, zdanie, gest. I gramy dalej. Autor jest naszą podpowiedzią. Możemy się do niego odwołać i choćby dlatego warto mieć go pod ręką. Nie jest jednak naszym punktem docelowym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wniosek może być tylko jeden: &lt;em&gt;narodziny czytelnika trzeba przypłacić śmiercią Autora.&lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-217298848174867218?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/217298848174867218/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/10/smierc.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/217298848174867218'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/217298848174867218'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/10/smierc.html' title='Śmierć'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-6280443946558520752</id><published>2010-10-28T23:33:00.002+02:00</published><updated>2010-11-08T13:26:52.133+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia w żartach'/><title type='text'>[żart]</title><content type='html'>- Wiecie, czym różni się nominalista od realisty?&lt;br /&gt;- Jeśli nominalista mówi, że ma tydzień nadgodzin, to ma tydzień wolnego.&amp;nbsp;A jeśli realista mówi, że ma tydzień nadgodzin, to ma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jestem niestety realistą.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-6280443946558520752?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/6280443946558520752/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/10/zart.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6280443946558520752'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6280443946558520752'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/10/zart.html' title='[żart]'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-2249625023492960569</id><published>2010-10-08T22:08:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:12:41.343+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Biorąc lewa poważnie</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Etyka jest jak dupa. Tak, zdecydowanie – jak dupa. Nie znaczy to bynajmniej, że między etyką i dupą nie ma żadnych różnic. Są. W kwestii dupy, to weźmy takie prostytutki, które wszystkim chcą swoją podetknąć, choć większość zadowala się tym, że ma tę swoją i tylko od czasu do czasu doszukuje się w dupach innych podobieństw. Z etyką z kolei jest w tym wypadku zupełnie przeciwnie. Wszyscy chcą prostytutkom podstawić pod nos swoje własne teorie, lecz one dzielnie z tym walczą. I bardzo dobrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do tematu. Nie będzie chyba nietaktem moja teza, że etyka jest, nazwijmy to, zjawiskiem społecznym. Ja wiem, że wiele osób zaraz mi się tutaj zbuntuje i wyskoczy z jakąś „etyką Robinsona Crusoe”, no ale nie róbmy sobie jaj. W przypadku Robinsona Crusoe, przyjmijmy urojenia Rothbarda w tym temacie, przynajmniej chwilowo, możemy mówić co najwyżej o przekonaniach, ew. o odczuciach. Działania Robinsona możemy oceniać moralnie dopiero w momencie, gdy wprowadzimy drugą osobę, z którą dzieliłby współżycie. Tak samo, jak prawo własności jest kategorią społeczną, tak samo kategorią społeczną jest etyka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To podstawy. Fundamenty. Społeczność, nie jednostka. Człowiek, jako zwierzę społeczne, &lt;em&gt;zoon politicon&lt;/em&gt; (a co!), swoje życie rozpatruje w kontekście określonych wspólnot. Mimo jako takiego zindywidualizowania społeczeństw zachodnich, to jednak społeczności są naszym środowiskiem naturalnym. Nie ma się co oszukiwać. Dyskurs etyczny jest więc osadzony w społecznym kontekście. Nie ma co prezentować tego, jako prosty wpływ innych na nas, to nie tak. Nie ma też co przeginać w drugą stronę, jak to się nieraz może wydawać, że nasz kontekst nie wpływa na nas samych. Z pewnością mamy tutaj do czynienia z obustronnym przepływem idei. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może teraz z innej mańki. Zastanawialiście się kiedyś, czy etyka jest zjawiskiem inkluzywnym, czy ekskluzywnym? Sprawa niby prosta, nie? Ponieważ etyka jest społeczna, no to inkluzywna – w końcu gdy ktoś się rodzi (a nawet gdy nie zdąży się jeszcze urodzić), stosujemy wobec niego takie same standardy etyczne, jak wobec umierającego. Łysy, rudy, blondyn, brunet, z penisem, z cyckami, wysoki, niski, mądry, głupi, biskup, pastor, rabin, mułła, czarny, biały, żółty – wobec wszystkich kategorii ludzi stosujemy takie same standardy (może poza różnymi bandami bezmózgów, ale nimi się nie zamierzam zajmować*). Przyznał to zresztą nawet Rothbard, twierdząc, że prawa&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;w jednakowym stopniu przysługują neandertalczykowi z jaskini, współczesnemu mieszkańcowi Kalkuty i obywatelowi dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.**&lt;/blockquote&gt;Jednak z tą inkluzywnością tak do końca prosto nie jest. No bo niby taki mały, taki duży może podmiotem być, no ale to jednak cały czas tylko człowiek. Rothbard sam to zresztą przyznaje, mówiąc, że etyka &lt;em&gt;może być odnoszona &lt;/em&gt;tylko &lt;em&gt;do działań jednego człowieka lub grupy ludzie wobec innych istot ludzkich&lt;/em&gt;***. Mamy tutaj więc do czynienia z inkluzywnością wewnątrzgatunkową, ale ekskluzywnością międzygatunkową. By ująć rzecz najszerzej, jak można, odróżniamy człowieka od reszty istot żywych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Oznacza to, że naszym zdaniem dziesięcionogi, szympansy i małże mają istotne cechy wspólne, których nie dzielą z nami, brak im natomiast cech, które tylko my mamy****.&lt;/blockquote&gt;Rothbard mówi nam, że chodzi o zakorzenione w ludzkiej naturze&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;zdolności jednostki do dokonywania świadomego wyboru, konieczności używania rozumu i energii do ustanawiania celów i wartości, do uczenia się świata, dążenia do określonych celów po to, by przetrwać i rozwijać się, w zdolności i potrzebie komunikowania się i wchodzenia w interakcje z innymi ludźmi oraz w uczestniczeniu w podziale pracy. Ujmując rzecz krótko, człowiek jest rozumnym i społecznym zwierzęciem*****.&lt;/blockquote&gt;Jako szympans o bardzo małym rozumku w zasadzie tylko z tym podziałem pracy musiałbym się zastanowić, czy nie występuje u zwierząt. Z drugiej strony, warto byłoby się zastanowić, czy każdy warunek spełnia, sklasyfikowany przez Rothbarda do ludzi, neandertalczyk z jaskini******. Fundamenty, na których Rothbard stara się oprzeć swoje stanowisko są w najlepszym razie wątpliwe, dużo skuteczniejsze byłoby oparcie się na jakiejś formie kultury. Zgodnie z definicją, którą ongiś usłyszałem, kulturą jest wszystko, co nie jest naturą. Jeżeli tak byśmy kulturę rozpatrywali, to każde przekształcenie natury możemy uznać za dzieło ludzkie, a więc i jego twórcę – za człowieka. Za człowieka, czyli za podmiot ludzkiej etyki. Wyobraźmy sobie dyskusję Rothbarda z Diamondem na temat różnic między zwierzęciem a człowiekiem. W pewnym momencie Diamond z pewnością by powiedział, że Rothbard uważa,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;że małpy są „zwierzętami, a ludzie są ludźmi, i tyle. Kodeks etyczny dotyczący traktowania ludzi nie powinien być rozszerzany na „zwierzęta”, bez względu na to, w jakim stopniu ich i nasze geny są podobne, bez względu na to, jaka jest ich zdolność do utrzymywania stosunków społecznych i do odczuwania bólu. Jest to odpowiedź arbitralna, ale przynajmniej konsekwentna i nie można jej łatwo odrzucić*******. &lt;/blockquote&gt;Rothbard z pewnością by się obruszył na takie stawianie sprawy. Nie chodzi przecież o żadne konsekwentne trzymanie się swojej bezpiecznej pozycji, ale o &lt;em&gt;racjonalną analizę natury człowieka i wszechświata&lt;/em&gt;********. Na gruncie tejże racjonalnej analizy, cokolwiek ona znaczy, możemy też odkryć, że nasze DNA jest zgodne z DNA szympansów w ponad 98%, w niemal takim samym stopniu zbliżone DNA mamy z gorylami. Wyglądamy jak małpy, zniknęło nam (przynajmniej niektórym) owłosienie na całym ciele, i tak dalej, i tak dalej. Naga małpa, naked ape. Ale też killer ape, małpa zabójcza. Pochodzimy od małpy. Nie znaczy to, że jesteśmy z małpami identyczni. Nie, nie jesteśmy. Ale nie znaczy też, że nie mamy z nimi nic wspólnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wnioski. W różnych czasach ludzie w różne rzeczy wierzyli. Kiedyś wierzyli, że król to boski namiestnik. Później wierzyli na przykład, że owady rodzą się z błota. Po prostu. Jest błoto – są owady. Wierzyli też w różne pierdoły, jak na przykład to, że wybory są po to, żeby rządzący się nas słuchali. A, w to to ludzie wierzą do tej pory. Kiedyś może uwierzą, że w środku Ziemi żyje sobie wielki troll z uniwersalnym magnesem, który przyciąga wszystkie przedmioty. Tzw. prawo grawitacji. Ale spokojnie, już wkrótce… Czy wiecie, wracając do tematu, że spośród wszystkich dużych małp, czy jak by tu sklasyfikować goryle i szympansy, ludzie mają największe jaja? Gdy mówię „jaja”, mam tutaj na myśli penisy, bo akurat jaja największe ma szympans. Zdaję sobie sprawę, że niektórych takie rozważania mogą peszyć. Że te małpy, że te penisy. Rozumiem. Dlatego postanowiłem wam wyjść naprzeciw. Człowiek pochodzi od małpy. Małpy mają małe penisy. Ludzie mają – stosunkowo – duże penisy. Ponieważ rzeczą powszechnie wiadomą jest, że czarni mają penisy największe, wnioski, do jakich doszedłem muszą być poprawne. Otóż drogą racjonalnej analizy natury człowieka i wszechświata, doszedłem do wniosku, że człowiek biały pochodzi od małpy, czarny natomiast został stworzony na obraz i podobieństwo Boga*********. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*&amp;nbsp;Z przyjemnością odsyłam w tej kwestii do &lt;em&gt;Etyki&lt;/em&gt; Badiou, s. 79 i nast.&lt;br /&gt;** &lt;em&gt;O nową wolność&lt;/em&gt;, s. 177.&lt;br /&gt;*** &lt;em&gt;Etyka wolności&lt;/em&gt;, s. 262; również: &lt;em&gt;Prawa zwierząt&lt;/em&gt; na Liberalis.pl.&lt;br /&gt;**** Diamond, &lt;em&gt;Trzeci szympans&lt;/em&gt;, s. 15.&lt;br /&gt;***** &lt;em&gt;Etyka wolności&lt;/em&gt;, s. 261.&lt;br /&gt;****** Por. opis neandertalczyków w &lt;em&gt;Trzecim szympansie&lt;/em&gt;, s. 64- 86.&lt;br /&gt;******* &lt;em&gt;Trzeci szympans&lt;/em&gt;, s. 30 i nast.&lt;br /&gt;******** &lt;em&gt;Etyka wolności&lt;/em&gt;, s. 261.&lt;br /&gt;********* Z tym penisem, Bogiem i obrazem, to proszę nie brać tego do siebie. Takie są fakty.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-2249625023492960569?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/2249625023492960569/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/10/biorac-lewa-powaznie.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2249625023492960569'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2249625023492960569'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/10/biorac-lewa-powaznie.html' title='Biorąc lewa poważnie'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5462199052353967301</id><published>2010-09-25T19:48:00.003+02:00</published><updated>2011-04-10T23:12:59.502+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Grząski grunt</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Różnie bywa, gdy rzeczy, w które wierzyłeś całe życie, okazują się kłamstwem. Różnie bywa, gdy ludzie, którym ufałeś całe życie, okazują się kłamcami. Różnie bywa, kiedy przekonania, które uznawałeś za słuszne, okazują się niepewne, by nie powiedzieć – błędne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Różnie bywa w takich momentach niepewności. Może dojść do wyparcia i odrzucenia faktów, teorii, czy zdarzeń, które burzą nasz utrwalony światopogląd. Może dojść do załamania naszej wiary w poprawność naszych ocen i procedur poznawczych. Może dojść do reaktywnych konceptów, agresywnych odpowiedzi na nowe. Może też dojść do próby przewartościowania dotychczasowych teorii i ukształtowania nowych prądów myślowych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chętnie zacząłbym od końca, ale to nie takie proste. Chodzi o to, że każda akcja powoduje reakcję. Trzecia zasada dynamiki Newtona, przełożona na stosunki społeczne, pasuje jak ulał. Jeżeli na ciało A ciało B działa z siłą Fb, to ciało A działa na działo B z siłą Fa, o takiej samej wartości i kierunku, lecz o przeciwnym zwrocie. Czy jakoś tak. O co chodzi? Banał. Jeżeli okazuje się, że Gorgoroth koncertuje w Krakowie, to nikogo, poza fanami, raczej to nie zainteresuje. Nie będzie eventu. Jeżeli natomiast ktoś z ołtarza powie, że oni wieszają odwrócone krzyże i palą Biblię, to będzie już event i będzie dym. I będą zyski z biletów i sprzedanych płyt. Akcja – reakcja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Głupi ten przykład dałem. Może coś poważniejszego. Jeżeli Pascal pisze &lt;em&gt;Prowincjałki &lt;/em&gt;(akcja), to Rzym książkę potępia, a francuska Rada Stanu każe książkę podrzeć i spalić (reakcja). Reakcje mogą być, jak już się wspomniało, różne. Ta powyższa może być sklasyfikowana jako pierwsza z wymienionych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W przywoływanej ostatnio książce Koojimansa na temat rozwoju nauk przyrodniczych w drugiej połowie XVII wieku poznajemy życie i poglądy Jana Swammerdama, czy Nielsa Stensena. Obaj, wielcy naukowcy, zasłużeni dla nauk przyrodniczych, empirycy i badacze, przeżyli swoje własne reakcje. Początkowo, wierni naukom Kartezjusza, kreślili mechanistyczny obraz świata, przyrody i ciała. Z czasem odwracali się od Kartezjusza, gdyż ten, zamiast zająć się obserwacjami, zajął się spekulacją. Kartezjusz bagatelizował poznanie zmysłowe – w końcu zmysły są omylne. Wymyślił sobie za to, że rozum nasz, umysł, jest nieomylny. Stąd też na tym się skupił. Im więcej jednak obserwacji i odkryć Swammerdama i Stensena, tym więcej nieścisłości i rozbieżności, między Kartezjuszem i nimi dwoma. Odrzucili więc Kartezjusza i skupili się na empirii. W końcu i rozum jest zawodny. To ostatni z typów reakcji. Nie ostatni jednak w życiu tych dwóch badaczy. Z biegiem czasu bowiem i jeden, i drugi stwierdzili, że i zmysły, nie dają całkowitej pewności, ani pełnej wiedzy. Nadal pozostaje kopę materiału nieogarniętego. Przestając wierzyć w nauki empiryczne, zwracali się ku mistycyzmowi, że się wyrażę. Drugi, Stensen, początkowo zmienił wyznanie na katolicyzm, następnie zaczął przekonywać do katolicyzmu swoich znajomych (przekonał nawet jednego z uczniów Spinozy, czym ten ostatni był zaskoczony). Ostatecznie wyświęcił się na księdza (później został biskupem). Pierwszy z nich, Swammerdam, rzucił badania w cholerę i przyłączył się do sekty, wierzącej w rychły koniec świata. Sektą władała pewna nawiedzona baba, twierdząca, że ma bezpośredni kontakt z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Chwała Temu, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, Swammerdam szybko znalazł swój rozum i prysnął do starej wariatki. Poszperajcie sobie z resztą, co się stało z oboma w kilkaset lat po śmierci. To jest drugi z wymienionych przykładów reakcji. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zmodyfikowaną wersję ostatniego z przykładów moglibyśmy przypisać filozofom naturalnym doby Oświecenia (za wyłączeniem do pewnego stopnia Hume’a). Zasadniczo rzecz ujmując, doszli oni do zastąpienia Boga naturą, przydając jej boskich atrybutów. Przeciekawie pisał o tym &lt;a href="http://smootnyclown.blogspot.com/2010/01/macintyre-rorty-i-problemy-oswieconych.html"&gt;wspominany już&lt;/a&gt; kiedyś przeze mnie Becker. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatni z wymienionych moglibyśmy przypisać jeszcze na przykład Stirnerowi, czy Nietzsche’mu i paru innym, fajnym ziomkom. Skupiając się na Nietzschem, a nie chce mi się zbyt dużo o nim pisać, dokonując destrukcji ówczesnego systemu filozoficznego nie schował się w kąt i nie czekał, by zobaczyć, z tego wyjdzie, tylko ruszył przed siebie, będąc takim protopostmodernistą. Zburzył wielkie narracje i zbudował setki małych (nie zapominajmy, że pod koniec życia porzucił ideę woli mocy; poczytajcie sobie u Heideggera na temat metafizyki u Nietzschego). Dekonstrukcja, jak chuj, jak się kiedyś w zupełnie innym kontekście wypowiedział mój znajomy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro już przy Nietzsche’m jesteśmy, to wspomnijmy może o nazistach, co? W końcu wpis o Nietzsche’m bez nazistów to jakby wpis niepełny, głupi wręcz. W powszechnej opinii (a przynajmniej w tej bardziej powszechnej) związek Nietzsche’go i nazistów można by porównać do związku mistrza i jego uczniów. Naziści prezentowani są jako spadkobiercy Nietzsche’go. Filozofia Nietzsche’go jest groźna – spójrzcie na nazistów. Nie chce mi się znowu gadać o całych machlojach z filozofią Nietzsche’go w kontekście nazistów. Pisałem już o tym wiele razy (najszerzej &lt;a href="http://smootnyclown.blogspot.com/2009/08/nietzsche-i-nietzschisci.html"&gt;tu&lt;/a&gt;). Mam też już w połowie przygotowany tekst, który również o tym, m.in., traktuje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odważnie postawiłbym tezę przeciwną. Naziści nie inspirowali się Nietzsche’m, a wręcz swoimi czynami zaprzeczali jego ideom. Badiou bardzo trafnie zwrócił uwagę, że wszelkie próby odpolitycznienia nazistowskiego ludobójstwa, podejmowane przez Hannah Arendt, były po prostu kretyńsko naiwne (Badiou, o ile mi wiadomo, nigdzie tak tej postawy nie określił). Hannah Arendt politykę chciała rozpatrywać, jako procedury współżycia społecznego, współbycia (&lt;em&gt;etre-ensemble&lt;/em&gt;). W związku z tym nazizm polityką być nie mógł, ponieważ jego głównym celem było właśnie rozbicie współbycia, likwidację wspólnoty społecznej. Badiou przytomnie jednak zwraca uwagę, że działania nazistowskie były wręcz bardzo wspólnotowe. Jedyne, co jest w nich sprzeczne z poglądami Arendt, to inne definiowanie wspólnoty. Ponieważ nie jestem tak lotny w sztuce argumentacji, jak Badiou, oddam mu głos:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Nikt bardziej niż Hitler nie pragnął współ-bycia Niemców. Nazistowska kategoria „Żyda” służyła właśnie do zdefiniowania niemieckiej przestrzeni wewnętrznej, przestrzeni współ-bycia, poprzez wytworzenie (arbitralne, ale skuteczne) pewnego zewnętrza, które można będzie z wewnątrz wyśledzić […].&lt;/blockquote&gt;Zdaje mi się, że Rorty zaakceptowałby taką argumentację. Mam wrażenie, że solidarność w słowniku Rorty’ego oznaczała właśnie coraz bardziej inkluzyjne podejście do wspólnotowości. Oznacza takie działania, które pozwolą jak największe grono ludzi uznać za „swoje”, a nie „obce”. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mała narracja, nie wielka. Niechęć do wielkich narracji charakteryzuje nie tylko współczesnych postmodernistów. Łatwo ją zauważyć i w pismach Stirnera, i w pismach Nietzschego, a nawet wielu wcześniejszych jeszcze filozofów. Postawiłbym tezę, że to właśnie ta niechęć była główną osią myśli Nietzsche’go. To wokół niej kręciło się większość jego książek. Ten stosunek do, upraszczając, metafizyki diametralnie różnił Nietzsche’go i jego nazistowskich uczniów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mówi się, że uczeń przerósł mistrza. Może powinno się też mówić, że odrzucił? Choć i tutaj można postawić zasadne pytanie: na ile rzeczywiście możemy mówić o mistrzu i uczniach?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;____________&lt;br /&gt;A! co myślicie o zmianie kolorystyki bloga? Proponujecie jakieś kolory?&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5462199052353967301?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5462199052353967301/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/09/grzaski-grunt.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5462199052353967301'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5462199052353967301'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/09/grzaski-grunt.html' title='Grząski grunt'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-908527064562923931</id><published>2010-09-22T15:21:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:13:21.266+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>Pojebusy i parę innych</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Wczoraj wróciłem ze swojego trzeciego już w tym roku urlopu. Czwarty sobie zostawię, jako zaległy:) W każdym bądź razie wróciłem chory. Gdybym był zarejestrowany w jakiejś przychodni, to bym sobie L4 załatwił i przedłużył urlop, no ale niestety tak dobrze to nie ma. Gdyby nie to, że preferuję ponętne wróżki i znachorki, to może i bym się do jakiegoś starego, pomarszczonego lekarza przeszedł..., ale jakoś dam radę. Nie, jeszcze nie wiem do czego zmierzam. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A, może do tego. Oblukałem sobie dzisiaj jakieś wydanie specjalne &lt;em&gt;Wiedzy i Życia&lt;/em&gt;. Gazetka dotyczyła człowieczeństwa i została zatytuowana &lt;em&gt;Kim jesteśmy&lt;/em&gt;. Bez znaku zapytania. W każdym bądź razie w środku całkiem niezły wywiad z Zimbardo i jeszcze jeden, z jakimś typem od języka, kognitywistą, czy kimś, który twierdzi, że tak naprawdę nie o prawdę tutaj chodzi. Że człowiek wcale nie prawdy szuka na świecie, tylko usprawnień swojego funkcjonowania.&amp;nbsp;Tak na szybko to sobie wynotowałem z wywiadu sentencję:&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Jeśli prawda pomaga w przystosowaniu do środowiska i przetrwaniu - świetnie, jeśli nie - tym gorzej dla prawdy. Przystosowanie jest jedyną rzeczą, która się liczy.&lt;/blockquote&gt;Bardzo mi się ten fragment podoba, jakoś tak miło mi w uchu brzmi. I pobrzmiewa z tym, co ze dwa dni wcześniej przeczytałem u Kooijmansa (o!, już wiem do czego zmierzałem tam na początku. W ciągu moich 6 dni urlopu przeczytałem sobie 3 i pół książki: reportarze z Turcji Szabłowskiego, reportarze z Kambodży Idlinga, &lt;em&gt;Etykę&lt;/em&gt; Badiou i do połowy&lt;em&gt; Niebezpieczną wiedzę&lt;/em&gt; Kooijmansa; wszystkie z czystym sumieniem mogę polecić). No w każdym bądź razie, bo pewnie nawias wybił was z rytmu czytania, u Koijmansa zakreśliłem sobie taki fragment:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Na ogół autorzy "nowożytni" byli dogmatycznymi, lub kierującymi się modą zwolennikami Kartezjusza, którzy mieli gotowe wytłumaczenie rozmaitych zjawisk, zanim jeszcze przeprowadzili jakiekolwiek badanie. Zwykle przedstawiali przypuszczenia jako prawdy i rzadko gotowi byli przyznać, że czegoś nie wiedzą.&lt;/blockquote&gt;Kooijmans po wielokroć zwraca uwagę, że&amp;nbsp;system Kartezjusza, mimo kilku pozytywów, był w gruncie rzeczy spekulatywny. Kurde od kilku dni głowię się, jak to ugryźć w związku z tzw. neopozytywizmem. Wracając do gazetki. Poza wywiadami to tak na szybko znalazłem całkiem ciekawy (tak mi się zdaje) artykuł na temat pochodzenia moralności. Zdaje mi się, że jest w pełni kompatybilny z tym, co w jakimś rozdziale pisał Precht. Zasadniczo rzecz biorąc, może i warto zajrzeć do tego wydania na dłużej. Nie omieszkam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale tak poszedłem jakoś dłuższą drogą, niż chciałem. Bo zasadniczo to chciałem zacząć od tych pojebów. Otóż z sentymentu zaglądam sobie od czasu do czasu na różne libertariańskie fora. Fora, na których kiedyś się udzielałem, ale z których z różnych powodów zrezygnowałem. No i tak sobie dzisiaj wszedłem na takie jedno forum, coby sprawdzić, czy jeszcze dycha. Jak się okazuje, dycha. Znam naprawdę wielu łebskich libertarian, ludzi, którzy ten bardziej ukrwiony mózg mają we łbie. No więc z góry ich przepraszam za to, co zaraz napiszę. Otóż libertarianie to są pojeby. Takie mam wnioski po przeglądnięciu jednego tematu z pewnego forum. Nie no, masakra, nie Krzysiek?:)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W gruncie rzeczy, to, co chciałem powiedzieć, to już powiedziałem, więc powoli będę kończył. Tak się tylko, wiecie, przypomnieć chciałem. Powiem wam jeszcze, że możecie sobie, co kto lubi, oczywiście, odwiedzić jakiś Empik. Wybrane tytuły tzw. "akademickie i fachowe" mają z 25% rabatem. Wśród nich m.in. ostatni Dawkins. Może więc sobie go kupię...?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A! Nie było mnie parę dni dla świata, ale świat, przynajmniej w ograniczonym stopniu, był dla mnie. Oglądając kilka dni temu Wiadomości, natknąłem się na wypowiedź Semki, że Niemce, swoim projektem wystawy chcą relatywizować historię przez odrzucenie kontekstu wydarzeń. Nie znam się na tym, ale zawsze miałem wrażenie, że to właśnie przywołanie kontekstu jest relatywizowaniem. No, ale każdy ma takich wrogów, jakich sobie stworzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy okazji w radio, albo radiu usłyszałem, że strona polska już złożyła ponoć jakieś wszystkie dokumenty, których Ruscy wymagali, żeby nasi mogli sobie polecieć do Smoleńska i obadać teren. A Ruskie dalej zgody nie chcą wydać. I pan reporter, który to mówił, albo jeden z&amp;nbsp;zainteresowanych Polaków, nie pamiętam, zadał niby-retoryczne pytanie, co stoi na przeszłodzie, żeby Rosjanie taką zgodę wydali? Więc sobie wymyśliłem kawał.&lt;br /&gt;- Co stoi na przeszłodzie, żeby blablabla?&lt;br /&gt;- Dowody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No. Słaby. Ale to pierwszy, który wymyśliłem, więc bądźcie wyrozumiali. Za kilka dni, jak czas&amp;nbsp;pozwoli, postaram się napisać już coś konkretnego. Może o tym Badiou...?&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-908527064562923931?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/908527064562923931/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/09/pojebusy-i-pare-innych.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/908527064562923931'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/908527064562923931'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/09/pojebusy-i-pare-innych.html' title='Pojebusy i parę innych'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-6755474380494655422</id><published>2010-09-14T23:53:00.001+02:00</published><updated>2011-04-10T23:13:35.010+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>Gdzie Rzym, gdzie Krym</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Pamiętam, jak byłem mniejszy i zaczytywałem się w Rothbardzie i innych mu podobnych kozaczkach. Nie, tym razem nie będę sobie z Rothbarda polew robił, bo nie mam ochoty, a poza tym i tak sporo rzeczy jeszcze trza załatwić przed miniurlopem. Pamiętam tylko, jak Rothbard, albo któryś z jego drużyny (a może to Mises w "Mentalności antykapitalistycznej", albo ktoś tam jeszcze inny w czymś tam jeszcze innym) pisał o różnych intelektualistach, którzy kochliwie i zalotnie mrugali do Związku Radzieckiego. I jak jeździli do ZSRR i przywozili jakieś relacje. I ponoć część wracała i nagle okazywało się, że to jednak nie jest ta ich ukochana, pod welonem skrył się jakiś kaszalot, żrący kurczaka palcami, albo i jeszcze gorzej! Ale część wracała i dalej mówiła, jak to ZSRR jest fajnie i w ogóle wczasy. Oczywiście, jak ktoś nie był wtedy w ZSRR, to nie mógł wiedzieć, co się tam dzieje, bo i skąd. Można się było ino domyśliwać, co raz się udawało, a raz nie. Stąd też, tak sądzę, część intelektualistów wracała do ciepłych wyrek, drogich knajp i solidnych ulic, wypchanych czarnymi furkami. I mówiła, że jest dobrze, że idzie ku lepszemu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obecnie wczytuję się w &lt;em&gt;Uśmiech Pol Pota&lt;/em&gt;, reportaż Petera Froberga Idlinga na temat, oczywiście, Kambodży. Idling pisze m.in. o czwórce Szwedów, którzy w 1978 roku, a więc już kilka lat po przejęciu władzy przez Czerwonych Khmerów, odwiedzili Demokratyczną Kampuczę. Ta czwórka to Hedda Ekerwald, Gunnar Bergstrom, Marita Wikander i Jan Myrdal (z tych Myrdalów). Z ich opisów wyłaniał się optymistyczny krajobraz. Zrujnowany przez Stany Zjednoczone kraj powoli stawał na własne nogi. Wszystko dzięki Czerwonym Khmerom i komunistycznej rewolucji. Nie było mordów, głodu, biedy. Zastanawia się Idling, czy ci szwedzcy podróżnicy, jedni z nielicznych, przed którymi Demokratyczna Kampucza otworzyła swoje granice, wiedzieli i widzieli, co się tam dzieje, czy naprawdę nie mieli o tym pojęcia? Przywołuje islandzkiego noblistę, Haldóra Laxness'a, który pisał o podróżach do stalinowskiego Związku Radzieckiego. Że jeśli zacznie się źle pisać o ojczyźnie rewolucji, to zahamuje się samą rewolucję w innych miejscach globu. A przecież ta rewolucja jest dobra. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja nie wiem, jak to było. Trudno to ocenić. No bo przecież nie będziemy Polski porównywać do ZSRR, albo Kambodży, nie? Gdzie Rzym, gdzie Krym, panie?!&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-6755474380494655422?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/6755474380494655422/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/09/gdzie-rzym-gdzie-krym.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6755474380494655422'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6755474380494655422'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/09/gdzie-rzym-gdzie-krym.html' title='Gdzie Rzym, gdzie Krym'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-6565463403790293170</id><published>2010-08-22T22:07:00.001+02:00</published><updated>2011-04-10T23:15:52.559+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>eeee?</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Dorwałem kilka dni temu książkę &lt;em&gt;Libertarianizm. Teoria, praktyka, interpretacje&lt;/em&gt;. pod redakcją Waldemara Buliry i Włodzimierza Gogłozy (tego samego, od MindFuck'a). Na książkę składa się kilkanaście artykułów, traktujących o libertarianizmie. Całość dzieli się na cztery części. W pierwszej rozkładana jest na części historia i inspiracje libertarianizmu. Możemy przeczytać tekst Włodka o Wordsworth'ie Donisthorpe'ie (ten sam, co w MindFuck'u), tekst Mikołaja Barczentewicza na temat filozofii prawa Rothbarda, czy na poły wspomnieniowy artykuł Romana Tokarczyka o Robercie Nozick'u. Całość rozpoczyna jednak artykuł pt. &lt;em&gt;Geneza i próba systematyki głównych nurtów libertarianizmu&lt;/em&gt; Jacka Bartyzela.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W części drugiej możemy przeczytać tekst Pawła Sikory na temat self-ownership (był publikowany na Liberalis.pl), pracę Jurusia o teorii wartości u Carla Mengera, porównanie Rawls'a i Amartyi Sen'a (Justyny Miklaszewskiej) i artykuł Edyty Barańskiej o nieposłuszeństwie obywatelskim. Druga część związana jest głównie z teorią i myślą polityczną. Część trzecia to już zwrócenie uwagi na praktykę. Michał Kozera pisze o amerykańskiej Libertarian Party, Stefan Stępień o libertarianizmie w retoryce UPR, a Izabela Czaja dywaguje nad rzadkością idei liberalno-libertariańskich w edukacji ekonomicznej w Polsce. Na ostatnią część składają się artykuły polemiczne. Janusz Grygieńć krytykuje koncepcję państwa minimalnego, Waldemar Bulira przywołuje Charlesa Taylora i spór między komunitarystami i liberałami, Barbara Grabowska zwraca uwagę na feministyczną krytykę libertarianizmu, a Jolanta Zdybel szuka skutecznych rozwiązań libertariańskich w dobie społeczeństwa informatycznego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle suchych faktów. Ponieważ staram się wyrobić swoją normę 250-300 stron/tydzień, więc książkę przeleciałem bardzo szybko. Po przeczytaniu odczucia mam bardzo mieszane. Z jednej strony myślę sobie, że fajnie, że wyszła taka książka. Ostatni raz książkę na temat libertarianizmu, której nie wydał Fijor, to widziałem chyba na Allegro (Justyny Miklaszewskiej, zresztą). Podstawowy zarzut jest taki, że w gruncie rzeczy autorzy to ludzie, którzy z libertarianizmem stykają się tylko na poziomie akademickim (w zasadzie poza Barczentewiczem, Gogłozą i jeszcze może dwoma osobami). Oznacza to, że w większości tekstów najpoważniej traktowany jest Nozick, a Rothbard jest gdzieś tam na przystawkę. Nie, żebym miał coś przeciwko takiemu potraktowaniu Rothbarda. Problem leży w moim odczuciu w tym, że autorzy Nozicka uznają za czołowego libertarianina naszych czasów, podczas gdy jego wpływ na środowisko libertariańskie jest (i był) raczej ograniczony. No bo weźmy taką Barbarę Grabowską, która krytykuje libertarianizm z pozycji feministycznych. Jak można w tym kontekście nawet nie wspomnieć choćby o Wendy McElroy, czy Christinie Hoff Sommers? W zasadzie jedyny libertarianin, do którego się odnosi to... Robert Nozick. Jakby na przykład Rothbard, albo Long&amp;nbsp;o feminizmie nie pisali. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powtórzmy jeszcze raz: większość autorów libertarianizm zna z Nozick'a i ew. Rothbarda (od święta mamy jeszcze wymienioną Rand). To trochę mało, żeby napisać solidną pracę na temat libertarianizmu. To główny zarzut. Drugi zarzut to tekst Jacka Bartyzela. Czy naprawdę nie ma w tym kraju myślących ludzi, którzy byliby w stanie rzeczowo i bez cokolwiek wrednych komentarzy streścić historyczny rozwój i wewnętrzny podział libertarianizmu? Ja wiem, że libertarianizm sam się o to prosi. Ale ja po tytule odniosłem wrażenie, że chodzi raczej o opis zjawiska, a nie jego recenzję. Ja na przykład od razu chciałem się określić agorystą, gdy tylko przeczytałem, że wyliczenie cech agoryzmu, jak to Bartyzel uczynił,&amp;nbsp;&lt;em&gt;pozwala uznać agoryzm za nie tylko najbardziej ekstremistyczną i dziwaczną, ale wręcz odrażającą mutację ideologii libertariańskiej&lt;/em&gt;. Cudo. Trochę niepoważne, ale jednak cudo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mam do Włodka pretensji za jego artykuł o Donisthrope'ie, mimo że już go czytałem. Wordsworth jest na tyle mało znanym autorem, że warto było ten artykuł puścić w bardziej poważnej formie.&amp;nbsp;Mam za to drobny żal do Mikołaja, głównie z tej racji, że jego artykuł jest zmodyfikowaną wersją jego wstępu do polskiego wydania &lt;em&gt;Etyki wolności&lt;/em&gt;, który to wstęp jest zmodyfikowaną wersją jakiegoś przemówienia. Nie czaję za bardzo tekstu Tokarczyka, bo nie wiem, czy chodziło mu raczej o napisanie, co go z Nozickiem łączyło, co dzieliło, jak prowadził wykład, czy też może jak wyglądał. Owszem, może to i fajne, ale jak się to ma do tytułu książki? Dariusz Juruś pisząc o wartości u Carla Mengera, czy Justyna Miklaszewska konfrontująca Rawls'a i Sen'a również znajdują się gdzieś tam na dalekich obrzeżach libertarianizmu i w gruncie rzeczy nie wiem, co te artykuły robią w tej książce. Podobnie tekst na temat nieposłuszeństwa obywatelskiego (o ile jeszcze kontekst Thoreau jakoś się nadaje, o tyle rozważania o Rawls'ie i Arendt już na gruncie libertarianizmu się nie znajdują).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdecydowanie najlepszą częścią ksiązki są uwagi polemiczne, gdzie poza cienizną związaną z feminizmem, znajdujemy trzy inne, bardzo ciekawe artykuły. Co prawda krytyka państwa minimalnego zawężona jest do filozofii politycznej brytyjskiego idealizmu, niemniej jednak rzecz warta uwagi. Bardzo mi się spodobał artykuł Buliry na temat koncepcji atomizmu u Taylor'a (Taylor to w ogóle ciekawy gościu).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Reasumując. Książka nierówna, gdzie obok naprawdę rzetelnych tekstów (Włodek, mimo wszystko Mikołaj, Kozera, Bulira, Sikora,&amp;nbsp;czy - od biedy - Bartyzel), znajdziemy teksty, których autorzy liberalizm i libertarianizm traktują synonimicznie, przez co wychodzą im śmieszne rzeczy. Znajdziemy również teksty rzetelne i naprawdę interesujące, niemniej jednak mało związane z głównym tematem, czyli libertarianizmem. Tak to właśnie z polskimi książkami na temat libertarianizmu jest..&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-6565463403790293170?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/6565463403790293170/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/08/eeee.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6565463403790293170'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6565463403790293170'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/08/eeee.html' title='eeee?'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-7334603817657427419</id><published>2010-08-18T22:44:00.003+02:00</published><updated>2011-04-10T23:16:09.552+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='libertarianizm'/><title type='text'>Człowiek rezonansu</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Na tylnej okładce (?) polskiego wydania &lt;em&gt;O nową wolność&lt;/em&gt; Rothbarda znajdują się dwie śmiesznostki. Pierwsza, to cytat, który mógłby być wyznaniem wiary rothbardiańskiej sekty (i zapewne jest), a który idzie tak:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Libertarianizm ostatecznie zwycięży, ponieważ tylko i wyłącznie on jest zgodny z naturą człowieka i świata. Tylko wolność jest wstanie [pisownia oryginalna - sc] zapewnić człowiekowi dobrobyt, spełnienie i szczęście.&lt;br /&gt;Libertarianizm zwycięży, ponieważ jest prawdziwy i proponuje właściwą strategię dla ludzkości, a prawda w końcu zwycięży.&lt;/blockquote&gt;Oczywiście Rothbard gówno wie, czy libertarianizm jest prawdziwy. Prawdziwy, to może być Tomizm, ale nie daj Bóg ten Bartosia!, albo Krąpiec. Wedle moich tajemnych informacji Rothbard Krąpca nie znał i nie czytał, a jeśli czytał, to nie słuchał, a jeśli słuchał, to się nie stosował, więc Rothbard gówno wie o prawdzie. Tak to się przedstawia i taka jest Prawda. Co prawda Hoppe stara się nam to troszkę zagmatwać, gdy posiłkując się Marksem mówi, że&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt; &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Historia [cywilizacji Zachodu, ukazana przez Rothbarda - sc] została ukazana jako stała walka między prawdą a fałszem oraz dobrem (sprawiedliwością) a złem.&lt;/blockquote&gt;Nie muszę chyba jednak dodawać, że Hoppe też Krąpca nie czytał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Druga śmiesznostka, która się znajduje na tyłach książki, to fragment skrótowej notki biograficznej. Możemy w niej przeczytać co następuje:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Ze względu na szeroką wiedzę z zakresu teorii i historii państwa i prawa, dziejów myśli ekonomicznej, politologii, filozofii, kinematografii, a także niemieckich kościołów barokowych, a nawet jazzu, mówiono o nim jako o ostatnim przedstawicielu Renesansu.&amp;nbsp;&lt;/blockquote&gt;Powiem wam, że skoro Rothbard uznawany jest za człowieka Renesansu, to ja się zastanawiam, czy aby na pewno używam tego zwrotu w poprawnym rozumieniu. Bo ja może czegoś nie ogarniam. Jeżeli gościu, który ma "szeroką wiedzę" z zakresu teorii i historii państwa i prawa, by dowieść swoich teorii państwowotwórczych posiłkuje się cokolwiek słabym marksistą; jeżeli gościu o wykształceniu ekonomicznym nie potrafi policzyć w odpowiedni sposób wysokości rezerwy obowiązkowej i potencjału kreacji pieniądza w wymyślonym przez siebie przykładzie (!!!) [zajrzyjcie sobie do &lt;em&gt;Podstaw bankowości&lt;/em&gt;, a będziecie wiedzieć o czym mówię]...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Albo z tą filozofią. Częstokroć Rothbard porywał się na utylitarystów. Jaki znacie najmocniejszy argument Rothbarda przeciwko utylitaryzmowi? Dla ułatwienia dodam, że Rothbard podał dwa takie argumenty. Jeden najchujowszy ze wszystkich, jakie można było wymyślić, a drugi... cóż, również nie najwyższych lotów (chociaż przy tym pierwszym przynajmniej pozwala przypuszczać, że Rothbard wiedział, co takiego "utylitaryzm" znaczy). No dobra, był jeszcze jeden argument, jeśli za takowy można nazwać wywód:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Po drugie - co jest równie ważne - rzadko się zdarza, żeby utylitarysta był radykalny, żeby z zapałem się domagał natychmiastowej eliminacji zła i przymusu. Utylitaryści, z ich umiłowaniem doraźnej korzyści, prawie zawsze sprzeciwiają się wszystkiemu, co byłoby radykalną zmianą i niosło ze sobą jakiekolwiek niedogodności.&lt;/blockquote&gt;Cały argument skwitowany jest stwierdzeniem, że &lt;em&gt;choroba utylitaryzmu do dziś toczy libertarianizm&lt;/em&gt;. Tak sobie przeglądam w tym momencie &lt;em&gt;O nową wolność&lt;/em&gt; i dostrzegam, że wysuwa Rothbard jeszcze jedną argumentację. Rothbie pisze, że utylitaryzm zakłada podejmowanie decyzji na podstawie konsekwencji odpowiednich działań, a nie - jak wg Rothbie'go powinien - na podstawie samych działań. Rothbie, jako hardcore indywidualista nie mógł przystać na to, by to konsekwencje się liczyły, a nie zasady. W końcu był nie konsekwencjalistą, tylko... Powiedzmy, że był libertarianinem deontologicznym. Właśnie te deontologiczne zapędy wychodziły na wierzch w jednym z argumentów przeciw utylitaryzmowi. Otóż problemem tego ostatniego &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;jest to, że niechętnie uznaje on jakąkolwiek zasadę za absolutne i konsekwentnie stosowane kryterium, do którego można by odnosić różne sytuacje rzeczywistego świata.&lt;/blockquote&gt;Zwróciliście przy tym uwagę na kompletny kretynizm tej wypowiedzi? Przecież właśnie w utylitaryzmi o to chodzi, że konsekwentnie stosuje jedno, podstawowe kryterium - użyteczność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najdurniejszy argument przeciwko utylitaryzmowi, jaki Rothbard wysunął to było twierdzenie, jakoby utylitarysta musiał uznać &lt;em&gt;za słuszne wszystko cokolwiek tylko rząd definiuje jako legalne i właściwe&lt;/em&gt;. Ktoś może się przyczepić, że stwierdzenie to dotyczy utylitaryzmu w kontekście ekonomii, a nie filozofii. Na zarzut taki odpowiedziałbym, że w następnym zdaniu Rothbard odnosi się do tegoż argumentu, jako dziedzinie filozofii społecznej. Utylitarystyczny cel? Kontekst + &lt;em&gt;pewna i precyzyjna alokacja tytułów własnościowych&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Masakra. Czytać tego gościa nie mogę. Jakimś jednak cudem, Krąpiec jeden wie jakim, udał się - zgrubsza - Rothbardowi jeden argument. Wcześniej jednak krótka dygresja. Strasznie mnie Rothbard wkurwia. Gościu był, takie mam wrażenie, czytając różne jego teksty, nadętym do granic bufonem z ego nadmuchanym tak, jak setki balonów, unoszących dom w Disney'owskim &lt;em&gt;Odlocie&lt;/em&gt;. Najbardziej mnie wkurwia to, że czytając 5 jego książek, odnosisz wrażenie, że jakbyś przeczytał dwie, to by ci zupełnie wystarczyło. Gościu tak po maksie się powtarzał, że nawet równie nadęty H.H. Hoppe takich jazd nie miał. Dość powiedzieć, że &lt;em&gt;Złoto, banki, ludzie...&lt;/em&gt; jest w gruncie rzeczy żywcem wyjętym fragmentem &lt;em&gt;Tajników bankowości&lt;/em&gt;. Ale i w &lt;em&gt;O nową wolność&lt;/em&gt;, i w &lt;em&gt;Etyce wolności&lt;/em&gt;, i w &lt;em&gt;Egalitaryzmie...&lt;/em&gt; możemy znaleźć te same wątki, złożone z tych samych zdań i akapitów, a nawet stron. Masakra. Strasznie czegoś takiego nie lubię, bo mam wrażenie, że autor traktuje czytelnika jak idiotę, który wcale-a-wcale nie zauważy, że jakiś kutas ładuje go w dupę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając. Argument, który Rothbardowi odnośnie utylitaryzmu wyszedł, to jedno, krótkie i celne pytanie: dlaczego jak najwięcej szczęścia dla jak największej liczby ludzi, a nie najmniejszej? Mimo trafności spostrzeżenia, pozostaje niedosyt, bo Rothbard chyba sam do końca nie wiedział do czego zmierza. Otóż celnie mu pod czachą świtało, że problemem jest stosunek do jednostki. Zanim dojdę do pointy akapitu, następna dygresja. Raz jeden udało mi się odkryć, że Rothbard odwołuje się do Rawls'a. Tak, tego Rawls'a. Rothbie najpierw gada sobie o tym, że utylitarysta nie ma żadnej teorii, dot. praw własności, a zaraz potem daje przypis i mówi: "porównaj, co mówi na temat utylitaryzmu Rawls!". Więc jeśli ktoś ma tego Rawls'a, to sobie otwiera książkę i... dębieje. Przywołam kontekst. Otóż w polskim wydaniu &lt;em&gt;Etyki&lt;/em&gt;&amp;nbsp;na stronie 136 jest przypis, o którym mowa. Możemy tam przeczytać: &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Por. krytykę utylitaryzmu w tym punkcie w: John Rawls, &lt;em&gt;A Theory of Justice&lt;/em&gt; (Cambridge, Mass.: Harvard University Press 1971), s. 26-27, par. 83-84 [&lt;em&gt;Teoria sprawiedliwości&lt;/em&gt;, tłum: M. Panufnik, A. Romaniuk, Warszawa: Wydanictwo Naukowe PWN 1994].&lt;/blockquote&gt;I później jeszcze do innej książki. Dwie sprawy. Po pierwsze, uważam za ŻAŁOSNE, że polski tłumacz (w tym wypadku tłumacze) nie raczył nawet ruszyć dupy i sprawdzić, jak się rzeczony fragment prezentuje w polskim wydaniu i wpisać polskich odpowiedników stron. I tak w całej książce. Żal mi po prostu dupę ściska. Po drugie, nowe wydanie &lt;em&gt;Teorii... &lt;/em&gt;wyszło w roku 2009, podczas gdy na polskim wydaniu &lt;em&gt;Etyki...&lt;/em&gt; Rothbarda, widnieje data 2010. Oznacza to, że tłumacz nawet nie raczył w przypisie odwołać się do nowszego wydania. Ba, w ogóle pominął fakt, że takowe się ukazało! Tyle w kwestiach technicznych. Skończyłem o tym dębieniu. Ja wiem, że książki wydawane w Ameryce są mniejsze, niż u nas. Amerykańce mają obsesję na punkcie wielkości, uwielbiają wielkie żarcie, małą colę litrową w kinie, popcorn w 5-litrowych wiadrach itd. Tylko książki mają małe, żeby było więcej miejsca na żarcie. Wracając do przypisu, autor zwraca naszą uwagę na strony 26-27, gdzie znajdują się paragrafy 83-84. Wiecie ile ogółem paragrafów liczy sobie książka? 87. A wiecie ile stron (polskie wydanie z 2009 r.)? 860, z czego 824 tekstu głównego. Jakim, kurwa, cudem oni ostatnie paragrafy zmieścili na pierwszych stronach?!?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając jednak do rzeczy, tj. do samego argumentu Rothbarda. Otóż w ogóle Rothbard nie zauważa najważniejszego, z czego jego własny argument powinien wyjść, a na co uwagę zwraca Rawls. Do tych jednak akapitów Rawls'a Rothbard się wcale nie odwołuje, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jego znajomość Rawls'a polegała na "słyszałem, jak ktoś mówił, że Rawls napisał...". Poza tym uwagę na to zwraca również Sandel, MacIntyre i - z tego co się orientuję - Taylor. Otóż podstawowym problemem utylitaryzmu jest to, że zasadę wyboru indywidualnego przekłada on na z góry określoną wspólnotę, co nie jest już stanowiskiem indywidualistycznym. No kto, jak kto, ale Mr Libertarian mógłby takie rzeczy dostrzegać. Jeszcze tylko jedno i już kończę. Rothbard przywołując te swoje argumenty przeciwko utylitaryzmowi konkluduje:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Takie założenie nie ma podstaw naukowych i jest jedynie dowodem wiary w utylitaryzm.&lt;/blockquote&gt;W przeciwieństwie do prawa naturalnego&amp;nbsp;- zapomniał dodać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A, przypomniało mi się coś:) Kojarzycie ten sławetny fragment, gdzie to Rothbard mówi:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Rozważmy konsekwencje odmówienia człowiekowi prawa do posiadania własnej osoby. Mamy wtedy do czynienia z dwiema możliwościami...&lt;/blockquote&gt;Możecie to sobie znaleźć choćby w &lt;em&gt;O nową wolność&lt;/em&gt;, s. 52, w &lt;em&gt;Etyce...&lt;/em&gt; to będzie strona 127, a w &lt;em&gt;Egalitaryzmie...&lt;/em&gt; - 144. Mówię rzecz jasna o polskich wydaniach. Chodzi mi konkretnie o powód odrzucenia pierwszej alternatywy, w której to część ludzi posiada inną część ludzi (w domyśle: i siebie) [spostrzegłem właśnie oryginalność Rothbarda - w &lt;em&gt;Etyce...&lt;/em&gt; zamienił kolejność alternatyw!]. W &lt;em&gt;O nową wolność&lt;/em&gt; wniosek jest jeszcze na 52 stronie, w &lt;em&gt;Etyce...&lt;/em&gt; - 128, a w &lt;em&gt;Egalitaryzmie...&lt;/em&gt; - 145. Po kolei: Rothbard prezentuje takie alternatywy, by je odrzucić i przyjąć aksjomat samoposiadania, jako podstawę etyki. Jednak jak możecie przeczytać, powód odrzucenia tej alternatywy jest właśnie etyczny! Klasyczne błędne koło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chętnie bym się jeszcze poznęcał nad libertariańskim bożkiem, ale jest już trochę późno,&amp;nbsp;a ja i tak już sporo napisałem. So, see you soon!&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-7334603817657427419?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/7334603817657427419/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/08/czlowiek-rezonansu.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7334603817657427419'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7334603817657427419'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/08/czlowiek-rezonansu.html' title='Człowiek rezonansu'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-8218191317330195470</id><published>2010-08-06T23:31:00.001+02:00</published><updated>2011-04-10T23:16:22.928+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Moje księgowe boje</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Kocham książki. Kocham, kurwa, książki, jak nic innego na świecie. Wydałem w tym tygodniu 76 złotych na książki. To w sumie mało, zdarzało mi się wydawać w tygodniu znacznie większe sumy. Z drugiej strony, nigdy w tygodniu nie kupiłem więcej, niż w tym. Co prawda mamy dopiero piątek, a za chwilę sobotę, ale mimo to nie planuję już wydatków książkowych w tym tygodniu. O przyszłym jeszcze pomyślimy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odwiedziłem kolejno - warszawski Empik przy Nowym Świecie, gdzie&amp;nbsp;mają akurat sporą wyprzedaż tytułów podniszczonych (ceny od 0,99 do 19,99, przy czym wady niektórych książek to naderwana obwoluta, albo wgniecenie w okładce; zważywszy, że niektóre tytuły są przecenione ze 150 zeta, to pieniądze są śmieszne). Może tam coś znajdziecie. Głównie literatura dla dzieci, trochę podręczników do prawa, kilka sztuk &lt;em&gt;Historii filozofii&lt;/em&gt; Tatarkiewicza (ale ani jednego 1. tomu), trochę albumów o świecie (szczególnie polecam zaglądnąć do przecudnego &lt;em&gt;Żyjąca Afryka&lt;/em&gt;). Ja skusiłem się na &lt;em&gt;Mitologię Germańską&lt;/em&gt; Artura Szrejtera. Książka, na którą zalotnie zerkałem od jakiegoś czasu, miała (obecnie trudno ją dostać) cenę rynkową wysokości 39,9. Kupiłem ją za dyszkę i była to najdroższa książka, jaką kupiłem w tym tygodniu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z drugiej ręki dostałem informację, ze na Placu Szembeka (wszystkie miejsca w obrębie Warszawy) jest świetny antykwariat. Tylko tutaj uwaga, antykwariat nie jest w&amp;nbsp;Centrum Szembeka, tylko na tym bazarze, co to znajduje się w okolicy. Książek&amp;nbsp;- masa. Ceny - świetne. Przed wejściem kilka wielkich regałów wypchanych po brzegi literaturą i różnej maści podręcznikami. I promocja: zapłać 20 zeta, a możesz wziąć co tylko uniesiesz. Oczywiście z towaru wystawionego przed sklepem. Wchodząc do środka, ciężko się zachwycić. Salka wydaje się mała, faktycznie wypchana książkami po brzegi. Masa historii (głównie Polski, a cały Jasienica po 7 zeta od tomu). Trochę droższa cała seria PIWu, no ale kto zna, ten wie, że warto. Za rogiem, okazuje się, że antykwariat jest wielki. Nie jedna salka, nie dwie, nawet nie trzy. Bodaj sześć sali z książkami, między którymi ledwo idzie się zmieścić. I cała masa innych książek w kartonach, bo brakuje miejsca. Słaby dział filozofii, całkiem nieźle stoi za to ekonomia i psychologia. Sporo poradników o seksie;) i książek z działów cokolwiek mniej obleganych, typu przyroda, grzybki, ptaszki, itp. I cała masa literatury. Naprawdę, ogrom. Poza tym w antykwariacie również niezłe winyle. Kupiłem trzy książki za w sumie 23 złote. Bolesława Orłowskiego &lt;em&gt;Księgę odkryć&lt;/em&gt;, książeczkę bardzo popularnonaukową na temat historii nauki. Po przejrzeniu po prostu mnie urzekła. Poza tym biografię Robespierre'a, pióra Jana Baszkiewicza (inna biografia Robespierre'a, Rutha Scurr'a mnie nie zachwyciła) i absolutny hicior: wydaną w 1999 roku przez PWN książkę Chomsky'ego &lt;em&gt;Rok 501. Podbój trwa&lt;/em&gt;, na temat neokolonializmu w kontekście Stanów Zjednoczonych i krajów na połodnie od nich. Jeśli ktoś książki kocha, kocha przeciskać się między książkami, kocha je oglądać i kartkować... Wreszcie, jeśli ktoś kocha zapach książek, pokocha antykwariat na Szembeka. Gdyby nie dosyć słabe działy, które mnie osobiście interesowały, uznałbym to za idealne miejsce na książkowe zakupy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziś z kolei odwiedziłem dwie inne księgarnie. A w zasadzie, jeden antykwariat&amp;nbsp;i jedną księgarnię. Dostałem cynę, że zgrabny antykwariacik jest na Banacha.&amp;nbsp;I jest. Co prawda nie jest zbyt wielki, ale literatury ma mało, a dużo książek okołonaukowych (historia, polityka, itp). Jeśli interesuje was problem eksperymentów medycznych III Rzeszy, znajdziecie tam to. Jeśli interesuje was Lenin, znajdziecie. Historia starożytna? Będzie. Powstanie Warszawskie? Jest. Klasyka literatury? Jest. &lt;em&gt;Trzeci szympans&lt;/em&gt;? Nie ma. Wydałem tam 20 złotych na trzy ksiażki. Alfreda Liebfelda &lt;em&gt;Rockefellerowie. Łupieżcy czy filantropi?&lt;/em&gt;, której to spis treści mnie przekonał. Dodam, że znalazłem jeszcze jedną książkę o Rockefellerach, ale dotyczyła raczej historii rodziny, a nie jej bogactwa, odstawiłem więc na półkę. Ponadto, znalazłem pracę Mariana Małowista, którego to dwie inne książki już czytałem (&lt;em&gt;Wschód a Zachód Europy&lt;/em&gt;... i &lt;em&gt;Niewolnictwo&lt;/em&gt;). Tym razem do kolekcji doszli &lt;em&gt;Konkwistadorzy portugalscy&lt;/em&gt;. Ponieważ znam autora, a problem imperializmu i kolonializmu mnie interesuje, więc się zaopatrzyłem. Trzecia książka to absolutny hicior tygodnia. Na allegro w tym momencie książka wisi za 75 zeta, a ją zgarnąłem za 7. Dodam, że widywałem ją już na allegro za dwa razy większe pieniądze. O czym mowa? O Jaredzie Diamond'ie i jego &lt;em&gt;Trzecim szympansie&lt;/em&gt;. Czy tę książkę trzeba jeszcze przedstawiać? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trochę się wzruszyłem, a to przecież wcale nie koniec podróży. Podjechałem jeszcze na Chmielną, by naprzeciw&amp;nbsp;Traffic'a (albo 'u) zajść do Dedalusa (luknijcie na ich stronkę i na ceny, jakie mają!) Super księgarnia z naprawdę bardzo wieloma interesującymi tytułami. Nie starymi, ale niektórymi już niestety poza obiegiem księgarskim. I tak strzeliłem sobie za 23 złote Williama James'a &lt;em&gt;Z wybranych problemów filozofii&lt;/em&gt;, Teodoro Gomeza &lt;em&gt;Fryderyka Nietzschego&lt;/em&gt; (raczej z sentymentu, niż z rozumu, bo książka choć fajna, to nie genialna) i Rudolfa Carnapa &lt;em&gt;Empiryzm. Semantyka. Ontologia&lt;/em&gt;. Kilka innych książek musiałem odłożyć w półki, bo niestety mój portfel mógłby nie wytrzymać tak nagłego odpływu gotówki. Szczególnie żałuję Łojka, &lt;em&gt;Obrony Nietzsche'go&lt;/em&gt; i innych książek James'a, a poza tym Huizingi i paru tytułów historycznych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zasadniczo tydzień uważam za udany. Carnap, Małowist, Chomsky, Diamont. Zdecydowanie było warto. Tym bardziej, że za 10 książek zapłaciłem tyle, co na allegro starczyłoby mi tylko na Diamonda. Czego chcieć więcej?&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-8218191317330195470?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/8218191317330195470/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/08/moje-ksiegowe-boje.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8218191317330195470'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8218191317330195470'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/08/moje-ksiegowe-boje.html' title='Moje księgowe boje'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-8348702456636204554</id><published>2010-08-02T20:15:00.000+02:00</published><updated>2010-08-02T20:15:47.662+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>W co ci ludzie wierzą?!?</title><content type='html'>Gadałem jakiś czas temu z kumplem. Nie pamiętam już o czym z nim gadałem, pamiętam natomiast, że minęliśmy się przy okazji z dwoma mormonami. Mój kumpel, agnostyk, momentalnie podchwycił temat. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- A najbardziej to się śmieję z Mormonów - powiedział.&lt;br /&gt;- Bo? - zapytałem.&lt;br /&gt;- Posłuchaj, w co oni wierzą. Oni wierzą, że w XIX wieku w Ameryce&amp;nbsp;jakiś kolo, Joseph Smith,&amp;nbsp;miał objawienie i odnalazł jakieś tabliczki ze słowami Boga. Gdzieś w jaskini, czy coś. I on je przeczytał i zaczął tłuc swoje nauki, spisał Księgę Mormona i zaczęło się.&lt;br /&gt;- No i? - dopytałem (wiedziałem do czego zmierza, ale z tego, co już powiedział, jeszce nijak to nie wynikało).&lt;br /&gt;- I wiesz w co ci Mormoni wierzą? Że ten Smith naprawdę znalazł i przeczytał te tabliczki, że to były boskie tabliczki. I wiesz co? I on je gdzieś schował!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak mi powiedział.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-8348702456636204554?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/8348702456636204554/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/08/w-co-ci-ludzie-wierza.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8348702456636204554'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8348702456636204554'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/08/w-co-ci-ludzie-wierza.html' title='W co ci ludzie wierzą?!?'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-7219020713927843408</id><published>2010-07-17T22:25:00.003+02:00</published><updated>2012-01-25T22:07:00.912+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='ekonomia'/><title type='text'>Posprzątaj po swoim pracowniku?</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Przeczytałem dzisiaj &lt;a href="http://praca.wp.pl/kat,18453,title,Pracowniku-chcesz-do-toalety-Stan-na-kropce,wid,12459247,wiadomosc.html"&gt;na wp&lt;/a&gt; o pewnych praktykach kilku carrefour'ach w Polsce. Otóż tamtejsi pracownicy swoje wyjście do toalety zmuszani są zgłaszać przełożonemu poprzez stanie na czerwonej okrągłej wlepie. Wyobraź sobie sytuację: chce ci się do toalety. Do tej pory po prostu zawiadamiałeś współpracowników, że za chwilę wracasz, żeby byli po ludzku świadomi, że nie będzie cię dosłownie kilka chwil. Teraz tymczasem tak tego nie możesz załatwić. Musisz iść na dział ze słodyczami, albo z serem i wędlinami, stanąć na czerwonej kropce i... trzymać kciuki i ściśnięte nogi, żeby kierownik szybko cię zauważył. Dopiero, gdy kierownik zobaczy w kamerce, że tutaj mamy czerwony alarm i przyjdzie osobiście, albo wyśle zastępstwo, możesz zejść do toalety załatwić swoich kilka prywatnych spraw. Pomijam już, że to bardzo niepraktyczne i wydłużające całą, dosyć szybką - nie ukrywajmy - procedurę. Pomijam to, że przecież kierownik nie może całej swojej zmiany przesiedzieć przed kamerką, żeby tylko żaden pracownik nie czekał zbyt długo. Pomijam już to, że taki czekający pracownik w żaden sposób nie pomoże klientowi, zwracającemu się o pomoc, bo jak zejdzie z kółka to chuj bombki strzelił. Pomijam to wszystko. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedno, czego nie mogę zdzierżyć w tej sytuacji to to, że stawia ona człowieka na poziomie gówna. Odziera człowieka z całej godności - upadla go w sposób, którego moja czacha kompletnie nie ogarnia. Czyni z człowieka zwykłego kundla, któremu to pan wyznacza godziny spacerków. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Masakra, powiem wam. Przeczytałem, że zainteresowała się tym Inspekcja Pracy. Gówno, nie Inspekcja. Szczerze bym chciał, żeby zainteresowała się tym na przykład Inicjatywa Pracownicza, albo inny niezbiurokratyzowany i nieetatystyczny związek. Żeby wyjebać tych skurwysynów w pył. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Źle się dzieje w takich firmach. Nie chodzi mi tylko o Carrefour'a (mam wielką nadzieję, że ten pojebany kutas z Lublina jest odosobniony, a nie jest to projekt ogólnosieciowy). Otóż dowiedziałem się dzisiaj od jednego znajomego, że pewna firma, w której tenże jest zatrudniony, wprowadziła nowe standardy kontroli pracownika pod kątem wynoszenia towaru (w tym wypadku mam pewność, że to tylko i wyłącznie jeden z oddziałów wprowadził ten pomysł). Otóż pracownik by opóścić pracę, musi się okazać ochronie, która sprawdza, czy przypadkiem nie wynosi czegoś, czego wynieść nie ma prawa (albo buty, albo płyty, albo okulary, no wstawcie sobie jaki tam towar chcecie). O ile jednak do tej pory odbywało się to w pewnych granicach, o tyle ostatnimi czasy trzeba nawet zdejmować buty, by ochroniarz przy kamerze sprawdził, czy aby w skarpetach nic się nie wynosi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Panoptykon. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zmieniając już temat na troszkę weselszy. Biorę sobie urlop, z dużą dozą prawdopodobieństwa znikam na tydzień.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-7219020713927843408?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/7219020713927843408/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/07/posprzataj-po-swoim-pracowniku.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7219020713927843408'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7219020713927843408'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/07/posprzataj-po-swoim-pracowniku.html' title='Posprzątaj po swoim pracowniku?'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-2433815131582962751</id><published>2010-07-12T09:12:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:17:04.358+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>Należało się</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Hiszpania ma mistrza. Miałem wczoraj to szczęście, że mecz oglądałem w 3D w Multikinie, gdzie komentatorem był chyba ten sam gościu, który komentował w Fifie. Nie musiałem się przynajmniej wstydzić za Szaranowicza, czy jakiegoś innego łosia. Należał się Hiszpanii ten puchar, tak myślę. Bądźmy szczerzy, co takiego pokazała Holandia w finale? Jedyne trzy akcje, jakie miała, to były kontry. Były kontry, bo Hiszpanie z biegiem czasu grali coraz odwazniej, chcąc strzelić tę jedną, jedyną bramkę. Najlepszą okazję miał chyba Robben, przy akcji sam na sam z Casillasem, gdzie bramkarz nogą zablokował strzał. Ten puchar należał się Casillasowi. To było chyba jedyne trofeum, którego nie zdobył. Będąc od - nie waham się tego stwierdzić - 10 lat najlepszym bramkarzem świata, już za samo to należał mu się ten puchar. I za obronione karne, i za intuicyjne i skuteczne interwencje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To zresztą bardzo ciekawe, że drużyna z tak wielkim potencjałem ofensywnym (Villa-Torres-Iniesta-Xavi-Jesus Navas-D. Silva-Fabregas i poniekąd Xabi Alonso), straciła w turnieju tylko dwie bramki. Z drugiej strony nie strzeliła ich zbyt wielu. A propos Torresa, to mam wrażenie, że Dzieciak pojechał na ten mudial pozwiedzać. Naprawdę nie mam pojęcia, z jakich innych powodów mógł go del Bosque wziąć. Niby usprawiedliwia go świeża kontuzja, która rzekomo się odnowiła pod koniec wczorajszego meczu (na ile jest to prawdziwy uraz, a na ile syndrom końca meczu to nie chcę oceniać). El Nino, czy jak mu tam - porażka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Należała się ta wygrana Inieście. Ta wygrana i ta bramka. Tak się wszyscy zachwycamy w Barcelonie Messim, Iniesta pozostaje w cieniu. Dopiero w reprezentacji widać, jakiej klasy jest zawodnikiem. Pamiętam sytuację sprzed kilku lat, kiedy to złote czasy miał Ronaldinho, a Iniesta grzał w Barcelonie ławę. Jakiś dziennikarz spytał się Ronaldinho, co w związku z tym, że Iniesta się buntuje na tej ławie. I Ronaldinho odpowiedział, że Iniesta jest taką samą częścią zespołu, jak i on, że jak w Brazylii w wieku 20 lat nie grasz w pierwszej drużynie, to możesz sobie darować grę w piłkę. Trzeba Barcelonie oddać, że ma przecudowną szkółkę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do meczu. Powiem wam, że nie chciałbym dostać mandatu od Webba. ten gościu chyba zapomniał, że istnieje coś takiego, jak przywilej korzyści. Początkowo wydawało mi się, że zapomniał też czerwonego kartonika, bo - bodaj - van Bronckhorst powinien wylecieć z boiska za gwałtowne hamowania na Xabim Alonso*. Było troszkę teatru w meczu, Howard często się na niego nabierał. Było trochę cwaniactwa, jak wtedy gdy Iniesta padł zahaczony przez Heitingę padł przed polem karnym. A wcześniej jakiś Holender padł jak rażony gromem po hm..., nawet nie wiem po czym, co dostał od Iniesty. Webb - porażka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Troszkę szkoda mi jednak Holendrów. Przynajmniej trzech - van der Vaarta, de Jonga i Snejidera. Autentycznie mi ich szkoda. Szczególnie ten pierwszy i ostatni - wielcy piłkarze, którym do szczęścia zabrakło tak niewiele. Ale powiem wam też, że żal z ich powodu został zrekompensowany szczęściem z tego, że van Bommel się wkurwiał. Swoją drogą, nazwisko van Bommela usłyszłame po raz pierwszy chyba w połowie dogrywki, gdzie w połowie boiska sfaulował jakiegoś Hiszpana. Później drugi raz go zobaczyłem już po gwizdku, jak się rzucał do sędziego. Kutas jeden. Powaga, tego gościa nie trawię, jak chyba żadnego innego piłkarza (zaraz za nim znajduje się Robben). Tak więc, należało im się.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A, właśnie, bo bym zapomniał. Oglądnijcie dzisiaj Fakty na TVN:)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;___________&lt;br /&gt;* To chyba nie był van Bronckhorst, ale nie pamiętam kto:)&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-2433815131582962751?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/2433815131582962751/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/07/nalezalo-sie.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2433815131582962751'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2433815131582962751'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/07/nalezalo-sie.html' title='Należało się'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-2267346252508535785</id><published>2010-07-06T00:43:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:20:13.647+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Zwyciężyła demokracja</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Tak mówią. Mówią, że zwyciężyła demokracja, bo wygrał Komorowski. Mówią, że zwyciężyła demokracja, bo o włos przegrał Kaczyński. Mówią, że zwyciężyła demokracja, bo 55% wyborców raczyło ruszyć dupę do wyborów. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka dni przed wyborami rozmawiałem sobie ze znajomą z pracy. Powiedziała mi, że idzie głosować, bo wtedy będzie przynajmniej mogła krytykować. Wiadomo, że jak ktoś nie głosował, to nie ma prawa do krytyki. Powiedziałem jej, że wręcz przeciwnie - zgodnie ze starym hasłem "głosujesz - legitymizujesz", krytykować możesz tylko wtedy, kiedy odmówiłeś udziału w plebiscycie. Próbowała się jeszcze "bronić", mówiąc, że przynajmniej stara się coś zmienić, a ja to w ogóle porażka i masakra. Chciałem jeszcze wtedy przypomnieć inne znane hasło, jakiegoś Ojca Założyciela, czy kogoś, że "gdyby wybory miały coś zmienić, już dawno byłyby zakazane". Miast tego zapytałem jej, ile razy już głosowała, a następnie, czy coś już swoim głosowaniem zmieniła. Po tych dwóch pytaniach nie było już o czym gadać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bez względu na to, czy słuszniej w tej dyskusji wypadłem ja, czy moja znajoma, ani też kogo byście woleli posłuchać, statystycznie&amp;nbsp;jeden i stopa drugiego przeglądającego mojego bloga ruszyły do wyborów (no dobra, wiem, że mój blog reprezentatywny nie jest, ale zmróżmy na chwilę oczy). Nie oglądałem wieczoru wyborczego, bo nie miałem takiej możliwości. Wyniki z różnych sondażowni starałem się monitorować w Internecie. Zastanawiałem się, jakie machloje musiały zachodzić w SMG/KRC i Homo Homini, że oto nagle wyniki mają takie zbliżone, i na dodatek wspierające Kaczyńskiego. No bo jak to, wtedy wyborcy kłamali, a teraz nie? No bez jaj. Przecież to musiały być takie harce wynikowe, że głowa mała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawie musiało być w sztabach. Nie z wieczora, ale gdy podawano wyniki z 50% okręgów, kiedy to nagle okazało się, że prowadzi Kaczyński. Wiecie, tak w ogóle, kto mnie najbardziej smieszy w tych wszystkich wyborach? Monarchiści. Nie, nie wszyscy. Tylko ci głosujący, na przykład na Janusza Mikke, herbu Korwin. Powaga. Po prostu nie wyrabiam na zakrętach, jak ich słyszę. No bo weźcie ogarnijcie taki tok rozumowania: idę zagłosować na JKM. bo to też monarchista, albo prawicowiec, albo ktoś_tam_jeszcze_inny. W drugiej turze skreślę obu, albo dopiszę Korwina, albo chuj_wie_co_mi_jeszcze_do_łba_strzeli. I idzie taki ziomuś do lokalu, pokazuje dowodzik, jakby chciał alkohol kupić, bierze karteczkę, za zasłonką pokazuje, jaki to on jest cwaniak. Później wrzuca karteczkę do urny i wraca do domu z uczuciem poorgazmowym. Myśli sobie: "hehe, jeszcze was szlag trafi", i uśmiecha się niczym banan. A później ogląda sobie wieczór wyborczy i słucha, jaki to wielki sukces demokracji, bo ponad połowa wyborców poszła na wybory. "Zara, zara - tak myśli - nie tak miało być, nie o to chodziło". I chętnie by napisał do telewizji, ocb, żeby to puścili, żeby wszyscy się dowiedzieli. Ale przecież do Szkła Kontaktowego nie napisze, bo to TVN, a poza tym i tak ocenzurują i nie puszczą, a z drugiej strony żadna telewizja tego nie upubliczni, bo i po co? I zostaje naszemu monarchiście jakieś forum, na którym może się wyżalić, że telewizja ludzi robi w trąbę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naprawdę żal mi monarchistów. A. Zapomniałbym był. Byłem na wyborach. Miło widzieć, że&amp;nbsp;w&amp;nbsp;moim okręgu &lt;a href="http://prezydent2010.pkw.gov.pl/PZT/PL/WYN/P/140000/146502_741.html"&gt;brakuje jednej karty wyborczej&lt;/a&gt;. Zgadnijcie czyjej.&amp;nbsp;Wracając do naszej frekwencji i wyborów. Demokracja, wbrew temu, co trąbią do nas Tęgie Głowy, przegrała. Demokracja przegrała, bo musiała przegrać. Bo taka jest logika systemu. Tłumaczy się nam, że demokracja to "takie miejsce na mapie", gdzie ludzie mogą się opowiedzieć za swoimi kandydatami, za konkretnymi programami&amp;nbsp;i gdzie ogólnie mogą sami decydować. Nie chce mi się po raz kolejny tłuc tych wszystkich bzdur. Powiedzmy sobie wprost - logika tej naszej demokracji jest taka, że raz na jakiś czas ludzie mogą sobie wybrać pana. Nie wybierają konkretnych pomysłów, projektów, ani też poglądów. Wybierają tylko i wyłącznie, kto będzie nimi rządził. Nie róbmy z tego romantycznego przedstawienia. Nasza współczesna demokracja to nie ładny wierszyk, ani wpadająca w uszko piosenka - to po prostu wybranie sobie pana. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To oczywiście ta nasza demokracja. Wolałbym jednak demokrację ujmować jako pewien kolektywny, wspólny sposób podejmowania decyzji, dotyczących określonej wspólnoty. Z grubsza rzecz biorąc, takie ujęcie nie różni się jakoś od powszechnego mniemania co do naszego systemu. Co do konkretów zaś, to różnica jest taka, że tutaj mamy wykurwiście wielką wspólnotę pt. państwo-naród-ojczyzna, no i aklamację raczej zbliżoną do Starożytnej Sparty, niż do naszego współczesnego rozumienia. Wolałbym tymczasem wspólnoty ograniczone terytorialnie (taka gmina jest i tak trochę duża), no i osiąganie konsensu poprzez docieranie&amp;nbsp;swoich stanowisk. Ale co ja tam mogę. Jeśli jednak demokracja ma oznaczać władzę ludu, to współczesna demokracja, ilekroć mamy okazję do wrzucenia kartki do urny, to współczesna demokracja musi przegrywać. Bo z władzą ludu nie ma nic wspólnego. Ciekawe tylko, kiedy ten cały lud się o tym dowie?&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-2267346252508535785?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/2267346252508535785/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/07/zwyciezyla-demokracja.html#comment-form' title='Komentarze (13)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2267346252508535785'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2267346252508535785'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/07/zwyciezyla-demokracja.html' title='Zwyciężyła demokracja'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>13</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5629430444550037081</id><published>2010-07-03T23:41:00.001+02:00</published><updated>2011-04-10T23:20:32.097+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Interpretacjomówność</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Mówią mi, że są trzy prawdy. Prawda, półprawda i gówno prawda. Mówią mi, że jest jeszcze najprawdziwsza prawda. Nikt mi jeszcze nie powiedział tylko o nieprawdziwej prawdzie, ale pewnie po prostu zbyt mało mam znajomych. W każdym bądź razie najprawdziwsza prawda jest wtedy, kiedy widząc brązowy płot mówimy, że to brązowy płot. Półprawda jest wtedy, kiedy mówimy, że to płot z brązu, a gówno prawda to wtedy, kiedy zamiast płotu, mówimy o fosie. Mówią mi, że to się mówi „klasyczna teoria prawdy”, czyli mówienie o zgodności z rzeczywistością. Mówią mi, że to się mówi „korespondencyjna teoria prawdy”, bo ona koresponduje ze światem zewnętrznym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale przecież to nie prawda koresponduje, tak mi mówią, tylko to, co mówimy. Tj. prawda jest wtedy, kiedy to co mówimy, mówią mi, koresponduje z tym, co jest. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz poważnie. Użyteczność korespondencyjnej teorii prawdy jest, delikatnie rzecz ujmując, średnia. Jeśli mamy na przykład prawdziwe zdanie, że złodziej to ktoś, kto kradnie, to co nam z tej prawdziwości zostaje? Z jednej strony mamy złodzieja, z drugiej – kogoś, kto kradnie. Jak chu-chu wynika nam, że jedno znaczy drugie. Zróbmy sobie z tego trzy, albo i cztery zdania (wychodzi tutaj ten Tarski, oj, wychodzi...):&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. złodziej to ktoś, kto kradnie.,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. ktoś, kto kradnie to złodziej.,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3. złodziej to złodziej.,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;4. ktoś, kto kradnie to ktoś, kto kradnie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wow, ale mamy odkrycie. Wyszło nam, że…, że…, ough, aż mi przez gardło nie może przejść… że złodziej jest złodziejem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie, sorry, bo znowu niepoważnie się zrobiło. Otóż wyszło nam, że prawda jest po prostu tautologią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Prawda jest człowiekowi obojętna. Dowodzi tego tautologia, jako jedyna dostępna forma prawdy.&lt;/blockquote&gt;Poza problemem tautologii są jednak trudniejsze pagórki do przeskoczenia. Kiedyś już wspominałem, dla zainteresowanych link na wniosek, gdzie leży problem. Bo w końcu całe nasze poznanie zewnętrznego świata jest poznaniem naszym, a więc w pewnym sensie wewnętrznym. Skoro jest poznaniem wewnętrznym, to znaczy niechybnie, że wcale nie musi być poprawnym. Byśmy mogli stwierdzić, że to, co uznajemy za poprawne, faktycznie jest poprawne, musielibyśmy wiedzieć, co faktycznie jest poprawne. Skąd jednak to mamy wiedzieć, skoro do odkrycia tego właśnie zmierzamy? Nie możemy tego wiedzieć. Z tego powodu przyjęcie korespondencyjnej teorii prawdy uważam za bardzo nadęte i bufoniaste. Już Nietzsche uczył, że wszystko opiera się na języku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Słowa są tylko symbolami relacji rzeczy między sobą i do nas i nigdzie nie dotykają absolutnej prawdy.&lt;/blockquote&gt;Skoro już przy Nietzsche’m jesteśmy, a jakby kto nie zauważył – jesteśmy, to na zakończenie również oddam mu głos, bo i nic mądrzejszego do dodania nie mam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Przeciw pozytywizmowi, który zatrzymuje się przy zjawisku „istnieją tylko fakty”, powiedziałbym: nie, właśnie fakty nie istnieją, tylko interpretacje. Nie umiemy ustalić żadnego faktu „w sobie”: może to bezsens chcieć czegoś takiego. Mówicie: „wszystko jest subiektywne”, ale to już jest i n t e r p r e t a c j ą, „podmiot” nie jest czymś danym, lecz czymś do-myślanym, do-stawionym. W końcu czy trzeba za interpretacją umieszczać jeszcze interpretatora? Już to jest wymysłem, hipotezą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli słowo „poznanie” ma w ogóle sens, to świat jest poznawalny, ale jest różnie w y t ł u m a c z a l n y, nie ma z tyłu za sobą jakiegoś sensu, lecz niezliczone sensy „perspektywizmu”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To nasze potrzeby t ł u m a c z ą ś w i a t: nasze popędy i ich za i przeciw. Każdy popęd jest swego rodzaju żądzą panowania, każdy ma swą perspektywę, którą chciałby wszystkim pozostałym popędom narzucić jako normę.&lt;/blockquote&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5629430444550037081?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5629430444550037081/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/07/interpretacjomownosc.html#comment-form' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5629430444550037081'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5629430444550037081'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/07/interpretacjomownosc.html' title='Interpretacjomówność'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5737773264417586997</id><published>2010-06-23T10:35:00.001+02:00</published><updated>2011-04-10T23:26:50.417+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Stół dookołowyborczy</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/TCG8NoFY9NI/AAAAAAAAAvY/GZfhe8-ntFE/s1600/wybory+fdas.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; cssfloat: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="400" ru="true" src="http://2.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/TCG8NoFY9NI/AAAAAAAAAvY/GZfhe8-ntFE/s400/wybory+fdas.jpg" width="267" /&gt;&lt;/a&gt;Jeśli ktoś to czyta (zabrzmiało tak, jak miało zabrzmieć?:), musi mi wybaczyć malejącą aktywność ostatnimi czasy. Tak się jednak złożyło, nie do końca z mojej inicjatywy, że mam ostatnio nawał roboty i nie mam po prostu czasu na grzebanie sobie w necie zbyt długo. Na dowód tego powiem wam, że nie mam nawet czasu oglądać Mistrzostw Świata, co jest nie lada wyrzeczeniem. W niedzielę były wybory. Tak tylko mówię, bo może ktoś nie wie. Nie obchodzi mnie nic a nic to, czy głosowaliście, a jeśli - to na kogo. Ja osobiście nie głosowałem. Poszedłem do lokalu, podpisałem się na liście, a swoją kartkę wyborczą wziąłem sobie na pamiątkę (zdjęcie mojej karty macie z boczku:). Tym samym stałem się jedną z 5256 osób, które wzięły karty, ale nie oddały głosu (nie "ważnego" głosu, ale głosu w ogóle; ważnych głosów oddano mniej&amp;nbsp;o kolejne 117662*).&lt;/div&gt;&lt;div style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;strong&gt;Sondaże i sondażownie&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W niedzielę do godziny 20.30 oglądałem sobie wieczory wyborcze. A w zasadzie, to przełączałem się pomiędzy nimi, by ostatecznie skończyć w państwowej dwójce na randce w RPA. W każdym razie przez te pół godziny szlajania się od stacji do stacji, pierwsze co się w oczy rzucało, to - rzecz jasna - szacunkowe wyniki wyborów. Czytacie gazety, szperacie po necie, więc wiecie. Exit poll i te sprawy, sondaż telefoniczny i te sprawy. Nie pastwiąc się już nad SMG/KRC, czy Homo Homini, bo ostatnio pastwi się nad nimi każdy, powiem tak: pracowałem niegdyś w pewnym ośrodku do badań, przeprowadzałem sondaże. I telefoniczne, i parę innych. Wiem, jak to się robi. Wczoraj w Polsce the Times, a konkretnie w wydaniu internetowym, przeczytałem &lt;a href="http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/271679,problemy-z-wynikami-sondazy,id,t.html"&gt;artykuł&lt;/a&gt;**, w gruncie rzeczy całkiem zgrabny, w którym autor stawia tezę, że problemem jest to, że sondaże robią studenci, bez przygotowania socjologicznego, no i że w ogóle amatorszczyzna. Problemem jednak nie są studenci. Do przeczytania z ekranu komputera jednego pytania do słuchawki, w której numer wybierany jest automatycznie nie wymaga wyższego wykształcenia socjologicznego. Nieprawdziwa jest też teza (choć autor nie stawia jej wprost), że jakaś część osób telefonów nie odbiera, ale do badania zostaje wpisana, żeby zgadzała się próba. Tak się - owszem - zdarza, natomiast głównie wtedy, kiedy jest silny nacisk zleceniodawcy na firmę badawczą. Na przykład, gdy telewizja w wieczornych wiadomościach chce zabłysnąć wynikami i dzień wcześniej, bądź z rana tego samego dnia mówi: "do osiemnastej sondaż". Wtedy nie będzie problemu, żeby coś takiego zrobić, bo na ekranie i tak nie zobaczymy, na jakiej próbie badanie było robione i ile osób faktycznie odpowiedziało na pytanie (instytuty badacze też się tym raczej szeroko nie dzielą). &lt;a href="http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/coz-za-piekna-katastrofa.html"&gt;Wspominałem&lt;/a&gt; jakiś czas temu o sondażu dla Wyborczej, gdzie na zadane pytanie odpowiedziało... 590 osób. A pamiętacie jeszcze piątkowy sondaż dla Wyborczej? Ten, w którym Komorowski wygrywa w pierwszej turze (51%, Kaczyński - 33%). Sondaż przeprowadzał PBS DGA. Chuj wie, na jakiej próbie. W każdym bądź razie PBS DGA notorycznie robiło dla Gazety sondaże, z których Komorowski ani razu nie zszedł poniżej 48% (w przeciągu 7. ankiet przez siedem kolejnych tygodni 4 razy wygrałby w pierwszej turze), a Kaczyński tylko raz przekroczył 34. Niezła jazda z tymi sondażami. HH, SMG/KRC, PBS/DGA - ciekawe, czy te firmy będą jeszcze proszone o jakieś sondaże, bo chyba nie powinny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pytanie natomiast, czy jest to problem studentów, czy kogoś innego. Przecież to nie student wybiera sobie, do ilu osób zadzwoni. To nie student później przeprowadza analizę wyników. I to nie student odpowiada za reprezentatywność próby i ogólne wyniki sondażu. W gruncie rzeczy student nie ma nic do gadania. Jego rola ogranicza się do przeczytania pytania i zanotowania odpowiedzi. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do głównego tematu, tj. do sondażów z wieczoru wyborczego, ich problemem nie była niska próba. Oba sondaże były zrobione na próbach ponad pięciotysięcznych, a więc znacznie wyższych, niż te powszechnie uznane za reprezentatywne. Skąd więc takie rozbieżności? Najprostszą odpowiedzią jest tak, że ludzie po prostu kłamią w odpowiedziach. Kilka razy spotkałem się z argumentem, że ludzie mogli w ogóle nie głosować, ale wstydzili się do tego przyznać. Ten argument kompletnie mnie nie przekonuje, oznacza bowiem też, że ludzie wstydzili się przyznać, że poszli głosować***. Kluczowym argumentem jest raczej nieodpowiedni dobór regionów do próby. Na przykład i HH i SMG/KRC, i piątkowe PBS/DGA mogły podzwonić po więzieniach, żeby im wyszedł wyższy wynik Komorowskiego (ładne to zagranie, nie?:). Dobrze, dajmy już sondażom spokój,&amp;nbsp;bo to nie jest najistotniejsze. A!, bym zapomniał. We wczorajszej Rzepie &lt;a href="http://blog.rp.pl/lisicki/2010/06/21/ja-jako-ofiara-sondazy/"&gt;felieton Lisickiego&lt;/a&gt;, w którym żali się on że dawał się nabierać na sondaże. Gdzie on żył?!?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Mediacje&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie, jeszcze nie o wielkim kuszeniu SLD. Najpierw o kilku medialnych tezach. W powyborczy poniedziałek specjalnie kupiłem sobie Rzepę i Wyborczą, żeby sobie przejżeć i porównać. Szybko kupiłem też sobie Wprostaka, żeby mieć na pamiątkę słynny już felieton RedNacza Tomasza Lisa. Zacznijmy może od Wyborczej. Już na pierwszej stronie histeryczny felieton Jarosława Kurskiego z cyklu "wszystkie ręce na pokład!", no bo jakże to - jeszcze Kaczyński wygra i będzie bieda.&amp;nbsp;Swoją drogą, Warzecha na twitterze zwrócił uwagę, że w niedzielny wieczór Onet.pl (w końcu grupa ITI) cały czas opierał się na sondażach SMG/KRC dla TVN, gdzie Komorowski miał 12% przewagi nad JarKaczem. Tymczasem w niedzielę rano bo tym sondażu nie został ślad, a głównym niusem było, że Komorowski powiększa przewagę nad Kaczyńskim****. W Rzepie z poniedziałku pojawił się artykuł na temat sondaży, w którym dr Anna Materska-Sosnowska ubolewa, że te różny wyniki wzmocnią nieufność do sondaży i badań opinii publicznej. Prywatnie bardzo lubię dr Materską-Sosnowską, natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego brak zaufania do sondaży jest czymś złym. Powinno być wręcz przeciwnie - nieufność do sondaży jako zdrowy odruch. Dlaczego? Ano dlatego, że te sondaże to kpina. Przepytane 1000 osób, gdzie tzw. błąd statystyczny to ok. 3-4% to jakiś żart. Dowiadujemy się tego przy każdej możliwej okazji. Każde jedne wybory ukazują nam, że te błędy są dużo większe. Wróćmy na chwilę do sondażów SMG i HH. Przy tej wielkości próby, błąd nie powinien wynosić więcej, jak 1%. Tymczasem różnica była dużo większa. 1% róznicy to miał OBOP, który przepytał ok. 50 tysięcy ludzi, którzy &lt;strong&gt;faktycznie&lt;/strong&gt; głosowali. Umówmy się: 1000 osób przepytanych w sondażu to żadna reprezentatywna grupa. To po prostu 1000 osób, przepytanych w sondażu. To jest &lt;em&gt;de facto&lt;/em&gt; tandetne badanie ilościowe. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętacie tę medialną histerię, bo oto wewnętrzny sondaż PO ukazał, że Kaczyński traci do Komorowskiego ok. 3%? A pamiętacie, jak co chwila &lt;em&gt;leaderzy&lt;/em&gt; PiS mówili, że ich sondaże są diametralnie odmienne od tych publikowanych w mediach? A wiecie dlaczego tak jest? Dlatego, że sondaże, które sobie zamawiają partie, są sondażami pogłębionymi. Bo oni nie zamawiają odpowiedzi na pytanie "Na kogo Pan/Pani odda głos w najbliższych wyborach prezydenckich?", poprzedzonym pytaniem na temat samej aktywności wyborczej. Nie. Partie stać na to, by wiedzieć dlaczego ktoś głosuje na tego-a-tego, gdzie mieszka i dlaczego nie głosuje na tego-a-tego. Dzięki temu mogą sobie zrobić dobrą kampanię, skupiając się na najistotniejszych sprawach, które - potencjalnie - mogą mieć duże znaczenie. A skąd partie mają na to kasę? Kilka kampanii temu pewnemu kandydatowi (nie były to wybory prezydenckie) wyliczono, że wykupił o dużo, dużo więcej miejsc na plakatach, niż pozwalał mu na to budżet kampanijny. Plakatów miał całą masę więcej. Zapytany o to na konferencji prasowej z całą mocą i powagą powiedział: "bo przeklejaliśmy". Serio. Nikt o nic nie pytał, PKW nic nie wykryła. Sprawa nie istnieje. Kampania jest finansowana w sposób, który prawnie być nie może - ale tak naprawdę nikogo to nic nie obchodzi. Bo gdyby trzymać się prawa, to kampania ograniczałaby się do wynajmowania studentów by roznosili ulotki. A i na to mogłoby zabraknąć kasy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dosyć już o tych kampaniach, bo zaraz i tak o nich pogadam. Kupiłem sobie Wprostaka, żeby przeczytać i zachować na pamiątkę tę okładkę, rodem z połowy lat 90. i ten felieton, rodem z Piekielnej Kuźni Adama Michnika. Wybaczcie, że nie będę cytował tego wstępniaka, jak ktoś chce, niech mi napisze, to mu zapodam. W każdym razie we Wprostaku jest artykuł Marcina Dzierżanowskiego, tego samego, który za kadencji wcześniejszych RedNaczy był dziennikarzem - jak całe Wprost - okołopisowskim, na temat prof. Jadwigi Staniszkis. Artykuł zaczyna się konstatacją, że Jadwiga Staniszkis nie udaje już, że jest bezstronnym analitykiem i pokazała, że jest pisarą. Dzierżanowski pisze: "I może słusznie. Udawanie zupełnie już jej nie wychodziło". Tak sobie pomyślałem, ze Lisowi też nie wychodzi, ale za chuja Dzierżanowski o tym nie napisze. Ja myślę, swoją drogą, że Lis to chciałby być takim trochę wieszczem, który jako pierwszy z całą pewnością przewidzi wyniki wyborów. Stąd jego felieton, jego okładka i jego teza, że " nie będzie prezydenta Kaczyńskiego". Swoją drogą, Lis felieton kończy tak - jednak będzie cytat -&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Zostaje jeszcze jedno pytanie. Jak nowy prezydent poradzi sobie z nową rolą, czy będzie samodzielnym graczem, czy notariuszem Tuska? W tym pałacu niejeden prezydent tracił już polityczną siłę i wolę walki.&amp;nbsp;&lt;/blockquote&gt;I ja sobie wyliczam. Jaruzel, którego prezydentem zrobiła opozycja i który pozytywnie oceniany jest nawet przez Antoniego Dudka. Wałęsa, który z doradcą falandyzował (choć poprawniej byłoby falandyszyzował) prawo. Kwaśniewski, który w 2000 roku wygrał w pierwszej turze, a później "szorstko się przyjaźnił", albo "pięknie różnił" z Millerem. No i Kaczyński, który dziarsko walczył przeciwko rządzącej Platformie. Wow, wielu tych prezydentów w tym pałacu straciło wolę walki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A, wrócę jeszcze do Rzepy, żeby zadać wam jedno pytanie. Nie, wcale nie podchwytliwe. Otóż Piotr Gursztyn we wczorajszej Rzepie zamieścił felieton, w którym zastanawia się nad Grzesiem Napieralskim i jego elektoratem. Kończąc, pisze, że Grzesiu musi znaleźć drogę "między doktrynerstwem a ideowością, między pragmatyzmem a cynizmem". Kurwa, nie ogarniam tych porównań. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Dogrywka&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście polityczna, nie sportowa. Mamy półtora tygodnia do drugiej tury. Kaczyński traci 5% do Komorowskiego. Napierniczak musi stać się drogowskazem dla ponad 2 mln. wyborców. Stawiam tezę, że Kaczyński naprawdę może te wybory wygrać. Ba, może to zrobić naprawdę małym wysiłkiem. Tylko wczoraj wymyśliłem kilka naprawdę solidnych pomysłów, które mogłby Kaczyńskiemu wygrać wybory. Wbrew pozorom to Komorowski musi się namęczyć. Wszędzie gada się o tym, że zacznie się teraz kupczenie z SLD, że i jedni, i drudzy będą zabiegać o to, żeby Napieralski wyszedł na konferencję i powiedział "Zagłosuję na X. I wy na niego zagłosujcie". Tymczasem Napieralski nikogo nie poprze, co będzie oznaczało zwycięstwo PiS. Dlaczego? Napieralski naprawdę nie miałby problemów z jawnym poparciem Komorowskiego. Nie może sobie pozwolić jednak na poparcie Kaczyńskiego wprost. Ale brak poparcia dla Komorowskiego będzie odbierane właśnie jako zwycięstwo JarKacza. Co więcej - JarKacz nie&amp;nbsp;powinien zabiegać o poparcie&amp;nbsp;Napieralskiego. Może sobie poradzić bez tego.&amp;nbsp;Nie zapominajmy też, że 4 lipca to już są wakacje. POwszczyki, które wyjadą na urlopy niekoniczenie będą chcieli głosować. Szukać konsulatu, czy czegoś, gdzie można by wrzucić kartkę do urny.&amp;nbsp;Tym bardziej, że Komorowski wygrał w pierwszej turze, a "SLD nie może poprzeć PiS". To jest demobilizujące, taka świadomość, że "i tak wygramy". Kaczyński tymczasem dostał wiatr w żagle. Jak wspomniałem, mam kilka koncepcji strategii dla JarKacza. Staram się tę kampanię śledzić. Zobaczymy, czy to, co ja wymyśliłem, przyszło też do głowy strategom PiSu. Na razie nie będę się swoimi pomysłami dzielić. Opowiem wam o nich po drugiej turze:)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Łapiecie to? Nie dość, że ponad 5 tysięcy osób nie wrzuciło kartki do urny, choć było na wyborach, to z tych, którzy wrzucili, ponad 110 tysięcy to głosy nieważne. Ja przyznam szczerze, nie ogarniam tego, że tyle osób poszło na wybory, by puścić nieważny głos. No bo przecież nikt rozsądny nie wierzy w to, że do głosów ważnych dokreśla się następne nazwisko i tym samym głos się unieważnia..&lt;br /&gt;** Mam dziwne wrażenie, że wczoraj czytałem inny artykuł, ale za Chiny ludowe nie mogę go odnaleźć. O, &lt;a href="http://www.polskatimes.pl/komentarze/272160,nedza-polskiej-demokracji-sondazowej,id,t.html"&gt;znalazłem&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;*** No bo przecież sondaż SMG/KRC dla TVN &lt;strong&gt;zaniżył &lt;/strong&gt;również frekwencję.&lt;br /&gt;**** Przypomnijmy, że pierwsze podane przez PKW wyniki oznaczały niecały 1% na rzecz Komorowskiego.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5737773264417586997?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5737773264417586997/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/06/sto-dookoowyborczy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5737773264417586997'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5737773264417586997'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/06/sto-dookoowyborczy.html' title='Stół dookołowyborczy'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/TCG8NoFY9NI/AAAAAAAAAvY/GZfhe8-ntFE/s72-c/wybory+fdas.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5483223774379863287</id><published>2010-06-17T21:12:00.003+02:00</published><updated>2011-04-10T23:27:04.942+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Plebiscyt</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Dwa tematy są ostatnio modne i zdominowały internetowe dyskusje (przynajmniej te, którym się przyglądam i - rzadziej - dyskutuję). Mundial i wybory. Ponieważ o Mundialu pisałem ostatnio, poniżej macie kilka impresji wyborczych. Impresji, bo - jak na razie - ani nie wiem, do czego zmierzam, ani nie mam jakiejś rozpiski, o czym powiedzieć, żeby nie zapomnieć. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy może od tego, że dziś program ma Pospieszalski. Nie wiem jeszcze o czym będzie, ale pomyślałem sobie, że bardzo łatwo można go rozegrać przeciwko Komorowskiemu. Problemem Pospieszalskiego może być późna pora, no ale od czego ma się prężnie działający internet? A przecież zaraz potem cisza wyborcza i może być śmiesznie. No dobra, a w jakiż to cudowny sposób można wykorzystać program? Powiedzmy sobie wprost. Czas Pospieszalskiego w państwowej telewizji dobiega końca. Jeśli ktośkolwiek twierdzi, że telewizja jest nie państwowa, tylko publiczna, to niech sobie pomyśli, dlaczego Lis program zachowa, a Pospieszalski - nie? No właśnie dlatego, że jest państwowa. Pospieszalski ma więc dwie opcje: albo pójdzie w zwarcie, albo mu zmięknie rura. Niezależnie od tego, czy znamy Pospieszalskiego, czy nie, w jego obecnej sytuacji miękka rura mu nie pomoże. A zwarcie może. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do tematu, oglądałem parę dni temu jakieś "Polskie sprawy", czy coś takiego w TVP. Oglądałem zupełnie przypadkiem, akurat mecz się skończył, studio się skończyło, a pilot był trochę zbyt daleko, bym się po niego fatygował (gdyby na przykład zachęcił mnie do tego jakiś film ze Stevenem Segalem, czy innym Stalone'm, to jeszcze, no ale publicystykę lubię oglądać). Rozmawiał tam nie wiem kto z nie wiem kim i jeszcze jakimś nie wiem kim. No ale rozmawiał też Karnowski, ten od &lt;em&gt;Anatomii władzy&lt;/em&gt;. Rozmawiali o tym, że powódź była, popłynęła (bo przecież woda ma to do siebie, że spływa), Tusk był, odjechał (bo też ma to do siebie, że odjeżdża), obiecał co miał obiecać... A tu dupa! Bo kasy nie ma, urzędasy domagają się dokumentów, papierów i plików, których przecież powodzianie też nie mają, no i ogólnie kaszana. No bo jak to - miało być 6 patoli, więc gdzie one są? No. I właśnie o tym Pospieszalski mógłby pociągnąć temat. I jeśli by to zrobił naprawdę mocno - zaprosił Krasnodębskiego, zaprosił może Staniszkis, albo jakiegoś innego oszołomka. Gdyby to - mówiąc wprost - zrobił &lt;em&gt;fest&lt;/em&gt;, to miałby Komorowski przejebane. Za parę godzin dowiem się, jak to zrobił Pospieszalski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeby już się o nim nie rozwlekać, powiem tylko, że to może uratować Pospieszalskiemu dupę w państowej. No dobra, starczy już o tym. Oglądałem dzisiaj &lt;em&gt;Fakty&lt;/em&gt; na TVN i tam mówili o jakichś akcjach tzw. "społecznych", choć de facto wcale one społeczne nie są, typu "zmień kraj - idź na wybory". Ponoć gdzieś tam nawoływał Karolak, jakaś Magdalena Boczcośtam i ten, Wesołkiewicz. Nie! Wesołowski. No i ten ostatni do kamery TVN powiedział kilka słów na temat, dlaczego lud na wybory powinien pójść. I powiedział m.in. tak: "no bo, kurczę, nie chcę, by ktoś decydował za mnie". Oczywiście parafrazuję, ale sens zachowałem. Powiem wam szczerze, normalnie ciotka Matylda. Bo w sumie skoro nie chce, żeby ktoś głosował za niego, to chyba powinien nawoływać za tym, by nikt nie szedł do wyborów, tylko on sam jeden.. No ale nie wiem, w sumie słaby z logiki jestem. Nawet tej logiki popularnej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaskakuje mnie w tej kampanii Napieralski. Kalisz naprawdę musi być bardzo niepocieszony, że tzw. &lt;em&gt;leader&lt;/em&gt; lewicy ma wynik dwucyfrowy (od początku kampanii podwoił już swój wynik, a wręcz niemal potroił). Co prawda myślę, że w wyborach 13% mieć nie będzie, no ale już samo 10% może umocnić go na tzw. czele lewicy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Sędzia bardzo taki sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A propos wyników wyborczych, to tu również może być różnie. Oczywiście, wielu ludzi, którzy uważają się za ważnych sra po gaciach, że oto preziem może być Zło, stąd pomysł na akcje promujące "skorzystanie z prawa obywatelskiego", czyli możliwości wyboru sobie Pana. Nie od dziś wiadomo (bo wiadomo to co najmniej od 2007 roku), że wysoka frekwencja promuje Komorowskiego i PO, z kolei niska frekwencja - Kaczyńskiego i PiS. Wiąże się to z tym, że PiS ma dużo bardziej "żelazny" elektorat. Elektorat, który jest w dużej mierze zmobilizowany. Retoryka układu i klarownego podziału "my vs oni" służyła właśnie temu. No ale to było dawno. Teraz układu nie ma, Jarek kreuje politykę miłości. Nie mnie oceniać, czy przemiana Jarka jest prawidzwa, czy nie, pokuszę się mimo to o twierdzenie, że jest to jedynie zmiana retoryczna. Program Kaczyńskiego i jego obozu nie uległ zmianie - zmianie uległa retoryka, którą ten obóz stosuje. Okazało się bowiem, że podsycanie podziału może zmobilizować jakieś 20-25% wyborców. No ale to zbyt mało, przy zmobilizowanej Platformie. "Co więc trzeba zrobić?" - pomyślał Jarek ze sztabowcami? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PPS. Gdzie jest obraz??&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No więc Jarek pomyślał - i wymyślił. Wymyślił rzecz bardzo skuteczną - skończmy z podziałem, zaprezentujmy się jako ktoś, kto dla dobra kraju może współpracować z Tuskiem. Nasi i tak będą swoje wiedzieć, będziemy do nich delikatnie puszczać oczko, no ale przy okazji możemy coś ugrać. Ugrać trzy rzeczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PPPS. Wrócił obraz. I znowu sobie poszedł. I wrócił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trze rzeczy. Elektorat PiSu i tak do wyborów pójdzie - to raz. Dwa, że może uda się ugrać coś z mniej zdecydowanego elektoratu PO. Trzy, że uspokojenie atmosfery może zdemobilizować elektorat PO, który poczuje się zbyt pewnie, dzięki czemu ich wynik będzie relatywnie niższy, a PiSu wyższy. Wszystko byłoby pięknie, ale Tusk ze sztabowcami też ogarnia co się święci. Szybko więc zostały wysłane ostrzegawcze race, flary, czy co tam Tusk z oczu wypuszcza. Okazało się, że zwycięstwo Kaczyńskiego "to byłoby piekło", że z Kaczyńskim się nie da współpracować, no i w ogóle, że lud musi iść i wybrać. Wysoka frekwencja będzie promowała PO, bo w końcu "gospodarzom pomagają ściany" (choć RPA jest tutaj wyjątkiem). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem nawoływanie do pójścia na wybory może mieć różne skutki. Oczywiście w sondażach wychodzi nam, że do wyborów pójdzie od 60 do 80% wyborców, no ale proszę was... czy jak czytaliście Lema, to myśleliście, że to się dzieje naprawdę?? Bez jaj. Ja kiedyś przeprowadzałem sondaże. Wiem, jak się to robi. I naprawdę nie mam pojęcia, jakim cudem media traktują je poważnie. Co innego sondaże komitetów wyborczych. Tutaj sprawa ma się inaczej, bo to już zupełnie inne sondaże są, inaczej robione, dużo bardziej rzetelne i przede wszystkim - pogłebione. No ale TNS OBOP, albo Milłoki Brałn dla Wyborczej, Faktów, albo Wiadomości... Bez jaj. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prawda jest taka, że w tych wyborach naprawdę trudno stwierdzić, jaka będzie frekwencja. Na jej wysokość składa się co najmniej kilka aspektów, spośród których ładna, bądź brzydka pogoda w niedzielę jest najmniej istotna. Nie zapominajmy o tej nieszczęsnej powodzi. Ludzie, którzy nią zostali dotknięci (tysiące, jak nie dziesiątki tysięcy, setki chyba jednak nie:) naprawdę mają teraz masę innych problemów, dużo ważniejszych niż to, kto czy zagłosować na kompanię Tuska, czy obóz Kaczyńskiego. Nie wiadomo też w ilu miejscach zorganizowanie lokalu wyborczego będzie fizycznie niemożliwe. Druga sprawa to to, że nawet jeśli część tych osób pójdzie na wybory, nie wiadomo - naprawdę nie ma ŻADNYCH badań - na kogo mogą oddać głos. Przynajmniej statystycznie. Jak do bólu szczerze powiedział jakiś manager, czy tam prezes centrum badania opinii, osoby z terenów zalewowych celowo nie były "napastowane" za pomocą telefonów z ankietami. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z tą frekwencją więc różnie może być. W każdym bądź razie jest jeszcze jeden kandydat, którego niska frekwencja bardzo promuje. Janusz Mikke, kradzionego (podobnież)&amp;nbsp;herbu Korwin. Osobiście mam wrażenie, że to będzie naprawdę dobry wynik JKM. W granicach 6, może 7%. Składa się na to kilka spraw. Pierwszą jest to, że od jakiegoś czasu w sondażach, tych amatorskich, zdobywa te 3%, a jego wynik zawsze jest niedowartościowany (jak zresztą wielu kandydatów, nie tylko przy wyborach prezydenckich, no ale to kolejny aspekt przeprowadzania ankiet). Druga sprawa to to, że chyba udało mu się tę kampanię przetrwać bez większych wpadek (choć to pewnie z powodu długości, czy raczej krótkości kampanii). Po trzecie, i chyba najważniejsze, o JKM się mówi. Nie mówi się tyle, ile o Komorowskim, czy Kaczyńskim, ale się mówi. Państwowa telewizja wprowadziła bardzo dobry, imo, zwyczaj, że w Wiadomościach trzeba powiedzieć co robił danego dnia dosłownie każdy kandydat. To naprawdę dobra rzecz, taka przebitka. Szybko podłapał to Polsat, a ostatnio nawet TVN. JKM nie jest więc ograniczony do Internetu. Zresztą w Internecie niczego więcej nie osiągnie. Ale media - i do tego mainstream - to już jest coś. Tutaj można coś ugrać. No i JKMowi się pewnie uda. Pytanie tylko, czy ten potencjalny sukces będzie później potrafił przekuć w trwałe poparcie dla swojej partyjki (tak, tej, która ma w statucie, że ulega samorozwiązaniu po zejściu JKM). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja w to nie wierzę. Ale ja w ogóle niewierzący jestem. Szykują się ciekawe wybory. A najciekawsze w nich będzie powyborcze studio w każdej telewizji, bo po fakcje sztaby nam powiedzą, dlaczego wyniki są takie, a nie inne. Tak samo, jak po fakcie dowiedzieliśmy się, dlaczego była powódź.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5483223774379863287?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5483223774379863287/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/06/plebiscyt.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5483223774379863287'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5483223774379863287'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/06/plebiscyt.html' title='Plebiscyt'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-53010553634349794</id><published>2010-06-16T20:21:00.001+02:00</published><updated>2011-04-10T23:27:21.890+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>Mundial, runda pierwsza</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;O 20.30 zaczyna się druga kolejka fazy grupowej mundialu. Gdybym miał się pokusić o krótkie podsumowanie dotychczasowych spotkań, to powiedziałbym, że gra bardzo przeciętna. Oczywiście wszyscy wiemy, że fazy grupowe rządzą się swoimi prawami, a w pierwszej kolejce przede wszystkim nie powinno się przegrać, żeby mieć jeszcze szanse na dalszą grę. Aczkolwiek mam wrażenie, że wiele zespołów zbyt dosłownie potraktowało tę regułę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do tej pory najbardziej podobały mi się Paragwaj i Chile. Kompletnie zawiodła Brazylia, w której poza Elano i Robinho (dobrych znajomych jeszcze z lat wczesnomłodzieńczych z Santosu) w zasadzie nikogo nie było. Gdzie Kaka, gdzie Luis Fabiano, zachwycający w Brazylii. A w ogóle gdzie Diego?!? Przy Brazylii Hiszpania zaprezentowała lepszą grę. No ale nie efektowność się liczy. Prawda jest taka, że Brazylia ma 3 punkty więcej, od Hiszpanii. Oczywiście, Szwajcaria to nie Korea Północna, której wszyscy piłkarze (poza jednym napastnikiem)&amp;nbsp;zostaną pewnie zaproszeni na kolację do Prezydenta, czy kogo tam KRL-D ma i skończą, jak nie przymierzając Bierut, wybierając się w bratnią podróż na Wschód.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dobrze zagrali Niemcy. No ale co za przeciwnik z Australii? Z nimi to chyba tylko nasi najlepsi kibice by mieli problemy. Ładnie zagrała Holandia, której troszkę dopomógł Agger (kto wie, jak by się to skończyło, gdyby nie Daniel:). Argentyna? Czy pamiętacie kogoś z meczu poza Messim? No, może Gabriela pamiętacie, ale trudno zapomnieć o strzelcu bramki. A co z Anglią, Portugalią, Francją, Włochami? Co najwyżej przeciętnie. Green to po prostu masakra, chyba Anglicy znienawidzą zieleń po wsze czasy. W Portugalii najlepiej zaprezentował się chyba wprowadzony na końcówkę Simao Sabrosa. Deco nie istniał, Christiano Ronaldo (tak to się pisze?) poza jedną poprzeczką nie pokazał niczego (no dobra, ładnie padał na murawę). Francja jest kompletnie rozbita, Domenech wróci do kraju chyba jeszcze przed piłkarzami. No ale czego się dziwić, skoro pupilek Domenecha w ogóle nie dostaje - po złości - piłki. Włosi mnie rozczarowali, choć przyznam szczerze, że nie spodziewałem się po podstarzałych grajkach niczego wielkiego. Mam nadzieję, że szybko z mudialu odpadną. Niczego nie pokazały drużyny Afrykańskie, które przecież powinny brylować na swoich terenach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście, to były pierwsze mecze. Dopiero w drugiej rundzie zobaczymy prawdziwy pazur. O Polsce mówi się, że w turniejach gra najpierw mecz otwarcia, później mecz o wszystko, a na końcu mecz o honor. W nadchodzącej kolejce dowiemy się, które drużyny rzeczywiście są coś warte...&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-53010553634349794?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/53010553634349794/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/06/mundial-runda-pierwsza.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/53010553634349794'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/53010553634349794'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/06/mundial-runda-pierwsza.html' title='Mundial, runda pierwsza'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5203319581854229593</id><published>2010-06-10T21:03:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:27:52.166+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Zdrowy rozsądek</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Istnieje pewien językowy wytrych, taki uniwersalny klucz, który ma możność otwiarcia wszelkich dyskusyjnych drzwi. Jest jednak z tym kluczem mały problem. Klucze bowiem mają to do siebie, że poza otwieraniem, mogą również zamykać. I z tym kluczem jest ten problem, że on częściej zamyka, niż otwiera. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym kluczem jest "zdrowy rozsądek". Zdrowy rozsądek to takie coś, kiedy ludziom wydaje się, że to, co mówią jest logiczne, ale nie potrafią tego uzasadnić. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że to, co im się wydaje, może być, a może im się tylko wydawać. Dlatego też zdrowy rozsądek może, ale tylko może, prowokować do docierania tez i argumentów. Tak się jednak rzadko zdarza, dużo częściej "zdrowy rozsądek" jest takim eleganckim stwierdzeniem, że współrozmówca jest, nie przymierzając, debilem i idiotą, skoro nie łapie najprostszych implikacji tego i owego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak jest ze zdrowym rozsądkiem. Zdrowy rozsądek kształtuje pewne teorie, "dozasadnia" je. Problem w tym, że niekoniecznie poprawnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nietzsche o zdrowym rozsądku pisał na przełomie 1867 i 68. roku w &lt;em&gt;O Demokrycie&lt;/em&gt;. A pisał tak:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Z tymże rozsądkiem wszelako mamy osobny problem. Uważa się, że tkwi w nim coś konsystentnego, co nie zależy od epoki, i że w rezultacie sąd z epoki Peryklesa&amp;nbsp;i sąd z epoki Bismarcka, jeśli wyrosły z tego samego korzenia, muszą się z pewnością zgadzać. Wielki błąd, bo dzieje odrzucają każdą naukę! Ów tak zwany zdrowy rozsądem jest raczej &lt;em&gt;perpetuum mobile&lt;/em&gt;, rzeczą nieuchwytną, swego rodzaju probierzem zdolności logicznych danego okresu, ludu, człowieka, danej nauki. Niemiec i Francuz, fabrykant i uczony, badacz przyrody i filolog, kobieta i mężczyzna, wszyscy oni używają tego samego słowa, rozumiejąc przez nie zarazem zupełnie różne rzeczy.&lt;/blockquote&gt;Zgadnijcie, jakie nurty filozfii dwudziestowiecznej wyciągają podobne wnioski.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5203319581854229593?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5203319581854229593/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/06/zdrowy-rozsadek.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5203319581854229593'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5203319581854229593'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/06/zdrowy-rozsadek.html' title='Zdrowy rozsądek'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-8067498017166037015</id><published>2010-06-02T18:59:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:28:08.647+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kultura'/><title type='text'>Pod samym niebem</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Wczoraj wieczorem leciał na &lt;em&gt;Ale kino!&lt;/em&gt; film "&lt;a href="http://www.alekino.pl/program/?full/ludzie-z-bronia_32560"&gt;Ludzie z bronią&lt;/a&gt;".* O dziwo tytuł był dobrze przetłumaczony, co - znając polskich tłumaczy - pozytywnie mnie zaskoczyło. Film z 1997 roku. Jak się dowiedziałem dosłownie przed kilkoma chwilami, film jest produkcji amerykańsko-brytyjskiej, czy tam angielskiej. To też mnie zdziwiło, bo film jest w dużej mierze hiszpańskojęzyczny. A ile takich&amp;nbsp;filmów robią Amerykańce, czy&amp;nbsp;Anglicy (zadufani w swoim światowym języku)? Ostatni, który mi przychodzi do głowy to dwa filmy Eastwooda, libertarianina &lt;em&gt;nota bene&lt;/em&gt;, z roku 2006 na temat II wojny światowej, a konkretnie konfliktu między USA i Japonią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając do rzeczy.&amp;nbsp;Film, jak wczoraj mi mignęło w&amp;nbsp;wejściówce, został wyprodukowany m.in. przez jakąś anarchistyczną grupę. I to widać:)&lt;br /&gt;&amp;nbsp;&lt;strong&gt;UWAGA - SPOILER&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Film opowiada historię doktora Fuentesa, który przygotowywał grupkę studentów do przyszłego zawodu. Ci młodzi ludzie mieli później pomagać ludziom w najbiedniejszych zakątkach kraju. W pewnym momencie doktor Fuentes spotyka jednego ze swoich studentów, który - jak się okazuje - wcale nie jest lekarzem, tylko mieszka w jakichś slumsach i handluje prochami. Wkrótce Fuentes postanawia zobaczyć, co się stało z innymi studentami. Okazuje się, że każdy jeden nie żyje. Powoli doktor stara się dowiedzieć, co i jak. Partyzantka walczyła z wojskiem, wojsko walczyło z partyzantką. Młodzi lekarze, opatrujący rannych, zostali zabici, ponieważ pomagali drugiej stronie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponownie - &lt;strong&gt;UWAGA SPOILER&lt;/strong&gt; - tutaj zaczynamy wkraczać w zakończenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drodze Fuentes poznaje byłego &lt;em&gt;soldad&lt;/em&gt;, Domingo, który miał już dość tej całej rzezi i postanowił uciec. Spotyka chłopaka, sierotę, który oprowadza go po całym terenie i wprowadza w tajniki konfliktu. Spotyka księdza, który zawsze chciał zginąć, jako męczennik, a gdy przyszła okazja, postanowił uciec. Spotyka kobietę, która została zgwałcona przez żołnierzy i w wyniku traumy psychicznej straciła mowę. Jak się później okazało (film pełen jest retrospekcji i wspomnień bohaterów), jednym z jej gwałcicieli był Domingo. Wszyscy razem, za wyjątkiem księdza, który w pewnym momencie odłącza się (czy raczej: zostaje odłączony) od grupy, szukają wioski uciekinierów, którzy mieli dość przemocy wojska i partyzantów. Którzy mieli dość "ludzi z bronią". Postanowili się skryć w lesie, w górskich szczytach. Podobno sklecili tam wioskę, wioskę o nazwie "Pod samym niebem".&amp;nbsp;Każdy z naszych bohaterów chce się tam dostać. Doktor, bo ostatnia żyjąca uczennica ukrywa się ponoć właśnie tam. Domingo, chłopak i dziewczyna po prostu chcą znaleźć swoje miejsce na świecie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długie poszukiwania zostały zwieńczone sukcesem - znaleźli "Pod samym niebem". Okazuje się jednak, że studentki tam nie ma - jak mówi pewien starzec, mieszkający w lepiance, "to miejsce, gdzie pogłoski zderzają się z rzeczywistością". &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jednak wcześniej, w trakcie poszukiwań, wszyscy mają nadzieję, że wioska rzeczywiście istnieje, że to nie jest tylko wymysł. Były soldad, Domingo, jest sceptyczny - twierdzi, że wojsko użyło helikopterów, by ją namierzyć i nic - tylko las. Chłopak mimo to chce wierzyć, że "Pod samym niebem" istnieje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;KONIEC SPOILERA/U&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pewnym momencie Domingo mówi do chłopaka tak: &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;- nikt nie zabrania ci wierzyć w niebo. Zobaczymy, dokąd cię to zaprowadzi.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;_______&lt;br /&gt;* Jeśli ktoś wie, skąd mogę sobie ten film załatwić, baaaaardzo proszę o kontakt.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-8067498017166037015?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/8067498017166037015/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/06/pod-samym-niebem.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8067498017166037015'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8067498017166037015'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/06/pod-samym-niebem.html' title='Pod samym niebem'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-2675609172710848848</id><published>2010-05-28T14:29:00.003+02:00</published><updated>2011-04-10T23:28:26.747+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Antykomunistyczne dziecko w czerwonej pieluszce</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Dosyć powszechne jest, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, przekonanie, że można być dobrym filozofem i złym człowiekiem. Możecie sobie pod dobro i zło podstawić tutaj co chcecie. Chodzi mi tylko o pewną dychotomię – fest filozof może być chujem. Ale to bycie chujem nie przekreśla tego, że jest fest filozofem. Możemy na przykład przywołać tutaj nazwisko Heideggera i wytknąć mu ten nieszczęsny nazizm. Możemy przywołać Lenina i Żiżka. Możemy też oczywiście pójść tropem Rothbarda i stosować prymitywne ad hitlerum (kojarzycie, w jaki sposób Rothbard dyskredytował Hobbes’a? jak nie, to chętnie przywołam). Czasami mnie to przekonuje, czasami nie. O ile Heidegger do mnie, jako filozof, mówi, o tyle Lenin, nawet po przerobieniu jego pism, nie trafia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zachodząc rzecz z drugiej strony, niczym ten lampart, czy tam gepard (czemu jeden kończy się na „-t”, a drugi – na „-d”?), kiedy to na zwierza poluje, byłem ostatnio na Międzynarodowych Targach Książki. Żenada. Powiem wam, że jeśli MTK tak wyglądały zawsze (a nie wiem, jak wyglądały zawsze), to nie wróżę im wielkiej kariery. W porównaniu do Targów Warszawskich… te ostatnie były wręcz bez porównania lepsze. Ukazała się jednak jedna ksiązka, wydanie jej przeszło skądinąd bez echa, na którą nie poskąpiłem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/S_-3BBPq_VI/AAAAAAAAAtI/ggVwkuo5-fY/s1600/105-10237934_b.jpg" imageanchor="1" style="clear: right; cssfloat: right; float: right; margin-bottom: 1em; margin-left: 1em;"&gt;&lt;img border="0" gu="true" height="320" src="http://4.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/S_-3BBPq_VI/AAAAAAAAAtI/ggVwkuo5-fY/s320/105-10237934_b.jpg" width="204" /&gt;&lt;/a&gt;Wydawnictwo Naukowe UMK wydało książeczkę, czy w zasadzie broszurkę (raptem 150 stron) Ryśka Rorty’ego. Powiem wam szczerze: wstęp Andrzeja Szahaja jest sła-biu-tki. Naprawdę, dawno nie czytałem tak słabego tekstu Szahaja. Poświęcę mu, swoją drogą, osobny wpis. &lt;em&gt;Spełnianie obietnicy naszego kraju&lt;/em&gt; jest pewnym zbiorem refleksji na temat kondycji lewicy w dwudziestowiecznych Stanach. Wracając teraz do wstępu, Rorty, jaki pokazuje się w tej książce nie jest politykującym filozofem. Jest w zasadzie kimś zupełnie przeciwnym – jest filozofującym politykiem. Czytałem inne książki Rorty’ego, nie wszystkie, no ale coś tam czytałem. Rorty mówił tam o polityce, poruszał tematy okołopolityczne. Ale nie w tak bezpośredni sposób. Nigdy tak „wulgarnie”. Rorty jest tutaj politykiem, śmiało i bez ogródek wygłaszającym cokolwiek, imo, kontrowersyjne tezy. Wątpi na przykład, czy ludzie, zwani &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;„intelektualistami konserwatywnymi”, zasługują na tę etykietkę, ponieważ być intelektualistą, to być świadomym kwestii społecznej sprawiedliwości i o nich mówić.&lt;/blockquote&gt;Nie pytajcie mnie, skąd Rorty wytrzasnął taką definicję. To nawet nie jest w tym momencie najistotniejsze. Wszystkie teksty, zawarte w tym mini-zbiorku są raczej popularyzatorskie i nie do końca filozoficzne. Rorty jawi się jako tradycyjny anglosaski liberał – socjaldemokrata. Ale z tych takich uczciwych, którzy mówią co jest nie tak i dlaczego uważają, że jest nie tak. Ja uważam, że oczywiście może tak być. Ale uważam, że Rorty jest przy tym uczciwy, bo on mówi tylko o poparciu dla pewnej wizji Ameryki. Rzeczywistość tymczasem tak piękna nie jest i poza wzniosłymi ideami w politykę wpycha się pragmatyzm w najgorszym rozumieniu tego słowa. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zgadzam się z &lt;a href="http://tekstowisko.blogspot.com/2010/05/one.html"&gt;wyrusem &lt;/a&gt;– wcale nie lubię, gdy ludzie interesują się polityką. Wynika to stąd, że ja właśnie, w przeciwieństwie do wyrusa, politykę postrzegam jako ciągłe przeciąganie liny, jako zerojedynkową grę, w której i jedni, i drudzy, i trzeci też, imają się nie do końca czystych środków. I nawet gdyby te czyste środki zapewnić, to polityka dalej zostaje walką o zwierzchnictwo, o władzę, czy o – w pewnym sensie – własność. Rorty ma, odnoszę wrażenie, definicję polityki taką, jak wyrus. Dla nich jest to raczej pewna forma świadomości społecznej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale wyrus to &lt;em&gt;pojebany libertarianin&lt;/em&gt;, a Rorty – liberał, tj. socjaldemokrata. Mnie zastanawia, w jaki sposób można było przejść od filozoficznych przesłanek pragmatyczno-postmodernistycznych, czy cokolwiek relatywistycznych, do socjaldemokratycznych idei politycznych. Naprawdę, nie jestem w stanie tego zrozumieć. W nowo wydanej książce Foucault, &lt;em&gt;Historii seksualności&lt;/em&gt;, możemy przeczytać wstęp Tadeusza Komendanta (ludzie, czytajcie jego przypisy – są świetne!). I w tym właśnie wstępie możemy przeczytać, że konkluzją wczesnych książek –&amp;nbsp;&lt;strong&gt;lewackich&lt;/strong&gt; – było wyzwolenie ciała. Z czasem jednak Foucault, zdaniem Komendanta, zmienił poglądy o 180 stopni. Inaczej rozkładał akcenty, chętniej odnosił się do nietzscheańskiej autokreacji i samorealizacji. Komendant pisze, że&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Wiązało się to między innymi ze zmianą poglądów politycznych Foucault, który pod koniec życia uznał za swoją dewizę Thomasa Jeffersona: „Najlepszy rząd to taki, który najmniej rządzi”. Analiza sposobów rządzenia, a poświęcił jej wiele wykładów w College de France, zmodyfikowała projekt Historii seksualności. Jej pierwszy tom został napisany pod znakiem goszystowskiej permanentnej rewolucji; dwa następne tomy niedawny libertyn pisał pod sztandarem liberalizmu.&lt;/blockquote&gt;Ta autokreacja, samorealizacja i egoizm (Badiou stawia tezę, że postmodernizm doprowadził do sprywatyzowania i urynkowienia moralności), przyznam szczerze, bardzo współgra mi z poglądem anarchizmu i indywidualizmu. Tymczasem Rorty, który wychodzi z tych samych przesłanek, idzie w zupełnie inną stronę. Odrzuca i anarchizm (choć w pewnym momencie wspomina Emmę Goldman), i indywidualizm (nie jest to radykalne zerwanie). Odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje, Rorty na szczęści udziela. Przyznam szczerze, że te fragmenty, w których Rorty opowiada o swoim wychowaniu, o środowisku, w jakim się obracał, są świetne. Już tylko dla nich warto książkę przeczytać. Czytać, jak to w wieku kilku lat podawał kanapki Dewey’owi na przyjęciach, które urządzali jego rodzice, albo o dyskusjach na temat wojny i ZSRR (ciekawe są tłumaczenia, dlaczego Rorty, jako demokrata, liberał i socjaldemokrata popierał Zimną Wojnę). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapewne to środowisko, w jakim się wychował, wpłynęło na takie, a nie inne zapatrywania polityczne. Zapewne to właśnie na środowisko trzeba to zwalić. Spełnianie obietnicy naszego kraju pomaga zrozumieć te związki. Pomaga zrozumieć również, dlaczego z dystansem traktował Lacana, Foucaulta, czy nową lewicę. Ot, książeczka-ciekawostka.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-2675609172710848848?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/2675609172710848848/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/antykomunistyczne-dziecko-w-czerwonej.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2675609172710848848'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2675609172710848848'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/antykomunistyczne-dziecko-w-czerwonej.html' title='Antykomunistyczne dziecko w czerwonej pieluszce'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/S_-3BBPq_VI/AAAAAAAAAtI/ggVwkuo5-fY/s72-c/105-10237934_b.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-182719126556561354</id><published>2010-05-23T17:13:00.001+02:00</published><updated>2011-04-10T23:28:41.609+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Filozofię między bajki</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Od dawna już różni ludzie za pomocą różnych środków starają się mnie przekonać, że bajki mogą nieść filozoficzne przesłanie. Filozoficzne, czy filozoficzno-ideologiczne. No pewnie mogą. Ja jednak jakoś nie mogę temu dać wiary; nie kupuję takich argumentów. To znaczy, zgadzam się z tym, że bajki mogą mieć filozoficzne przesłanie. Pytanie tylko, po co? Jeżeli to przesłanie nie jest zbyt wyraźne, dzieci - no bo przecież one czytają bajki - mogą go nie złapać. A co z tego, że złapią je dorośli? Inna sprawa, czy filozoficzne przesłanie w bajki jest włożone naumyślnie, czy zupełnie przypadkowo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawnictwo &lt;a href="http://www.auditus.pl/"&gt;Auditus&lt;/a&gt; postanowiło w 2009 roku wydać książeczkę Margery Williams. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że jest to pierwsze polskie wydanie - po niemal&amp;nbsp;90 latach od ukazania się oryginału. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none; clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.auditus.pl/index_pliki/9788392487357.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; cssfloat: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" gu="true" height="320" src="http://www.auditus.pl/index_pliki/9788392487357.jpg" width="230" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Zanim &lt;em&gt;Aksamitny Królik&lt;/em&gt; stał się prezentem, postanowiłem sam go przeczytać. Książeczka jest o tym, jak to Chłopczyk dostaje pod choinkę prezenty, m.in. aksamitnego króliczka. Króliczek początkowo czuje się nieswojo, gdy wiele różnych zabawek uważa się za "PRAWDZIWE", gdy tymczasem króliczek nie do końca wie, co to znaczy. Na szczęście dogaduje się z Zamszowym Koniem, najstarszą zabawką. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bez zbędnych filozofii i bez zdradzania zakończenia, oddaję głos:&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;- Co to znaczy być PRAWDZIWYM? - spytał go kiedyś Królik, gdy leżeli obok siebie przy kominku, zanim jeszcze Niania zjawiła się, by posprzątać. - Czy to znaczy, że ma się w sobie coś, co brzęczy, oraz wystający kluczyk?&lt;br /&gt;- Bycie PRAWDZIWYM nie zależy od tego, jak jesteś zrobiony - odparł Zamszowy Koń. - To jest coś, co może ci się przytrafić. Staniesz się PRAWDZIWY, jeśli dziecko pokocha cię tak bardzo, że nie tylko będzie się tobą bawić, ale też NAPRAWDĘ cię kochać.&lt;br /&gt;[...]&lt;br /&gt;Prawdziwy stajesz się dopiero wtedy, gdy już wykochano z ciebie większość sierści, gdy oczy ci wypadają i puszczają szwy, kiedy wyglądasz zupełnie żałośnie. Ale to jest bez znaczenia, bo skoro już jesteś Prawdziwy, to w oczach tego, kto cię kocha nie możesz być brzydki. Brzydkim mogą cię nazwać tylko ci, którzy niczego nie pojmują, którzy nie rozumieją, jakie to piękne być Prawdziwym.&lt;/blockquote&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-182719126556561354?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/182719126556561354/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/filozofie-miedzy-bajki.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/182719126556561354'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/182719126556561354'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/filozofie-miedzy-bajki.html' title='Filozofię między bajki'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-7920280388585966829</id><published>2010-05-21T18:35:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:29:31.366+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Cóż za piękna katastrofa</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Pomyślałem sobie, a czasami sobie myślę, że to nieszczęśliwe lądowanie rosyjskiego samolotu na rosyjskiej ziemi z polskim prezydentem to najlepsze, co się PiSowi mogło przydarzyć. Powaga. Nie wiem, czy pamiętacie jeszcze tego niskiego gościa, co miał problemy z alkoholem, za którego Palikot musiał małpkę strzelić w miejscu publicznym (art. 14, ust.&amp;nbsp;2a stosownej ustawy). Gościa, który miał swój specjalny program w prywatnej telewizji (kojarzycie "Szkło kontaktowe"?). Gościa, który kłócił się o krzesła, czy kłócił się z Putinem. Pamiętacie jeszcze tego gościa? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pamiętacie. Nie pamiętacie gościa, który miał dosyć nikłe szanse na zwycięstwo. Którego spoliczkował Donald Tusk, wypuszczając z pokeball'a, czy jak to się nazywało, jakiegoś buraczka z laską marszałkowską. I nagle takie&lt;strong&gt;&lt;em&gt; PIZD!!!&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Abstrahując już od wszystkich okoliczności, ja myślę, że jak tylko Jarek się zgłosił do wyścigów, to Donald musiał nieźle srać w gacie. Tydzień czasu media tłumaczyły nam, że tak naprawdę musimy pamiętać o współczesnym Napoleonie, miłym, ciepłym, niemalże słitaśnym. Oczywiście bzdurne byłoby gadanie, że tylko dzięki mediom Tusk, tj. Komorowski może przegrać. Komorowski ma przecież wszystko, czego potrzeba, żeby wygrać. Ma kasę, ma władzę, ma telewizję, a teraz ma jeszcze stanowisko, o które walczy. Lansowanie się nie powinno być trudne. Przynajmniej tak to mogło wyglądać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak nie wiatr w plecy, to chuj w dupę, powiedział kiedyś jakiś filozof, a o prawdzie tej może się teraz przekonać Komorowski. Inny filozof powiedział, że co go nie zabije, uczyni go silniejszym - i o tym przekonuje się teraz młodszy z braci Kaczyńskich*. Komorowski miał za sobą wszystko. I nagle tak jakby się do tego wypiął. Najpierwej jakieś dukania z pomocą kartki, później&amp;nbsp; wikipedyczne skróty. Na siebie zaczął grać dopiero na Uniwersytecie, choć i tam nie poszło mu tak najlepiej. Tymczasem Kaczyński nie robi nic a nic. Udzielił dwóch wywiadów (a przynajmniej o tylu wiem), oba są po prostu tragiczne, ale ni z tego, ni z owego do Komorowskiego traci z 8% (strzał). To jest w gruncie rzeczy nic, biorąc pod uwagę, że przed Smoleńskiem inny Kaczyński tracił jakieś 30%. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A pamiętacie 1997 rok? Pamiętacie, jak powódź zatopiła SLD? Jasne, że pamiętacie. Teraz powódź może zatopić Komorowskiego. Oczywiście, Komorowski, nauczony doświadczeniem Cimoszewicza nie wypali do kamery, że się ludziom nie przelewa, bo się nie ubezpieczyli. Tymniemniej dosłownie każde wystąpienie Komorowskiego, czy Tuska po prostu musi być źle odbierane. Jeśli Komorowski mówi, że nie ma powodów do paniki, bo woda postoi z tydzień i się rozpłynie (konkretniej, to mówił o tym, że nie ma na razie powodów do wprowadzania stanu wyjątkowego, bo woda nigdzie do tej pory nie stała dłużej niż tydzień - zakładam, że chodziło mu również o Czechy), to może to nie wygląda to zbyt kontrowersyjnie w telewizji. Natomiast dla ludzi, którzy ten tydzień nie mają domu, bo znad wody widać tylko komin, wcale takie kontrowersyjne nie jest. Jest to po prostu skurwysyństwo - i tak to tam będzie odbierane. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeczytałem przed chwilą o &lt;a href="http://wybory.onet.pl/prezydenckie-2010/aktualnosci/,1,3229069,aktualnosc.html"&gt;nowym sondażu&lt;/a&gt; PARLAMENTARNYM. Poparcie dla PO? 47%. PiS - 39%. Badanie przeprowadził OBOP i porównał z poprzednim swoim badaniem, jeszcze sprzed Smoleńska - z marca. Poparcie dla Platformy spadło o 12% (z 59), tymczasem PiSowi urosło o 15% (z 35)**. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powiem wam szczerze, że mam wrażenie, że Komorowski dostanie mocno po dupie w tych wyborach. Chyba, że... Jeśli w weekend mocno popada i poziom wody wzrośnie, spodziewajcie się ogłoszenia stanu wyjątkowego i przesunięcia wyborów o parę miesięcy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Któryś zawsze jest młodszy; może być młodszy, albo starszy - miałem 50% szans na trafienie).&lt;br /&gt;** Oczywiście sondaż zrobiony tragicznie i nie należy brać go zbyt poważnie. Dość powiedzieć, że na pytanie o partie odpowiedziało 590 osób, co oznacza, że zabrakło niemalże drugie tyle, by sondaż był reprezentatywny. Reprezentatywności sondażu również jednak nie należy traktować zbyt poważnie...&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-7920280388585966829?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/7920280388585966829/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/coz-za-piekna-katastrofa.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7920280388585966829'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7920280388585966829'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/coz-za-piekna-katastrofa.html' title='Cóż za piękna katastrofa'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-4789324933284834711</id><published>2010-05-18T23:58:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:30:05.585+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Pętelka</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none;"&gt;Tak się złożyło, że ostatnimi czasy grzebałem w różnych tekstach prawnopodobnych: ustawach, uchwałach, rozporządzeniach, zarządzeniach, dyrektywach, czy co tam jeszcze w przyrodzie, tj. prawie, występuje. Nie pytajcie mnie o powody. W każdym bądź razie natknąłem się na dokument o groźnie i długo brzmiącej nazwie, a mianowicie na &lt;em&gt;uchwałę nr LVIII/1751/2009 z 9 lipca 2009 r. w sprawie zasad wynajmowania lokali wchodzących w skład mieszkaniowego zasobu miasta stołecznego Warszawy&lt;/em&gt;. Jakby co, to tutaj macie sygnaturkę (czy jak to się inaczej nazywa): Dz. Urz. Woj. Maz. z 2009 r., Nr 132, poz. 3937. A tutaj macie &lt;a href="http://bip.warszawa.pl/NR/rdonlyres/55EB0345-9BDF-4E07-A5FB-62D4BCAF75C5/697485/1751_uch1.doc"&gt;konkretnego linka&lt;/a&gt;.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none;"&gt;Jeśli w nim (tj. tym linku) teraz siedzicie, to zajrzyjcie sobie na stronę 12, do artykułu 29. W tymże artykule, konkretnie w ustępie pierwszym, możemy przeczytać, że &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;Zawarcie umowy najmu lokalu [...] uzależnia się od wpłacenia kaucji zabezpieczającej pokrycie należności z tytułu najmu lokalu.&lt;/blockquote&gt;Jasne, co tu zacytowałem? Jasne. To lecimy dalej. Otóż w ustępnie drugim podany jest sposób obliczania kaucji. Otóż jest ona ustalana &lt;br /&gt;&lt;blockquote style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none;"&gt;w wysokości sześciokrotności miesięcznego czynszu naliczonego dla lokalu według stawek obowiązujących w dniu zawarcia umowy najmu.&lt;/blockquote&gt;No to wybaczcie, moi drodzy, ale jeśli w polskim prawodawstwie strzela się takie rzeczy, to ja wymiękam. Zamiast strzępić sobie klawiaturę, poczęstuję was &lt;a href="http://loyalkng.com/wp-content/uploads/2009/05/snake-fail.jpg"&gt;jednym obrazkiem&lt;/a&gt;. Zapraszam do posiłku:&lt;br /&gt;&lt;div style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://loyalkng.com/wp-content/uploads/2009/05/snake-fail.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="322" src="http://loyalkng.com/wp-content/uploads/2009/05/snake-fail.jpg" width="400" wt="true" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-4789324933284834711?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/4789324933284834711/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/petelka.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4789324933284834711'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4789324933284834711'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/petelka.html' title='Pętelka'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-1878882775803069690</id><published>2010-05-15T13:35:00.001+02:00</published><updated>2011-04-10T23:30:29.617+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Imaginaria</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Ostatnio przeżywam pewne wzmożone zainteresowanie myślą komunitarian. Zapoznałem się z kilkoma pozycjami MacIntyre'a (&lt;em&gt;Etyka i polityka&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;Czyja sprawiedliwość? Jaka racjonalność?&lt;/em&gt;, czy &lt;em&gt;Trzy antagonistyczne wersje dociekań moralnych&lt;/em&gt;), Sandela (&lt;em&gt;Liberalizm a granice sprawiedliwości&lt;/em&gt;), czy Walzera (&lt;em&gt;Polityka i namiętność&lt;/em&gt;, &lt;em&gt;Sfery sprawiedliwości&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;Wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe&lt;/em&gt;), a ostatnio czytałem dopiero co wydaną pozycję Charlesa Taylora, &lt;em&gt;Nowoczesne imaginaria społeczne&lt;/em&gt;. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taylor stawia według mnie kapitalną tezę, że w rzeczywistości nie ma czegoś takiego, jak jedna "nowoczesność" - nowoczesności jest wiele, w zależności od kultury, miejsca, czasu, czy... pewnego środowiska intelektualnego. Innymi słowy,&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;różnice pomiędzy wielością dzisiejszych nowoczesności powinny być pojmowane w kategoriach odrębnych imaginariów społecznych.&lt;/blockquote&gt;Być może zresztą źle troszkę się wyraziłem w temacie tego "środowiska intelektualnego". Sam Taylor precyzuje, że chodzi &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;raczej o sposoby, w jakie ludzie wyobrażają sobie swoją społeczną egzystencję, jak przystosowują się do innych, jak toczą się sprawy między nimi i bliźnimi; to także oczekiwania, które zwykle sięspełniają, oraz głębsze normatywne koncepcje i obrazy, leżące u ich podstaw.&lt;/blockquote&gt;Chozi więc przede wszystkim o pewne &lt;em&gt;wyobrażenie&lt;/em&gt;. W dzisiejszych czasach na przykład ludzie cały czas &lt;em&gt;wyobrażają&lt;/em&gt; sobie, że &lt;em&gt;Państwo to my&lt;/em&gt;. Nie sprowadzając tego do ograniczonej formułki, chodzi mi o to, że ludzie wyobrażają sobie, że mają wpływ na Państwo. Na Władzę. Na tę &lt;em&gt;Gewalt&lt;/em&gt;. Na przykład teraz mamy wybory. Ludzie &lt;em&gt;wyobrażają&lt;/em&gt; sobie, że ci wszyscy wielkorządcy naprawdę się ludzi słuchają. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludzie naprawdę &lt;em&gt;wyobrażają&lt;/em&gt; sobie, że jak Napieralski o 5 rano rozdaje ulotki przed Fiatem, to on jest już "zwykłym człowiekiem", jest "swoim". Ja nie wiem, który "swój" ma dwóch łebków do trzymania parasolek nad wielkorządcą, żeby przypadkiem puderek się nie zmył. Ludzie naprawdę &lt;em&gt;wyobrażają&lt;/em&gt; sobie, że Komorowski to gościu, który się do swojej roboty nadaje. No bo przecież to on mógł to hasło na wiki zamieścić i po prostu chciał się nim pochwalić. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może troszkę szerzej. Ludzie &lt;em&gt;wyobrażają &lt;/em&gt;sobie, że jak 20 czerwca pójdą do szkół, czy gdzie tam mają lokale wyborcze, to cośkolwiek się zmieni. Ja nie wiem, dlaczego ludzie sobie takie rzeczy &lt;em&gt;wyobrażają&lt;/em&gt;. Przez ostatnie 5 lat, kiedy to mieliśmy bodaj 3&amp;nbsp;razy wybory (2005: parlamentarne i prezydenckie, 2006 - samorządowe) zmieniło się tylko &lt;em&gt;postrzeganie&lt;/em&gt; o Państwie. Tak w gruncie rzeczy, to nic się nie zmieniło, poza zwykłym &lt;em&gt;wyobrażeniem&lt;/em&gt; o Państwie. &lt;em&gt;Wyobrażenie&lt;/em&gt; w &lt;em&gt;wyobrażeniu&lt;/em&gt;, rozumiecie? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tak dookoła &lt;em&gt;Las Meninas&lt;/em&gt;. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojawia się pewna idea. Idea, że jesteśmy częścią pewnej większej zbiorowości - zbiorowości większej, niż tylko lokalna. Że jesteśmy członkami &lt;em&gt;narodu&lt;/em&gt;. &lt;em&gt;Naród&lt;/em&gt; jest tym &lt;em&gt;wyobrażeniem&lt;/em&gt;, które kształtuje nasze postrzeganie Państwa. Dlatego &lt;em&gt;My&lt;/em&gt; jesteśmy &lt;em&gt;Państwem&lt;/em&gt;, bo to &lt;em&gt;My&lt;/em&gt;, jako &lt;em&gt;Naród&lt;/em&gt;, sprawujemy w nim &lt;em&gt;Władzę&lt;/em&gt;. To My, raz na 4/5 lat chodzimy wrzucić karkę do urny z &lt;em&gt;wyobrażeniem&lt;/em&gt;, że tak oto decydujemy nie tylko o sobie samych - decydujemy o &lt;em&gt;Narodzie&lt;/em&gt;. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taylor dowodzi, że &lt;em&gt;wyobrażenie Narodu&lt;/em&gt; oparte jest na &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;przekonaniu, że istnieje jakaś inna podstawa istnienia wybranej jednostki niż tylko historyczna przygodność albo polityczny wybór. Uważa się, że lud zmierzający ku państwowości tworzy jedność na mocy wspólnego języka, kultury, religii, czy historii wspólnych działań.&lt;/blockquote&gt;To nasze powszechne &lt;em&gt;wyobrażenie&lt;/em&gt;, że oto My decydujemy o sobie powoduje, że zgadzamy się na decyzje, na które sami dla siebie nigdy byśmy się nie przyjęli. Odbywa się to na zasadzie &lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;choć nie zgadzam się z treścią tej decyzji, nie zamierzam jej podważać, ponieważ uznaję ją za wyraz woli lub interesu ludu, do którego przynależę.&lt;/blockquote&gt;Przyznam szczerze, że dostrzegam jedną nieścisłość w przypadku tego rozumowania. Otóż zdaje mi się, choć co ja tam mogę wiedzieć, że nie można stawiać znaku równości pomiędzy poczuciem przynależności do społeczności, a "tożsamością polityczną".&amp;nbsp;Poczucie przynależności powinno wręcz się obyć bez kreowania politycznej tożsamości. O co chodzi? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przynależność do konkrentej społeczności powinniśmy rozpatrywać na sposób pozapolityczny. Oznacza to, że nie powinniśmy dążyć do&amp;nbsp;przyjęcia cudzych zasad, choćby ci Inni byli członkami tej samej wspólnoty, co i My. W obrębie konkretnej społeczności powinniśmy dążyć do unikania stosowania przemocy i przymusu, a co za tym idzie - do systematycznego uznawania, że dzielące nas różnice są nieistotne. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kreowania tożsamości politycznej jest działaniem przeciwnym - służy podkreślaniu istotności różnic. Oznacza przyjmowanie, bądź narzucanie własnych projekcji. Tymczasem to, do czego powinniśmy dążyć, możliwe jest do osiągnięcia przy odrzuceniu sfery politycznej. Możliwe jest oddzielenie autonomi prywatnej i realizacji pewnych wyobrażeń co do publicznego życia bez udziału polityki. Możemy&amp;nbsp;i powinniśmy się bez niej obejść.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-1878882775803069690?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/1878882775803069690/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/imaginaria.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/1878882775803069690'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/1878882775803069690'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/imaginaria.html' title='Imaginaria'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-8099293803416924894</id><published>2010-05-14T16:26:00.006+02:00</published><updated>2011-04-10T23:30:47.172+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Miodzio</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Od wczoraj do niedzieli w Warszawie trwają &lt;a href="http://www.targi-ksiazki.waw.pl/"&gt;Targi Książki&lt;/a&gt;. Jeśli ktoś jest zainteresowany, a naprawdę warto być zainteresowanym, gorąco zapraszam do PeKiNu. Wydawcy rozstawieni na dwóch piętrach, masa, cała masa świetnych książek. Miałem dziś chwilkę wolną, więc sobie wpadłem na dwie godzinki - wystarczyło, żeby na spokojnie przejść się po wszystkich stoiskach i doglądać niesłabe tytuły. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na targach&amp;nbsp;są rabaty, to dla zainteresowanych. Od 10 do 25% - zależy od wydawcy. PWN daje 15%, PIW - 20, a Słowo/Obraz Terytoria - 25%. Na targach pojawiły się już książki, które jeszcze są niedostępne w księgarniach - jak choćby &lt;em&gt;Historia seksualności&lt;/em&gt; Michela Foucault, która jest "&lt;a href="http://terytoria.com.pl/ksiegarnia,tytuly,627.html"&gt;w przygotowaniu&lt;/a&gt;". &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechałem tam z zamiarem wydania 150 złotych. Całkiem nieźle mi to szło - na parterze nie kupiłem niczego, a oglądnąłem niemal każde stoisko. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak, pierwszej erekcji dostałem przy stoisku &lt;a href="http://terytoria.com.pl/"&gt;Słowo/obraz terytoria&lt;/a&gt;, które to wydawnictwo lubię niezmiernie. Jeżeli sobie obejrzycie ich katalog, gwarantuję wam, że znajdziecie masę naprawdę rewelacyjnych książek. Dziś kupiłem u nich tylko jedną pozycję. Wspomnianego już Foucault, &lt;em&gt;Historię seksualności&lt;/em&gt;. Książka kosztowała mnie 45 złotych; &lt;strike&gt;15 złotych taniej, niż będzie wynosiła cena rynkowa&lt;/strike&gt;*. Jeszcze jutro muszę tam jednak zajść (dziś się nie zdecydowałem), żeby kupić za 40 złotych &lt;em&gt;Jak wyjść z terroru &lt;/em&gt;Bronisława Baczki. Ta książka ma rynkową cenę 59 złotych, na targach do wzięcia, jak mówiłem - za 40. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaraz później trafiłem na wystawkę &lt;a href="http://www.prohibita.pl/"&gt;Prohibity&lt;/a&gt;. Wystawkę wg mnie słabiutką, ale i tam znalazłem dobrą książkę. &lt;em&gt;Nadużycie rozumu&lt;/em&gt; von Hayek'a kosztowała mnie 24 złote (cena rynkowa: 29,90). Należy tutaj dodać, że Hayek to, jak dla mnie, jedyny warty uwagi przedstawiciel szkoły austriackiej. Przy okazji, na wystawce Prohibity po raz pierwszy zobaczyłem &lt;em&gt;Socjalizm &lt;/em&gt;Misesa, wydany przez Arcana. Masakra, jak można było wydać książkę w takim formacie...?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spacerując dalej doszedłem do &lt;a href="http://www.piw.pl/sklep/"&gt;Państwowego Instytutu Wydawniczego&lt;/a&gt;. Tutaj znalazłem całą masę książek, które bym chciał kupić. Trzeba się więc było na coś zdecydować. Wybrałem dwie pozycje, jedną z serii "rodowody cywilizacji", durgą z "biblioteki myśli współczesnej". Pierwszą była dosyć świeża książka Iry Berlin, &lt;em&gt;Pokolenia w niewoli&lt;/em&gt;, na temat północnoamerykańskiego niewolnictwa. Dałem za nią 48 złotych (przy 59,90 na rynku). Druga to pozycja Guy'a Debord'a, na którą składają się dwa tytuły: &lt;em&gt;Społeczeństwo spektaklu&lt;/em&gt; i &lt;em&gt;Rozważania o społeczeństwie spektaklu&lt;/em&gt;. Ksiązka kosztuje 44,90 - na targach do wzięcia za 32 złote. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podliczmy nasze koszty: 45 + 24 + 48 + 32 = 149 złotych. Została mi złotówka na gumę. Zszedłem sobie pomalutku z powrotem na parter, zarknąłem na tyły i znalazłem wystawione 3, czy 4 stoiska antykwaryczne. Tam też masa perełek, by wspomnieć &lt;em&gt;Pisma filozoficzne&lt;/em&gt; Alberta Einsteina, &lt;em&gt;Jak myślimy?&lt;/em&gt; Johna Dewey'a, troszkę esejów filozoficzno-filologicznych Eco, starsze tytuły serii "rodowody cywilizacji" PIWu i naprawdę wiele, wiele innych. Gdybym miał sobie tylko w tych antykwariatach coś kupić, musiałbym wydać kolejne 200 złotych. Mając jednak swoją zasadę - nie więcej, niż 150 zeta, wyszykowałem się do wyjścia. Już wychodziłem, już witałem się z gąską..., ale jednak trafiłem jeszcze na stoisko &lt;a href="http://www.wuw.pl/"&gt;Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego&lt;/a&gt;. A tam, co zobaczyłem? No co? No oczywiście Michaela Walzera, &lt;em&gt;Sfery sprawiedliwości&lt;/em&gt;. Książkę, która kosztuje 45 złotych, na Allegro chodzi po 60, a... ja kupiłem za 36. No i szlag trafił moją zasadę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Właśnie wziąłem sobie do ręki katalog wydawniczy Słowo/obraz terytoria i tam jak wół jest napisane, że Historia seksualności będzie kosztować 69 złotych. Tak więc oferta targowa robi się jeszcze bardziej interesująca.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-8099293803416924894?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/8099293803416924894/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/miodzio.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8099293803416924894'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/8099293803416924894'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/miodzio.html' title='Miodzio'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-3079138069086831654</id><published>2010-05-09T22:51:00.001+02:00</published><updated>2010-05-09T22:52:09.220+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>Obrazek</title><content type='html'>Nie mam, po prostu nie mam ostatnimi czasy na napisanie czegokolwiek. W związku z tym tylko obrazek, jaki znalazłem w necie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none; clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://www.marriedtothesea.com/042208/oops-thats-not-funny.gif" imageanchor="1" style="clear: left; cssfloat: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="310" src="http://www.marriedtothesea.com/042208/oops-thats-not-funny.gif" tt="true" width="400" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: left;"&gt;&lt;a href="http://www.marriedtothesea.com/042208/oops-thats-not-funny.gif"&gt;źródło&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-3079138069086831654?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/3079138069086831654/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/obrazek.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/3079138069086831654'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/3079138069086831654'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/obrazek.html' title='Obrazek'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5411606665934215333</id><published>2010-05-07T12:45:00.000+02:00</published><updated>2010-05-07T12:45:09.219+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Z pustego i Państwo nie naleje</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Właśnie przed sekundą przeczytałem na Wp.pl &lt;a href="http://finanse.wp.pl/kat,104132,title,Leczenie-zdrowia-wyzszymi-podatkami,wid,12241639,wiadomosc.html"&gt;niusa&lt;/a&gt;, że szykuje się podwyżka składki zdrowotnej. O sprawie pisze Dziennik z dopiskiem Gazeta Prawna, a wp.pl puszcza z logo Polskiego Radia. Cuda.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W każdym bądź razie interesujące są dwie rzeczy. Pierwszą jest stwierdzenie, że składka musi wzrosnąć (z 9 do 12%), bo inaczej nam się cały system zawali. Żeby mnie tu nie oskarżyć o jakieś machloje, to dodam, że składka ma rosnąć stopniowo, najpierw do 10%, później pewnie do 11%, a 12% ma osiągnąć za 10 lat. NFZ może zyskać na tym 15 mld rocznie. &lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Najprawdopodobniej podwyżkę wezmą na siebie podatnicy, szanse na to, że w budżecie znajdą się na to pieniądze, są bardzo małe.&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;- tak czytamy w gazecie i na wp.pl. W sumie głupia sprawa, że musimy sami płacić. Na szczęście do tego budżetu my nie płacimy...&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5411606665934215333?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5411606665934215333/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/z-pustego-i-panstwo-nie-naleje.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5411606665934215333'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5411606665934215333'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/z-pustego-i-panstwo-nie-naleje.html' title='Z pustego i Państwo nie naleje'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-4087315837123403077</id><published>2010-05-05T17:34:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:31:36.045+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><title type='text'>Wybory, rasizm i TVP</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Musicie mi wybaczyć, że piszę dopiero dziś, ale kilka dni byłem niedostępny dla cywilizacji spod znaku Billa Gates'a i Steve'a Jobs'a. Skoro więc już się mogę wypowiedzieć, chciałbym się, tak zwanie,&amp;nbsp;cofnąć do tyłu o kilka dni. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Parę dni temu nasza państwowa telewizja (dla niepoznaki nazywana publiczną) puściła w Wiadomościach materiał na temat zbliżających się Mistrzostw Świata w RPA. A konkretniej, to w piłce nożnej, a w państwie RPA. W każdym bądź razie materiał miał za zadanie zasygnalizować, że będzie klapa na trybunach - niewielu kibiców się do RPA wybiera. Ja się prawdę mówiąc wcale nie dziwię, że mało Polaków się do RPA wybiera - w końcu "swoich" tam nie obejrzą. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Anyway, w materiale wspomnianym pojawił się jeden argument, dlaczego nie będzie wielu kibiców. Otóż nie będzie wielu kibiców dlatego ponieważ gdyż RPA jest najbardziej niebezpiecznym państwem na świecie (nie wiem, czy są na to jakieś konkretne staty, ale nie w tym rzecz). Rozumiecie o co chodzi? Mamy zdanie: RPA jest państwem z najwyższym wskaźnikiem przestępczości na świecie. I zaraz po tym, DOSŁOWNIE następne zdanie: Na 34 miliony czarnoskórych mieszkańców przypadają tylko 3 miliony białych. Ale teraz najlepsze - nie nastąpiło ŻADNE tłumaczenie, nic, nulla, nihil, kurwa jego mać nic, co by miało uzasadnić zestawienia ze sobą tych dwóch zdań. No bo przecież nie mamy tutaj kurwa wynikania, nie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W każdym bądź razie państwowa chciała się ratować i w poincie powiedziała, że wszystkie mecze będą transmitowane u niej.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-4087315837123403077?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/4087315837123403077/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/wybory-rasizm-i-tvp.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4087315837123403077'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/4087315837123403077'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/05/wybory-rasizm-i-tvp.html' title='Wybory, rasizm i TVP'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-286749164571253609</id><published>2010-04-25T11:41:00.001+02:00</published><updated>2010-04-25T12:58:08.045+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Krótko i przygodnie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Krzysiek Śledziński to bardzo inspirujący koleś. Gadałem z nim ostatnio (w piątek)&amp;nbsp;kilka godzin na przeróżne tematy. W każdym bądź razie Krzysiek w pewnym momencie powiedział, że Rorty, przykładowo rzecz biorąc, nie może swojej przygodności traktować przygodnie, bo by się kompletnie zaplątał - jak, nie przymierzając, Rothbard.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie do końca się z tym zgadzam, tj. proponowałbym przedefiniować tezę Krzyśka tak, by była ona zgodna z moją percepcją. Tadeusz Szubka we wstępie do swojej pracy &lt;i&gt;Filozofia analityczna. Koncepcje, metody, ograniczenia&lt;/i&gt;, napisał, że &lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;należy się jej [filozofii analitycznej - sc] szacunek i uznanie przede wszystkim dlatego, że jej przedstawiciele mają mniejszą skłonność do napuszonego i pretensjonalnego dyskursu filozoficznego, niż zwolennicy innych kierunków, czy stylków filozofowania. Sięgając do metafory George'a Berkleya, wznoszą oni po prostu mniejsze tumany kurzu.&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po mojemu, i tylko to chcę w tym tekście powiedzieć, przygodne postrzeganie przygodności polega tylko i wyłącznie na uświadomieniu sobie, że tak, jak my patrzymy na różne kierunki filozoficzne, tak kiedyś ktoś może patrzeć na nasz. Innymi słowy: zdajemy sobie sprawę, że nasz punkt widzenia jest tylko naszym punktem widzenia i kiedyś pewnie zostanie zarzucony.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-286749164571253609?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/286749164571253609/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/04/krotko-i-przygodnie.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/286749164571253609'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/286749164571253609'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/04/krotko-i-przygodnie.html' title='Krótko i przygodnie'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-226417154883336256</id><published>2010-04-13T23:42:00.003+02:00</published><updated>2011-04-10T23:32:15.625+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Inspiracje rawlsowskie</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Tak to już jest, że opowiadając się za jakąś ideą polityczną, mamy na względzie skutki, jakie ona niesie. Zazwyczaj to właśnie od tych hipotetycznych skutków, które nam się podobają, bądź nie, zależy to, czy daną ideologię przyjmiemy, czy odrzucimy. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Możemy na przykład wybierać między wolnością, a równością (skutki) i odpowiednio do nich dobierać środki, czyli idee. Nie mam zamiaru rozwodzić się nad tym, czy można tutaj pogodzić wolność z równością. Może zresztą zamiast „wolność”, użyć określenia „poziom dobrobytu” (w nawiasie, że potencjalny). John Rawls tak właśnie stawia sprawę w swojej &lt;em&gt;Teorii sprawiedliwości&lt;/em&gt;. Nie mam zamiaru się tutaj nad teorią, jako całością, rozwodzić, skupiłbym się raczej na jednym aspekcie, czyli właśnie wyborze między (potencjalnym) dobrobytem, a równością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="border-bottom: medium none; border-left: medium none; border-right: medium none; border-top: medium none; clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/S8TlGlQtnpI/AAAAAAAAAi8/rE4RjIW_vC4/s1600/d.jpg" imageanchor="1" style="clear: left; cssfloat: left; float: left; margin-bottom: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="266" src="http://2.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/S8TlGlQtnpI/AAAAAAAAAi8/rE4RjIW_vC4/s400/d.jpg" width="400" wt="true" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;Przedstawione zdjęcie pochodzi ze strony 118. &lt;i&gt;Teorii sprawiedliwości &lt;/i&gt;(Warszawa 2010). Krzywa AB określa nam maksymalny poziom dobrobytu, który możemy „rozdysponować” między osoby x&lt;sub&gt;1&lt;/sub&gt; i x&lt;sub&gt;2&lt;/sub&gt;; jest w tym sensie paretooptymalna. Pole OBA jest więc jedynym dostępnym dla naszych rozważań polem (ze względu na – choćby – rzadkość zasobów. Zakreskowany prostokąt aObD, gdzie D nie jest zaznaczone, a znajduje się tam, gdzie przecinają się proste b i a, lub jak kto woli: D = (a, b)) wskazuje nam z kolei jakie mniej efektywne wariacje jesteśmy w stanie zaprezentować, uznając za efektywny punkt D (analogiczna sytuacja jest z punktem E, o czym kilka zdań niżej). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdybyśmy poziom dobrobytu umieścili w punkcie, gdzie krzywa AB kończy się, wkraczając w oś x&lt;sub&gt;1&lt;/sub&gt;, ogólny poziom dobrobytu byłby maksymalnie efektywny, byłby paretooptymalny (tj. każda dystrybucja dobrobytu na rzecz x&lt;sub&gt;2&lt;/sub&gt;, wiązałaby się z pogorszeniem sytuacji osoby x&lt;sub&gt;1&lt;/sub&gt;). Możemy też stwierdzić, że bardziej optymalny od punktu E, będzie każdy punkt z pola zakreślonego między E, a krzywą (choćby punkt C) – możliwe jest bowiem takie zwiększenie ogólnego dobrobytu, które nie spowoduje żadnych uszczerbków jakiejkolwiek osoby. Tak więc krzywa AB jest miarą efektywności – punktu dobrobytu ułożone gdziekolwiek na niej są najbardziej efektywne. Możemy więc stwierdzić, że C jest bardziej pożądane, niż E, a D – niż F. Nie mamy jednak możliwości ocenić – na gruncie efektywności, czy bardziej pożądany jest dobrobyt na poziomie C, czy D.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tego możemy dokonać dopiero na gruncie kolejnych założeń. Dla Rawlsa takim założeniem jest teoria sprawiedliwości, w uproszczeniu pokazana tutaj linią przerywaną, wychodzącą z punktu O, pod kątem 45&lt;sup&gt;o&lt;/sup&gt; do prostopadłych x&lt;sub&gt;1&lt;/sub&gt; i x&lt;sub&gt;2&lt;/sub&gt;. Prosta ta jest więc &lt;i&gt;wyznacznikiem położenia punktów różnej dystrybucji dóbr&lt;/i&gt; (s. 119). W świetle tego dodatkowego założenia możemy preferować punkt D, nad C, ale też na przykład punkt F, nad C. Punkt F jest bowiem bliższy równej dystrybucji, niż punkt C, choć to ten ostatni, jest paretooptymalny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zarzutem Rawlsa do utylitaryzmu jest właśnie jego zwrócenie oczu a efektywność. &lt;i&gt;Uderzającą cechą utylitarystycznego ujęcia sprawiedliwości jest to, że nieistotne jest, przynajmniej wprost, jak owa suma satysfakcji jest dystrybuowana między jednostki – tak samo, jak nie ma bezpośredniego znaczenia, w jaki sposób jedne człowiek dystrybuuje swoją satysfakcję w czasie. W obu przypadkach prawidłowa dystrybucja to taka, która daje maksymalne zaspokojenie &lt;/i&gt;(s. 60). Rawlsowi zdecydowanie nie wystarcza takie uzasadnienie; &lt;i&gt;zasada efektywności nie może sama służyć jako koncepcja sprawiedliwości&lt;/i&gt; (s. 121). Dlaczego?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odpowiedź na to pytanie jest dwojaka. Przede wszystkim oznaczałaby ona przyjęcie kolejnego dodatkowego założenia. Założenia, mówiącego, że sytuacja wyjściowa jest sprawiedliwa. Oznaczałoby to, że dla danych osób (w tym wypadku x&lt;sub&gt;1&lt;/sub&gt; i x&lt;sub&gt;2&lt;/sub&gt;), ich pozycja społeczna, rozdysponowanie talentów, czy choćby przypadki niezależne od człowieka, są sprawiedliwe. Tego założenia tymczasem nie jesteśmy w stanie w żaden sposób uargumentować. &lt;em&gt;Istniejąca dystrybucja bogactwa i dochodu jest, by tak rzec, skumulowanym efektem uprzednich dystrybucji aktywów naturalnych – to znaczy naturalnych talentów i możliwości – w zależności od tego, jak zostały rozwinięte bądź zaniedbane i w jakim stopniu sprzyjały im, bądź im przeciwdziałały, warunki społeczne i czynniki losowe, takie jak nieszczęśliwe wypadki, czy też przychylne zrządzenia losu. Intuicyjnie rzecz biorąc, najbardziej rzucającą się w oczy niesprawiedliwością systemu wolności naturalnej jest to, że pozwala ona, by udziały dystrybucyjne znajdowały się pod niestosownym wpływem tych czynników, jakże arbitralnych z moralnego punktu widzenia&lt;/em&gt; (s. 122-123). Oznacza to tylko i aż tyle, że ani na nasze wyjściowe położenie społeczne, ani na nasze talenty i umiejętności nie zasłużyliśmy w mocnym, konstytutywnym sensie. &lt;em&gt;Nikt nie zasługuje na swą pozycję w dystrybucji wrodzonych uzdolnień, tak samo, jak nikt nie zasłużył na swe początkowe miejsce startowe w społeczeństwie&lt;/em&gt; (s. 165). &lt;em&gt;Naturalna dystrybucja nie jest sprawiedliwa, ani niesprawiedliwa; nie jest też niesprawiedliwe, że ludzie rodzą się w określonych społecznych pozycjach. Są to po prostu fakty naturalne. Sprawiedliwe, czy niesprawiedliwe jest to, w jaki sposób instytucje z tymi faktami sobie radzą&lt;/em&gt; (s. 162-163). Taka, a nie inna dystrybucja aktywów jest arbitralna. Nie możemy stosować wobec niej pojęcia sprawiedliwości głównie dlatego, że sprawiedliwość jest instytucją odnoszącą się do stosunków międzyludzkich. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro więc nie możemy mówić o sprawiedliwości i zasłudze, możemy dokonać takiej redystrybucji, by jednostki najgorzej usytuowane również miały realnie równe możliwości – uwidacznia się to w dążeniu do równej dystrybucji dobrobytu, w zgodzie z linią przerywaną, zamieszczoną na rysunku. Temu właśnie ma służyć teoria sprawiedliwości. Ma uzasadnić, dlaczego punkt D, czy F, jest preferowany nad punkt C. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z takimi implikacjami pojęcia zasługi nie zgadzał się Nozick, odwołując się do &lt;em&gt;regressus ad infinitum&lt;/em&gt;. Również Hoppe i Rothbard odnosili się krytycznie do teorii Rawlsa (choć mam wrażenie, zapoznając się z argumentacją i jednego, i drugiego, że nie czytali &lt;i&gt;Teorii sprawiedliwości&lt;/i&gt;, a opierali się bądź to na opracowaniach, bądź na analizie Nozicka). Ciekawe jest w tym kontekście nie tylko to, na jakiej podstawie Rawls dokonuje takiego, a nie innego wyboru teorii sprawiedliwości (o tym też kiedyś jeszcze napiszę), ale raczej to, co w odpowiedzi mogą zaproponować libertarianie?&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-226417154883336256?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/226417154883336256/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/04/inspiracje-rawlsowskie.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/226417154883336256'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/226417154883336256'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/04/inspiracje-rawlsowskie.html' title='Inspiracje rawlsowskie'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_6PFSUS2Aipg/S8TlGlQtnpI/AAAAAAAAAi8/rE4RjIW_vC4/s72-c/d.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-5040301825999645805</id><published>2010-04-10T23:58:00.001+02:00</published><updated>2011-04-10T23:33:02.945+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Empatia i realpolitik</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Obudziłem się dzisiaj dokładnie o dziewiątej rano. Wstałem, podrapałem się po jajach i poszedłem odlać. Pominę te cudowne chwile w łazience i wrócę do pokoju. Włączyłem sobie telewizję, na tvn24 zupełnie przypadkiem (od kilku miesięcy raczej nie oglądam żadnych informacji, ani wiadomości; chyba, że przez przypadek). &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pierwsza informacja, że rozbił się samolot, mną nie ruszyła za bardzo. Druga, że 87 osób nie żyje, a ok. 90 było na pokładzie, również. Trzecia, że nikt nie przeżył, również nie była dla mnie zaskoczeniem. Nie płakałem po papieżu. Nie płakałem po Geremku. Nawet po Kołakowskim i Skardze nie płakałem. Po Kaczyńskim też nie zapłaczę. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No ale kurwa jego mać po prostu mi żal. Żal mi tych wszystkich bliskich, których zostawili. Żal mi ich rodzin i znajomych. Jest mi tak po ludzku przykro. Oczywiście ludzi, których się nie znało osobiście, z którymi się nie rozmawiało i nie kłóciło, żal mniej, niż osobistych znajomych. Ja mogę powiedzieć, że poznałem osobiście kilka osób z tego samolotu. Poznałem Stasiaka, poznałem Szmajdzińskiego. Ich mi jest bardzo przykro, bo - choć się z nimi w niczym nie zgadzałem - poznałem ich osobiście. Z kolei z żywych, gdybym miał wybierać, kogo najbardziej teraz żałuję, to chyba wybrałbym Jarosława Kaczyńskiego. Zdecydowanie on ma los najgorszy. Matkę ma w zasadzie umierającą, teraz zmarł mu brat. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ktokolwiek by w tym samolocie nie zginął, to jest tragedia. To jest tragedia rodzin i bliskich, przyjaciół i - a niechby - wyborców. Myślicie, że nie znam wyborców Kaczyńskiego? Znam. Widziałem łzy w ich oczach. Widziałem nawet łzy w oczach wyborców lewicy (i nie chodzi mi bynajmniej o Olejniczaka). To fakt, że niektórych nie mogłem słuchać, ani oglądać, jak choćby Wassermana, czy Karpiniuka. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że oni zostawili swoje rodziny i swoich bliskich.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dlatego wydaje mi się cokolwiek nie na miejscu twierdzenie, że "zginęło paru skurwysynów" (wybaczcie, że nie podam linka, ale wiem, że co pilniejszy komentator go łatwo wyłowi i wrzuci). Ja wiem, że to byli decydenci. Że to byli rządzący, że ja ich jako klasy powinienem nie tolerować. No ale do kurwy nędzy&amp;nbsp; to byli też ludzie. Ludzie, którzy kurwa mieli rodziny. Które to rodziny miały ich. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tyle empatii, chciałbym teraz nieco skokowo przejść do &lt;em&gt;realpolitik&lt;/em&gt;. Spotkałem się z opinią, że mamy teraz wykurwisty kryzys polityczno-wojskowy. Nie zgadzam się z tym, ani nie widzę żadnych powodów, by tak to ujmować. Ciągłość władzy, chcąc nie chcąc, została zachowana. Komorowski przejął obowiązki prezydenta, Tusk się ogarnął z rządem&amp;nbsp;i jakoś to będzie. Nie przekonuje mnie też argument, że zginęło całe dowództwo wojskowe. To mogłoby znamionować kryzys dopiero wtedy, gdy zostaliby tylko prości żołnierze. Nie jest tak, że teraz trzeba szkolić wojaczka, który gotował zupy w Iraku, by przejął dowodzenie nad armią. Nie, istnieje coś takiego, jak zaplecze. Istnieją kolejne niższe szczeble, które są już na tyle zaawansowane, jeśli idzie&amp;nbsp;o technologię władzy wojskowej, że przeszkolenie ich do nowych obowiązków nie jest zadaniem niemożliwym. NBP? A co mógł Skrzypek? Miał tylko jeden głos, ew. drugi decydujący - w dużej mierze i tak niepotrzebny.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Czy to się komuś podoba, czy nie, nie jesteśmy świadkami kryzysku państwa, jako instytucji. Nie jesteśmy nawet świadkami kryzysu pewnych instytucji państwa. Wszystko, co widzimy, to po prostu jeden kryzys polityczny. Kryzys o tyle poważny, że nie żyje prezydent. Tak naprawdę, w kryzysie są dwie partie. SLD i PiS. Największym zwycięzcą jest PO, a personalnie - Komorowski. Jeszcze nie było wyborów, a już został prezydentem, co daje mu wieeeelką przewagę, jeśli chodzi o zbliżającą się kampanię wyborczą. Donald Tusk zapewne wkrótce ogłosi zmajstrowanie przetargu na nowe samoloty. Wydatku niesamowitego, ale w obliczu takiej tragedii, przyjętego bez mrugnięcia okiem. Zrobi coś, czego bała się zrobić każda wcześniejsza ekipa. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na marginesie, kompletnie nie czaję tez, że czeka nas polski 9/11, czyli dokręcenie śróby, wprowadzenie róznych ograniczeń swobód etc. Osobiście uważam, że trzeba być albo debilem, żeby tak twierdzić, albo jeszcze większym debilem.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wracając do rzeczy. PiS jest w o tyle wielkiej dupie, że nie ma kandydata. To kluczenie, które przez ostatnich kilka miesięcy prezentowali, skończyło się na tym, że nie wiadomo, kto mógłby wystartować. Ziobro? Bez jaj, z tego co wiem, ciągle brzęczą w prokuraturze o te CBA i inne pierdoły. Ziobro po to uciekł do Brukseli, żeby o nim się zrobiło ciszej, żeby wrócić za 5 lat z czystym kontem. Kaczyński? No chance, niech nawet nie próbuje, bo pociągnie swoich na dno. Nie wiem, czy aby nie najlepszym wyjściem byłoby poparcie Bronka, ew. zrezygnowanie z uczestnictwa w tej kampanii i skupienie się na organizacji tyłów, w postaci wyborów samorządowych. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z kolei SLD ma sytuację trudną o tyle, że balansując na granicy progu wyborczego, straciło swojego kandydata. Napieralski jest idiotą, więc obawiam się, że może spróbować wciągnąć kogoś na miejsce Szmajdzińskiego. Niemniej jednak najcelniejsze byłoby wsparcie dla potencjalnego Cimoszewicza, bądź też dla Olechowskiego.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Sytuacja SLD jest o tyle lepsza, że Szmajdziński był takim człowiekiem spomiędzy pierwszej, a drugiej linii, z kolei Kaczyński to był leader, nie wiem, czy nie nawet przed Jarosławem. Tak czy inaczej, polityka toczyć się będzie dalej, czy to od jutra, czy dopiero od przyszłego tygodnia. Szydery i śmiechy, że zmarło skurwysyństwo jest cokolwiek niestosowne. No i przede wszystkim - w ustach libertarianina - zabójczo naiwne...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na koniec chciałbym wszystkich zachęcić do przeczytania &lt;a href="http://lewica-wolnosciowa.blogspot.com/2010/04/cicha-smierc-maluczkich.html"&gt;wpisu Xaviera&lt;/a&gt;.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-5040301825999645805?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/5040301825999645805/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/04/empatia-i-realpolitik.html#comment-form' title='Komentarze (22)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5040301825999645805'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/5040301825999645805'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/04/empatia-i-realpolitik.html' title='Empatia i realpolitik'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>22</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-2888632028865893891</id><published>2010-04-06T22:57:00.002+02:00</published><updated>2011-04-10T23:33:27.158+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='libertarianizm'/><title type='text'>Kontraktalizm i libertarianizm</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Niejaki Adam Grobler, tłumacz książki Michaela j. Sandela, &lt;em&gt;Liberalizm&amp;nbsp;a granice sprawiedliwości&lt;/em&gt;, który wykonał zresztą naprawdę rewelacyjną robotę (który, odnosi się do tłumacza, choć MJS również się należą brawa), w swojej przedmowie starał się wyjaśnić kilka wątpliwości, które mu się nasunęły w trakcie pracy. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;blockquote&gt;Pewien problem miałem też z przedkładem terminu &lt;em&gt;contractarianism &lt;/em&gt;(pogląd, wedle którego podstawą ustroju państwowego jest umowa społeczna). Proste zapożyczenie - "kontraktuarianizm" - ma budowę nieco obcą językowi polskiemu. Zastosowany w Wikipedii termin "kontraktualizm" nie podoba mi się ze względu na możliwe skojarzenie z "kontr-aktualizmem", którym to terminem można byłoby określić perwersyjny pogląd, że świat aktualny nie istnieje (a istnieją tylko światy możliwe różne od aktualnego). Wybrałem "kontraktalizm", zbudowany na wzór "kauzalizmu".&lt;/blockquote&gt;A. Grobler, &lt;em&gt;Od tłumacza&lt;/em&gt;, [w:] M.J. Sandel, &lt;em&gt;Liberalizm a granice sprawiedliwości&lt;/em&gt;, Warszawa 2009, s 23.&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jako totalny laik, gdy o to chodzi, przyznam szczerze, że podoba mi się argumentacja Groblera. Rzeczywiście, choć nigdy wcześniej o tym nie myślałem, "kontraktualizm" można by rozumieć na różne sposoby (jakiekolwiek by one nie były). Z drugiej strony termin ten został już niejako przyjęty do rodziny słów okołopolskich i stał się dość powszechny. Choć przyznam szczerze, kontraktalizm mi się również podoba. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dobra, już kończę o tym Groblerze. W każdym bądź razie jeśli ktoś nie czytał książki Sandela, to powiem tyle: przeczytać warto nawet tylko dla tłumacza:)&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na dziś to tyle o Sandelu.&amp;nbsp;John Rawls projektując swoją koncepcję umowy społecznej, tj. teorię sprawiedliwości jako bezstronności (do którego to&amp;nbsp;tłumaczenia Grobler również poczynił zastrzeżenia), napisał o jej realności:&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W koncepcji sprawiedliwości jako bezstronności początkowa sytuacja (&lt;em&gt;original position&lt;/em&gt;) równości&amp;nbsp;jest odpowiednikiem stanu natury w tradycyjnej teorii umowy społecznej. Tej sytuacji początkowej&amp;nbsp;nie traktuje się oczywiście jako realnego historycznego stanu rzeczy ani tym bardziej jako prymitywnej formy kultury. Rozumie się ją jako czysto hipotetyczną sytuację, scharakteryzowaną w taki sposób, by doprowadzić do określonej koncepcji sprawiedliwości.&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;J. Rawls, &lt;em&gt;Teoria sprawiedliwości&lt;/em&gt;, Warszawa 2010, s. 41.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jakiś złośliwiec mógłby się przyczepić, że jest to troszkę machlojka, tak projektować sytuację wyjściową, by osiągnąć zaplanowane uprzednio rezultaty. Zapewne niejeden libertarianin by to jako machlojkę potraktował.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z kolei takiego buca, jakim był Nozick, libertarianie nie chcą widzieć w swojej drużynie (no dobra, może niektórzy chcą, na przykład na takiej&amp;nbsp;samej zasadzie co zwolennicy fantastyki - Sapkowskiego). W początkach swojej &lt;em&gt;Anarchii, państwa, utopii&lt;/em&gt;, Nozick zapisał, że&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;[d]owolna teoria stanu natury, która wychodzi od fundamentalnego i ogólnego scharakteryzowania działań moralnie dopuszczalnych i działań moralnie niedopuszczalnych oraz od głębogo ugruntowanych racji, dla których pewne osoby w jakimkolwiek społeczeństwie mogłyby naruszać te ograniczenia moralne, a następnie przechodzi do opisania, jak poaństwo wyłoniłoby się z tego stanu natury, ma walor wyjaśniający, &lt;em&gt;jeśli nawet jakiekolwiek kiedykolwiek istniejące państwo nie powstało w ten sposób&lt;/em&gt;. Hempel analizował pojęcie wyjaśnienia potencjalnego, które intuicyjnie i w przybliżeniu jest tym, czym byłoby wyjaśnienie poprawne, gdyby wszystkie wymienione w nim elementy były prawdziwe i rzeczywiście wchodziły w grę.&lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;R. Nozick, &lt;em&gt;Anarchia, państwo, utopia&lt;/em&gt;, Warszawa 1999,&amp;nbsp;s. 21. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dalej Nozick dowodzi, że takie wyjaśnienie, jakkolwiek niepoprawne, pomaga w zrozumieniu i ogarnięciu całej dziedziny, której to miało dotyczyć. Wielu libertarian ponownie nie zgodziłoby się z tymi tezami. Na przykład ja się nie zgadzam (co może sprawić, że wielu libertarian jednak się z nimi zgodzi; ale być może przeceniam swoje możliwości;). &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Napisałem, że wielu libertarian nie zgodziłoby się z tym twierdzeniem Nozicka. Prawdopodobnie wszyscy oponenci Nozicka z ekipy libertariańskiej zgodziliby się z wyjaśnieniem Rothbarda.&lt;/div&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Państwo nigdy nie zostało stworzone na drodze „umowy społecznej”; zawsze rodziło się ze podbojów i wyzysku. &lt;/div&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;M.N. Rothbard, &lt;em&gt;&lt;a href="http://mises.pl/86/86/"&gt;Anatomia państwa&lt;/a&gt;&lt;/em&gt;, [w:] &lt;em&gt;Egalitaryzm jako bunt przeciw ludzkiej naturze&lt;/em&gt;, Warszawa 2009, s. 100.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie ma więc żadnej umowy społecznej! Nie ma stanu pierwotnego, stanu natury! - tak chciałoby się zakrzyknąć za wujkiem Rothbiem. I dodać równie bojowo: przestańcie pierdolić, panowie! Powiedzcie wprost, że wyprowadzacie teorię umowy tylko po to, by uzasadnić swoją wymarzoną wizję. I ty to robisz, Rawls, i ty, Nozick - też!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ale nie przeszkadza tym krzykaczom, gdy Rothbard, czy Hoppe, czy Tannehillowie tłuką po kilkaset stron właśnie o tym, że Crosoe z Piętaszkiem, albo Kowalski z Malinowskim (polscy tłumacze mnie nieraz załamują) spotkają i będą przestrzegać praw. Niebo gwiaździste nad nimi, prawo moralne w nich. Wtedy ujęcie hipotetyczne jest wręcz wskazane.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Czy jasna jest pointa, czy mam ją wyboldować jakoś?&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-2888632028865893891?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/2888632028865893891/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/04/kontraktalizm-i-libertarianizm.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2888632028865893891'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/2888632028865893891'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/04/kontraktalizm-i-libertarianizm.html' title='Kontraktalizm i libertarianizm'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-6820420778478298448</id><published>2010-03-26T21:10:00.001+01:00</published><updated>2011-04-10T23:33:48.763+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='libertarianizm'/><title type='text'>Prawo nienaturalne - naturalnie</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;Widziałem dzisiaj fragment jakiegoś programu na jakimś dziwnym kanale o sam nie wiem czym. W każdym bądź razie lektor na tle jakiegoś posągu Buddy powiedział, że posąg ma oczy ze wszystkich stron, ponieważ symbolizuje to, że Budda jest wszechwiedzący.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsze, co mi przyszło wtedy do głowy to to, że jest raczej wszechwidzący, a nie wiedzący. Różnica między wiedzą a widzeniem, mimo wszystkich klasycznych definicji prawdy, jest. No dobra, odczepmy się od tej prawdy, bo ostatnio się jej przyczepiłem, co może już kogoś nudzić. Zamiast prawdy, zajmiemy się krótko prawem naturalnym, choć pierwszy mniej lotny czytelnik domyśli się, że prawo naturalne jest tutaj tylko pretekstem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widziałem się ostatnio z kumplem, Krzyśkiem Śledzińskim, no i sobie trochę przy piwie pogadaliśmy. Gadaliśmy o Stirnerze, o Rorty’m, o wielu mniej filozoficznych sprawach, o Nieregularniku, o szkole austriackiej, o Hayek’u, o buttersie:), czy o…, no, powiedzmy, prawie naturalnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W trakcie rozmowy na ten ostatni temat (która rozwinęła się z rozmowy na temat poznania, która to rozwinęła się z tematu pragmatyzmu, który to temat rozwinął się z…; no i tak od spotkania się), pomyślałem sobie jedną rzecz, którą w zasadzie jednym tchem wypowiedziałem nie zwracając pierwotnie na nią uwagi. Ponieważ nie uważam się za jakiegoś orła, jeśli o te sprawy chodzi, to dodam tylko, że Krzysiek nie oponował przeciwko moim wnioskom, więc optymistycznie zakładam, że je zaakceptował (bądź pesymistycznie – nie usłyszał ich:). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale po kolei. Wyobraźmy sobie – choć niektórzy nie muszą sobie tego wyobrażać – że istnieje jakieś prawo naturalne. Czy nazwiemy to &lt;em&gt;lex naturalis&lt;/em&gt;, czy &lt;em&gt;ius naturae&lt;/em&gt;, czy też &lt;em&gt;boskim porządkiem&lt;/em&gt;, nie jest istotne. Przyjmujemy po prostu, że takowe jest. Samo stwierdzenie, że coś jest, może nam nasuwać z kolei myśl, że w jakiś sposób możemy to zaobserwować. Możemy na przykład zaobserwować, że „to nie jest fajka”, tylko obraz przedmiotu, który nazywamy fajką (czy nie jest to analogiczny przykład, przy czym dużo prostszy, w porównaniu z przykładem Putnama na temat wody i dwóch planet?). Innymi słowy, jeśli coś jest, to podlega również naszemu poznaniu – możemy daną rzecz sklasyfikować, zdefiniować, czy w jakiś sposób sprawdzić jej istnienie. Możemy na przykład kopnąć w kamień, albo wdepnąć w gówno. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No dobra, troszkę może teraz skomplikujmy, wprowadzając rozróżnienie. Otóż możemy, jesteśmy w stanie, dokonywać rozróżnień, między przynależnością poznawczą (musicie mi wybaczyć mój nieudolny język, ale piszę to z marszu i bez znajomości jakichś filozoficznych języków). Innymi słowy mamy tutaj podmiot poznania (&lt;em&gt;ja&lt;/em&gt;, który poznaję) i przedmiot poznania (&lt;em&gt;to&lt;/em&gt;, które jest poznawane). Oczywiście poznanie może być również działaniem refleksyjnym, skierowanym na sam podmiot poznania, ale to nas nie interesuje w kontekście prawa naturalnego z jednego powodu. Otóż jeśli działam refleksyjnie, poznaję sam siebie, to znaczy, że jest to niejako poczucie wewnętrzne, moje własne, indywidualne i – miałem nadzieję, że uda mi się nie wymawiać tego słowa – subiektywne. Jeżeli jednak staramy się poznać obiektywne prawa natury, nie możemy ich lokować wewnątrz podmiotu poznania. Muszą więc być niejako zewnętrzne, muszą być przedmiotem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co to oznacza, tj. jakie to ma dla nas konsekwencje? Doniosłe. W ostatnim tekście napisałem o hipotetycznym typie, który odkrył wreszcie tę upragnioną prawdę i zapytał „po chuj się tak spieszyliśmy?”. Nikt mi na to nie zwrócił uwagi, sprawa jest tutaj ciekawa. Otóż nasuwa mi się pytanie, SKĄD on wie, że dotarł od Prawdy? Przekładając to na nasze prawa naturalne, mamy pytanie: skąd na przykład Rothbard wie, że to, co on zidentyfikował jest faktycznie prawem naturalnym, a nie zwykłą jego (wujka Rothbie’go) projekcją? Moglibyśmy powiedzieć, że je poznał. No jasne, sprawa dotyczy raczej tego, w jaki sposób? W czasach, kiedy racjonalizmu nie da się już praktycznie brać poważnie i u myśliciela, który otwarcie sprzeciwiał się wmawianiu człowiekowi jego racjonalności (naprawdę nie wypada tłumaczyć, że jemu chodziło o aspekt ekonomiczny i dyskusję ze szkołą chicagowską), wypadałoby się dogrzebać jakichś innych metod. Zważywszy, że ten sam gościu twierdził wprost, że&lt;em&gt; libertarianizm ostatecznie zwycięży, ponieważ tylko i wyłącznie on jest zgodny z naturą człowieka i świata&lt;/em&gt;. Mało tego, &lt;em&gt;libertarianizm zwycięży, ponieważ jest prawdziwy &lt;/em&gt;i &lt;em&gt;ponieważ jest właściwą drogą postępowania dla rodzaju ludzkiego&lt;/em&gt;. Amen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No ale oczywiście nas to nie może zbijać z tropu. Propaganda propagandą, ale wartowałoby podać jakąś metodę poznania. Jaką metodę poznania możemy obrać, by dowieść istnienia praw naturalnych? Racjonalizm i aprioryzm możemy, tak sądzę, wywalić do kosza. Możemy przyjąć doktryny teologiczne, czy teleologiczne (tak, tak, to dwie różne rzeczy:), ale – podobnie jak w przypadku racjonalizmu – nie traktowałbym tego zbyt poważnie. W końcu przyjęcie tych właśnie metod zakłada dokładnie to, że prawo naturalne jest niejako w nas, jest wewnętrzne wobec poznania; poznanie jest więc refleksyjnym. No ale gdyby tak miało być, to byśmy grzęźli w tym paskudnym bagnie subiektywizmu, któremu istnienie prawa naturalnego ma dać odpór. Prawo naturalne musi więc być – konieczność dziejowa – czymś zewnętrznym wobec podmiotu poznania. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym momencie musimy wrócić do wcześniejszych stwierdzeń: jaką metodą będziemy w stanie uzasadnić to, że stan wiedzy, który osiągnęliśmy, pozwala nam na wysunięcie tezy, że to-a-to jest już prawem naturalnym, a nie kolejnym etapem w tym wyścigu, że nie jest tylko checkpointem? Moglibyśmy spróbować to ogarnąć empirycznie. Wtedy rzeczywiście moglibyśmy to pogodzić z twierdzeniem o zewnętrzności prawdy. Pojawia nam się jednak jeden problem; problem, mam wrażenie, nie do przeskoczenia. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poznanie empiryczne jesteśmy w stanie zweryfikować tylko empirycznie, tylko &lt;em&gt;post factum&lt;/em&gt;. Co to ma do rzeczy? Ma, w sumie dosyć dużo. Żeby bowiem stwierdzić empirycznie, że dane twierdzenie („prawo naturalne jest i jest właśnie takie, jakim je opisałem”) może zostać przyjęte za konkluzywne, musimy dojść do sytuacji, w której żadne doświadczenie nie będzie mu przeczyć. Ale &lt;em&gt;post&lt;/em&gt; jakiemu&lt;em&gt; factum&lt;/em&gt;?&amp;nbsp;Problem jest taki, że nigdy nie wiemy, czy tezy, do których doszliśmy, są ostatecznymi możliwymi tezami w danej dziedzinie. Innymi słowy, twierdzenie o ostateczności danych twierdzeń jest wewnętrznym poczuciem. Jeszcze innymi słowy – by dowieść istnienie przyjętych wcześniej zewnętrznych praw naturalnych, musimy na pewnym etapie odwołać się do naszych wewnętrznych projekcji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatecznie więc możemy stwierdzić tyle, że taki twór, jak prawo naturalne, jeśliby miało istnieć, istniałoby zawsze poza granicą naszego poznania. Nie jesteśmy w stanie dowieść ani istnienia prawa naturalnego, ani też jego kształtu. A co dopiero twierdzić, że my to odkryliśmy i że nasze projekcje stosują się do wszystkich.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-6820420778478298448?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/6820420778478298448/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/03/prawo-nienaturalne-naturalnie.html#comment-form' title='Komentarze (12)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6820420778478298448'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/6820420778478298448'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/03/prawo-nienaturalne-naturalnie.html' title='Prawo nienaturalne - naturalnie'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>12</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-7689742894746080538</id><published>2010-03-18T22:48:00.001+01:00</published><updated>2011-04-10T23:34:11.976+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Subiektyw za subiektywem za subiektywem</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nigdy nie przestanie mnie chyba zadziwiać wiara w Prawdę. Nie, żebym miał coś do jakichś prawd, w gruncie rzeczy nawet prawdy lubię (choć prawdę mówiąc jeszcze bardziej lubię mieć rację). Mimo to, wiarę w różnego rodzaju Prawdy, Zasady, czy Tradycje uważam za cokolwiek śmieszne błahostki. Taki zwykły oldschool, który nie chce się położyć na wieczny spoczynek tam, gdzie jego miejsce. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie chodzi&amp;nbsp;o to, że ja nie wierzę w istnienie jakiejś Wielkiej Prawdy. To nie tak, że Boga nie ma; Bóg umarł, sami żeśmy go zabili. &lt;em&gt;Gott is tot&lt;/em&gt;. Być może, że sami go zatłukliśmy. &lt;em&gt;Nevermind&lt;/em&gt;. W gruncie rzeczy nie to jest najważniejsze. Uważam, że być może gdzieś istnieje jakaś Prawda, uważam też, że być może kiedyś ktoś do niej dotrze, a potem w imieniu całej ludzkości powie: "no i na chuj się tak spieszyliśmy?". &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Przede wszystkim uważam jednak, że nie ma większego sensu tej prawdy szukać. Uważam, że niepotrzebnie trwonimy czas i energię na bezustanne poszukiwanie tej Prawdy. Głównym powodem takiego, a nie innego mojego poglądu jest to, że w gruncie rzeczy nawet nie mamy możliwości poznania tej Prawdy. Kto wie, być może kiedyś ją osiągniemy, w jaki jednak sposób będziemy w stanie kategorycznie oświadczyć, że "tak, to jest właśnie cały ten &lt;em&gt;shit&lt;/em&gt;, po który szliśmy i za który ginęliśmy". Do czego zmierzam? W gruncie rzeczy do tego, że nie istnieje żaden zewnętrzy aparat poznawczy, zmysł poznawczy, czy sposób poznania rzeczy samych w sobie. Nie jesteśmy w stanie wyodrębnić natury rzeczy od naszych o rzeczy odczuciach. O co chodzi? Mówiąc wprost, natura rzeczy jest pewnym sposobem, w jaki dana rzecz sama by opisała swoją kategorię. Nie jesteśmy w stanie nawet ustalić, czy istnieje ogólna ludzka natura, ani też - jeśli tak - jaką ma formę. Skoro zaś nie jesteśmy w stanie sami o sobie przedstawić odpowiednich esencjalnych przekonań, to zakrawa na niemałą butę twierdzenie, że możemy to zrobić odnośnie przedmiotów trzecich. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie chcę się tutaj wgłębiać w to, że - za Nietzschem - zakładając istnienie jakiegoś podmiotu, zakładamy istnienie jego substancji, esencji, czy natury, bo i nie o to chodzi. Gdybyśmy mieli w jak najbardziej przystępny sposób przedstawić powyższe moje stanowisko, to na usta cisną się słowa: opisujemy świat takim, jakim go widzimy. Opisujemy przedstawienie świata, a nie świat sam w sobie. Oznacza to, że wszelkie dążności do osiągnięcia poznawczego absolutu, takiego &lt;em&gt;universum&lt;/em&gt;, są z góry skazane na niepowodzenie. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Pojawia nam się teraz pytanie, czy&amp;nbsp;w związku z tym powinniśmy zaprzestać wyrażania jakichkolwiek sądów na jakiekolwiek tematy? Pytanie takie jest jednak źle postawione, tj. kładzie nacisk na coś, czego w ogóle nie powinniśmy brać pod uwagę. Nie jest problemem nasze "prawo" do wygłaszania sądów, ale to, czemu te sądy mają służyć? Nie musimy na wciąż szukać i zdążać w stronę światła, bo nie jest to naszym celem na gruncie poznania. Naszym celem jest komunikacja. Ustalamy nasze teorie po to, by w sposób wystarczający dla naszego "tu i teraz" pomagały nam osiągać cele komunikacyjne, czy szerzej - cele pewnej wspólnoty, którą konstytuujemy. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Wyprowadzane przez nas teorie muszą więc spełniać &lt;em&gt;de facto&lt;/em&gt; jedną funkcję - scalającą. W tym sensie mówimy o nauce, jako niedobrowolnej grze językowej - musimy przekonać innych członków naszej hipotetycznej wspólnoty do przyjęcia takich, a nie innych zasad gry. Nie jest przy tym tak, że narzucamy im swoje przekonania&amp;nbsp;- takie działanie jest działaniem typowo esencjalnym, czyli działaniem, które powinniśmy odrzucić. Musimy działać pragmatycznie, tj. raczej za pomocą perswazji, niż siły. Oznacza to nie tylko przekonanie innych do naszych poglądów, ale też taką modyfikację naszych wizji, by pasowała do wizji innych. To jest nasza mała struktura rewolucji naukowych, nasze docieranie się stanowisk. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Pytanie, jakie się tutaj pojawia, brzmi: czy wobec tego powinniśmy zarzucić nasze poszukiwania obiektywizmu? Czy raczej: Obiektywizmu? Nie. Powinniśmy odrzucić nasze starania od osiągnięcia jakiejś zewnętrznej prawdy, lecz powinniśmy przy tym zachować obiektywizm. Obiektywizm, rozumiany raczej jako intersubiektywności. Obiektywizm, który jest raczej środkiem przyjmowania kolejnych przekonać przez coraz większą liczbę ludzi, niż celem samym w sobie. Obiektywizm, rozumiany raczej jako umiejętność, czy zdolność do osiągania porozumienia.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Nie jest więc tak, że dysponujemy możliwością spojrzenia, jak by powiedział Palachniuk, zza obiektywu, zza obiektywu, zza obiektywu. Dysponujemy raczej możliwością takiego wglądu w świat, który prezentowałby się jako subiektyw za subiektywem za subiektywem, gdzie pierwszy "subiektyw" to nasza świadomość&amp;nbsp;ułomności naszych metod poznawczych, "subiektyw" drugi to&amp;nbsp;nasze własne przekonania, a "subiektyw"&amp;nbsp;trzeci to nasze projekcje na temat otaczającego nas świata.&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;Sam świat to zupełnie osobna historia. Historia, którą również sami musimy opowiedzieć.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6613508032730996863-7689742894746080538?l=smootnyclown.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://smootnyclown.blogspot.com/feeds/7689742894746080538/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/03/subiektyw-za-subiektywem-za-subiektywem.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7689742894746080538'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6613508032730996863/posts/default/7689742894746080538'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://smootnyclown.blogspot.com/2010/03/subiektyw-za-subiektywem-za-subiektywem.html' title='Subiektyw za subiektywem za subiektywem'/><author><name>smootnyclown</name><uri>http://www.blogger.com/profile/17889965031722921870</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6613508032730996863.post-7729610651561143647</id><published>2010-02-23T20:39:00.001+01:00</published><updated>2011-04-10T23:34:29.384+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='filozofia'/><title type='text'>Problemy nauk</title><content type='html'>&lt;div dir="ltr" style="text-align: left;" trbidi="on"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jakiś czas temu &lt;a href="http://smootnyclown.blogspot.com/2010/01/macintyre-rorty-i-problemy-oswieconych.html"&gt;wspominałem&lt;/a&gt; o problemach, na jakie natknęli się (czy raczej: do których logiczną drogą powinni dojść, ale się nie zdecydowali) filozofowie Oświecenia, dziś pora już w troszkę innej formie spróbować opisać problemy, jakie możemy dostrzec dzisiaj. Problemy, oczywiście w zgodzie z tytułem, nauki. Nauki jako takiej, nie żadnej konkretnej – problemy te odnoszą się niemal do wszystkich nauk (zapewne wszystkich, napisałem „niemal” dlatego, że nie chce mi się szukać jakiegoś wyjątku, a bez tego pewności nie mam), do nauki per se. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;O&amp;nbsp;co chodzi? W gruncie rzeczy musimy wyjść od Oświecenia. Ówcześni w dużej mierze szydzili z mitów, bajek, czy innych religii, jako zwyczajnie nienaukowych, jako opowieści, a nie prawdzie. Dzisiaj jednak stajemy przed problemem tego, że te nauki, które ludzie Oświecenia uznali za adekwatne, prawdziwe, czy realne, są również formą mitów, bajek i religii. Nie możemy powiedzieć, że te nauki są nienaukowe; przymiotnik ten jest po prostu nieadekwatny do stanu nauki. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a name='more'&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Gdy bowiem mówimy o jakimś ideale naukowości (jakkolwiek ten „ideał” by nie brzmiał), szukamy pewnych elementów, które się będą nań zbierać. Nie wiem, może jakiś obiektywizm, może falsyfikacja, może takie, czy inne bzdety. Dlaczego pojawia się problem? Otóż to właśnie my, jako sami zainteresowani, ustalamy kryteria naukowości. A kto jest tym najbardziej zainteresowanym? No właśnie ten, kto się daną dziedziną zajmuje. Dana dziedzina po prostu sama ustala swoje własne kryteria – sama ustala, czy dany aspekt uznać już za badanie naukowe, czy raczej nie. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do czego
